Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Wtorek 24-10-2017, imieniny Antoniego, Marcina
 
Rek

UWAGA!

Rek
Telefon portElu Halo, tu portEl
512 918 555

Wiadomości

Na osiedlu

Gospodarka

Społeczeństwo

Kultura

Sport

Na uczelniach

Zbrodnia i kara

Prasówka

Jej portEl

Kina i teatr

Konkursy

Dawny Elbląg

Poradnik

Hit czy kit?

Po godzinach

Fotoreportel

Złapany Złapany

Jogurtowa kooperacja (Elbląskie archiwalia muzyczne, odc. 36)

 
Elbląg, Jogurtowa kooperacja  (Elbląskie archiwalia muzyczne, odc. 36) Jarosław Polański, La petite mort at work (fot. arch. prywatne)
Rek

W dzisiejszym odcinku Elbląskich Archiwaliów Muzycznych będzie jak zwykle o muzyce, sukcesach przeciekających przez palce, mediach, a także o obrazach i... „sejmowych ogórach”. Panie i panowie: Jarosław „Jogurt”/„Yoga” Polański pierwszy elbląski raper/traper na kiszonym kwasie!

- Grałeś w kilku elbląskich zespołach, ale porozmawiajmy o tych z którymi osiągnąłeś najwięcej, czyli z Funk Jello i Peaceful Cooperation. Jak wspominasz początki Funk Jello i działalność elbląskiej sceny muzycznej w latach 90. XX wieku?
     
- Jarosław „Jogurt”/„Yoga” Polański: Dla mnie to był piękny czas, wszystko kręciło się wokół muzyki. Próbowaliśmy 3-4 razy w tygodniu i graliśmy, gdzie się tylko dało. Jeśli akurat nikt nie organizował koncertu na którym moglibyśmy zagrać, to organizowaliśmy go sami. Były lokalne legendy jak Wiater Wii, później La Putita czy Trauma, byli znajomi, którzy też muzykowali jak Kaptur Mnicha, Moje Kolory, Epic, Bigriss, Neandertal albo Demise. Z niektórymi dzieliliśmy salę prób, z innymi graliśmy koncerty, jeszcze innych spotykaliśmy w barach, gdzie rozmowy kręciły się wokół muzyki. Kto gdzie próbuje, kto gdzie koncertuje, kto nagrywa demówkę, a kto właśnie skończył. Wymienialiśmy się kasetami z nowymi muzycznymi odkryciami albo własnymi nagrywkami. Oczywiście z niektórymi z tych ludzi współpracowaliśmy ściślej niż z resztą, np. Jarek Zawadka, gitarzysta z Epic, a później Ahead, nagrywał nasze demówki i jeździł z nami na koncerty jako nasz akustyk. Bez niego na pewno nie wypadlibyśmy tak dobrze na festiwalu w Węgorzewie.
     W tamtych czasach miałem wrażenie, że każda osoba z mojego otoczenia ma z muzyką coś wspólnego. Przede wszystkim jednak każdy robił swoją muzykę. Po przyjeździe do Austrii byłem bardzo zaskoczony faktem, że większość, albo przynajmniej połowa koncertujących kapel gra tylko covery. Nie wiem jak to wygląda w Elblągu teraz, ale w latach 90. każdy band jaki znałem pisał własne teksty i komponował własną muzykę. Nawet jeśli to było trochę nieporadne (jak np. mój ówczesny angielski (śmiech), to jednak było nasze. Myślę, że to właśnie ta szczerość powodowała że ludzie chętnie przychodzili na koncerty do takich miejsc jak Tank Club, Red Rooster w Trójmieście czy nawet Kawiarnia „Uśmiech” albo Bar „Ewa” i dobrze się bawili. Poza tym nie było Internetu i 300 kanałów w telewizorze (śmiech).
     
     - Po latach możesz już przyznać, czy słynne, nocne imprezy w Radiu EL są prawdą? Ponoć byliście mocno związani muzycznie z lokalną stacją?

