Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Poniedziałek 05-12-2016, imieniny Sabiny, Krystyny
 
Rek

UWAGA!

Zamknij Zamknij
Rek
Rek
Telefon portElu Halo, tu portEl
512 918 555

Wiadomości

Gospodarka

Społeczeństwo

Kultura

Sport

Na uczelniach

Zbrodnia i kara

Prasówka

Jej portEl

Kina i teatr

Konkursy

Dawny Elbląg

Poradnik

Hit czy kit?

Po godzinach

Fotoreportel

Zagubiony we mgle Zagubiony we mgle

Utracone szczęście

Kelnerka pojawiła się po kilkunastu minutach oczekiwania, mimo iż w kawiarni znajdowało się kilka zaledwie osób, informował Głos Wybrzeża z 18 sierpnia 1954 r.

W moje ciche, starokawalerskie życie wtargnęła nagle „ona”. Przystojna i wesoła Zosia zawładnęła mym sercem. Zosia przyjechała do cioci mieszkającej w sąsiedztwie. Po kilku dniach ku mej wielkiej radości obdarzać mnie zaczęła wyraźną sympatią. Po tygodniu snuliśmy już marzenie o wspólnym szczęściu.
     Nad szczęściem tym jednak zawisły groźne chmury. Zosia posiadała bowiem dwie „wielkie słabości”: lubiła kawiarnię i lody. I one właśnie stały się przyczyną naszego rozstania.
     A było to tak.
     Gdy wreszcie po kilkudniowych deszczach, słońce wyjrzało zza chmur i promieniami swoimi ogrzało ziemię. Zosia rzekła. Kochany – chodźmy do cukierni na lody. I poszliśmy.
     - Dwie porcje lodów tylko podwójne – zwróciłem się do kelnerki, która zjawiła się wreszcie po kilkunastu minutach oczekiwania, mimo iż znajdowało się kilka zaledwie osób . Nie ma lodów – padła odpowiedź. Jak to nie ma? – zapytałem zdziwiony. U nas w ogóle nigdy lodów nie ma, nie opłaca się trzymać – oświadczyła kelnerka. Spojrzałem na Zosię i zrobiło mi się słabo. Wody, wody sodowej, lub lemoniady proszę – wyszeptałem. – Nie ma – odparowała Kelnerka. Może w takim razie wodę mineralną – spróbowałem. Też nie ma – usłyszałem, a siedzący obok jakiś pan spojrzawszy na mnie z wyraźnym politowaniem poradził mi iść do cukierni „Elblążanka” gdzie lody niewątpliwie będą.
     Niestety i tu lodów nie otrzymaliśmy. Nie było także wody sodowej, lemoniady, ani też wody mineralnej. Było za to „wesoło”. Przy kilku stolikach czciciele Bachusa po lekkim zaprawianiu się na dole w barze „urzędowali” z buteleczkami w cukierni.
     Wyszliśmy – Zosia milczała jak zaklęta aż wreszcie syknęła. Dziura, dziura – prowincjonalna – jutro wracam do Warszawy. I wyjechała.
     Przeklęte lody i cukiernie – przez nie utraciłem szczęście. Kto mi je wróci? Czy może dyrekcja EZG?
     

oprac. Olaf B.
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
Reklama