     - Chyba każdy elbląski zespół był wtedy mocno związany z Radiem EL. W tamtych czasach elbląska kultura pełna była skostniałych post-peerelowskich struktur i młodych artystów, szczególnie lokalnych, często traktowano z góry. Przynajmniej ja tak to wtedy odbierałem. Radio EL było inne. Z ludźmi, którzy tam pracowali można było pogadać na partnerskim poziomie, łatwo było zaprezentować pomysł i uzyskać wsparcie. Warto dodać, że w epoce pre-internetowej wsparcie mediów, tak ważne dla każdego artysty, było zależne od kontaktu z ludźmi, którzy te media tworzyli. Jak chcieli o tobie napisać albo puścić twój kawałek, to, to robili, a jak nie chcieli – to lipa. My na pewno byliśmy mocno związani z Radiem EL, ale nie potrafię powiedzieć, czy mocniej niż inne zespoły. Nagraliśmy jingiel dla „Pogo” Marka Nowosada, pożyczaliśmy muzykę od Marcina Borhardta i Krzyśka Jaworskiego, „Cienias” znalazł się na liście przebojów i określenie „elblążkowo” poszło w eter.
     Oczywiście staraliśmy się istnieć w rozgłośni przede wszystkim muzycznie, chodziło o to, żeby radio nas grało, czy rozdawało nasze demówki w konkursach. Niektóre pomysły na promocję były jednak dość kuriozalne, np. kiedyś jakaś panna wygrała w walentynkowym konkursie kolację z „Trudnym”! (gitarzysta Funk Jello, potem w Soi – przyp. red.). Ja zdecydowanie bardziej wolałem nocne audycje Marka Nowosada. Siadaliśmy w studio, puszczaliśmy muzykę, rozmawialiśmy o muzyce, czasem wspieraliśmy lokalne muzyczne sukcesy (własne lub kolegów) lokalnym browarem. Przez jakiś czas miałem nawet swoje muzyczne wejście – o 5:30 puszczałem w ramach budzika jakieś chore industrialne kawałki. Innym razem próbowałem na antenie przeczytać „Pamiętnik znaleziony w Kaftanie” (z książki „Tak to widzę” Irosława Szymańskiego). Zaczynałem chyba ze cztery razy i za każdym podejściem wybuchałem śmiechem najpóźniej w połowie tekstu i Marek musiał na szybko odpalać jakieś kawałki. Generalnie było radośnie.
     
     - Czy utwór „Ogórek”, który grany był na listach przebojów oraz zamieszczony na składance SP Records (na której znalazły się także nagrania m.in. Kaliber 44, Wzgórze Ya-Pa-3 i Kazika) naprawdę był wymierzony przeciwko Liroyowi?

     - „Ogórek” powstał jako muzyczny żart. Graliśmy z Funk Jello na jakiejś imprezie w szczerym polu, o ile pamiętam był to zlot fanów CB. W tamtych czasach graliśmy każdą sztukę jaka się trafiła. W każdym razie częścią naszego wynagrodzenia było polowe żarcie i ogórki kiszone prosto z beczki. Mnie trafił się ogórek zepsuty, biały jak styropian i zacząłem o nim rymować jakieś bzdury. Liroy był wtedy medialnie wszechobecny i często mieliśmy ubaw z jego „super poważnej” gangsterskiej maniery, więc wymiana scyzoryka na ogórek była jakby logiczną konsekwencją. Nie było w tym żadnej próby polemiki z twórczością Liroya, tekst powstał raczej jako spontaniczny pastisz. Prawdę mówiąc podziwialiśmy go za jego sukces. W końcu był medialną gwiazdą, gościem, który się wybił. Do głowy by mi wtedy nie przyszło, że „Ogórek” może w jakiś sposób zaistnieć. Nagraliśmy „ogórka” jako ostatni numer na demówce, którą wysłaliśmy do SP Records, a oni wybrali właśnie ten kawałek na pierwszą Hip-Hopową składankę w polskiej historii. Numer o ogórkach!

  Funk Yello (O'Key), fot. arch. zespołu Funk Yello (O'Key), fot. arch. zespołu


„Ogórek, tak na mnie wołają,
     buraki z mego miasta, pewnie oni rację mają,
     bo kiedy jem ogóry, widzę Pałac Kultury,
     jest wielkim ogórem, a ja wchodzę na górę
     i zaczynam go jeść, zaczynam od szczytu,
     a połowa stolicy sika z zachwytu”.
     
     Strasznie mnie to wtedy irytowało, bo wydawało mi się, że pozostałe numery są dużo lepsze. Jakiś czas później w Playboyu ukazał się artykuł „Wielki boże trap się trap, narodził się polski rap”, w którym Kamil Sipowicz przeanalizował tekst „Ogórka”. Z artykułu wynikało, że miałem strasznie dużo do powiedzenia na temat kondycji polskiej sceny muzycznej, panujących tam układów i jakichś ekscesów Liroya na górnych piętrach Pałacu Kultury (śmiech). Serdecznie mnie to ubawiło, ale przed dobrą reklamą nie wypada się bronić. Kilka lat później spotkałem muzyków z Blenders razem z Liroyem i w rozmowie pojawił się temat „Ogórka”. Liroy nie wydawał się jakoś specjalnie przejęty, więc chyba nie miał wrażenia, że ten numer był przeciwko niemu wymierzony. Za to ze mną ten kawałek zrósł się na dobre. Minęło ponad 20 lat od składanki SP Records, a nadal się zdarza, że obcy ludzie w jakimś elbląskim barze witają mnie słowami „Ogórka” (śmiech).
     
     - Pomimo licznych koncertów, goszczenia na rockowych listach przebojów oraz występach w programach telewizyjnych, nie udało wam się wydać autorskiego albumu. Z Funk Jello gościliście jedynie, albo może aż, na jednej lokalnej i czterech ogólnopolskich kompilacjach. Czy Funk Jello tak samo jak Peaceful Cooperation miało zwyczajnego pecha wśród firm fonograficznych, które ostatecznie w was nie zainwestowały?
     - Po pierwsze byliśmy z Elbląga, a nie z Warszawy czy Gdańska, a w tamtych czasach to miało spore znaczenie. Przynajmniej tak to sobie tłumaczyliśmy. Po drugie z Funk Jello nagraliśmy demówkę dla SP Records, ale najwyraźniej nie przypadła wydawcy do gustu. Z kolei z Peaceful Cooperation też ocieraliśmy się o jakieś kontrakty płytowe, ale w ostateczności zawsze rozchodziło się po kościach. Może faktycznie zabrakło jakiegoś producenta z wizją lub odpowiednich kontaktów. Może nie przespaliśmy się z kim trzeba, a może po prostu wydawało nam się, że jesteśmy super-zajebiści i to wystarczy. Tak naprawdę to bez znaczenia dlaczego coś się nie wydarzyło. Gdybyśmy wydali płytę prawdopodobnie nie wyjechałbym do Austrii, nie poznał mojej żony i nie miał cudownej córki. Prawdopodobnie nie zacząłbym też robić stemplobrazów. Wszystko się kiedyś zmienia i wszystko się kiedyś kończy. Ważne żeby iść do przodu i korzystać z okazji które trafiają się po drodze.
     
     - Ponoć Funk Jello miało wystąpić zamiast Soi przed Massive Attack w Sali Kongresowej w Warszawie? Dlaczego do tego nie doszło?
     - Soja po prostu lepiej pasowała do Massive Attack niż Funk Jello. Na koncert pojechaliśmy jednak wszyscy razem i nadal mam identyfikator z moim imieniem i informacją: Massive Attack Support Artist. To była bardzo dobra impreza!
     
     - Usłyszymy ciebie jeszcze na polu muzycznym?
     - Może przy okazji jakiegoś festiwalu nieistniejących zespołów, albo zlotu muzycznych emerytów (śmiech). W trakcie moich wizyt w Elblągu pojawiają się co jakiś czas pomysły, żeby zrobić coś nowego ze starymi znajomymi. W większości przypadków są to jednak bardziej pogadanki przy browarze niż jakieś konkrety i wietrzeją podobnie jak alkohol (śmiech). W Austrii z kolei koncentruję się bardziej na stemplowaniu niż na muzykowaniu. Ale jak mawiają mędrcy: nigdy nie mów nigdy.
     
     - Oprócz muzyki, wiem, że posiadasz także talent graficzny. Robiłeś logosy i okładki płyt. Swoje „pieczątkowe obrazy” wystawiłeś np. w Centrum Sztuki Galeria EL. Jaką tematykę zazwyczaj poruszasz w swoich pracach? Stosujesz autorską „jogurtową” technikę czy improwizujesz?
     - Stemplobrazy są „jogurtową” techniką autorską. Generalnie nie ma jednego tematu, który w tych obrazach poruszam. Bardzo chętnie robię portrety, ale mogą to być również np. znoszone trampki. W każdym wypadku jednak ważna jest dla mnie historia, która się za motywem obrazu ukrywa. Weźmy na przykład portret – to co widzisz na obrazie na pierwszy rzut oka to tylko uchwycona chwila. Mnie interesuje jednak co do tej chwili doprowadziło, jakie doświadczenia, cechy charakteru itp. ukształtowały osobę widoczną na portrecie. To co przeżywamy tworzy na twarzy coś w rodzaju mapy doświadczeń. Każda zmarszczka, każdy cień są zapisem przeżyć i emocji. Podobnie jak w przypadku logotypu, staram się zebrać jak najwięcej informacji, by następnie zredukować je do tego co najważniejsze, by że tak powiem wydobyć esencję.
     Na tej podstawie przygotowuję pieczątki – słowa, obrazy, elementy graficzne, które w zredukowanej formie opowiadają historię głównego motywu. W ten sposób powstaje praca, która jest jednocześnie obrazem i opowieścią, czyli Stemplobraz. Wystawy jak ta w Galerii EL są oczywiście bardzo ważne, ale wolę pracę na żywo. W Elblągu zrobiłem jedną taką pracę (Elvis na Urlopie) w trakcie „śniadania na trawie” również w Galerii EL. Fajną akcją było również stemplowanie portretu Zygmunta Samosiuka na festiwalu filmowym w Gdyni. To jest dopiero jazda kiedy ludzie których od dzieciństwa znasz z telewizora, jak np. Krzysztof Materna czy Wiktor Zborowski przybijają z tobą stempel. Bardzo też lubię pracować z dziećmi. Do tej pory udało mi się zrealizować dwa stemplobrazowe projekty z uczniami szkół podstawowych i to jest dopiero czad! Dzieciaki się nie ograniczają, nie zastanawiają się, czy to co robią się komuś spodoba czy nie, po prostu lecą. Takie warsztaty są niesamowicie energetyczne i w ich trakcie powstają prawdziwe, nieskrępowane dzieła sztuki. Większość prac można znaleźć na mojej stronie internetowej www.jarek-polanski.com lub na facebookowym profilu Jarek Polanski Stamp Art. W przerwach między stemplowaniem chętnie projektuję plakaty i okładki płyt. Jednym z ostatnich projektów jest np. okładka do świeżo wydanej płyty elbląskiego składu „Bulgoty”.

Redakcja, muzycznyelblag.pl
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
Reklama