Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Poniedziałek 23-10-2017, imieniny Teodora, Seweryna
 
Rek

UWAGA!

Rek
Telefon portElu Halo, tu portEl
512 918 555

Wiadomości

Na osiedlu

Gospodarka

Społeczeństwo

Kultura

Sport

Na uczelniach

Zbrodnia i kara

Prasówka

Jej portEl

Kina i teatr

Konkursy

Dawny Elbląg

Poradnik

Hit czy kit?

Po godzinach

Fotoreportel

Po sezonie Po sezonie

Anita Lipnicka: Scena wciąż mnie paraliżuje…

 
Elbląg, Anita Lipnicka: Scena wciąż mnie paraliżuje… Piszemy, tworzymy z potrzeby serca i jest to pewien sposób na borykanie się ze swoimi słabościami, problemami. A ta konfrontacja na scenie jest czymś nieuniknionym, bo pisanie do szuflady nie ma sensu - mówi Anita Lipnicka (fot. Anna Dembińska)
Rek

„Zanim zrozumiesz”, „Piosenka księżycowa”, „Wszystko się może zdarzyć” - któż nie pamięta tych hitów? Ja nuciłam je przez całe liceum i połowę studiów. Minęło kilka lat i znów powracam do tej muzyki. Zapraszam do przeczytania wywiadu z dojrzalszą, lecz wciąż chyba tą samą Anitą Lipnicką, która po kilku anglojęzycznych przebojach, znów zaśpiewała po polsku.

Dominika Kiejdo: Którego z artystów uważa Pani za swojego muzycznego guru?
     Anita Lipnicka: Mam wielu swoich mistrzów, jednak z upływem lat te moje fascynacje muzyczne ulegają ewolucji. Wymieniłabym jednak trzy nazwiska, które trwają przy mnie od zawsze. Są to Leonard Cohen, Joni Mitchell i Bob Dylan. To osoby, które dwadzieścia lat temu zainspirowały mnie do śpiewania i sprawiły, że pokochałam słowo śpiewane. Są do dziś ze mną w mojej płytotece. Natomiast wszystkie inne płyty zdecydowanie zostały zmienione na inne. Takim moim nowym idolem jest na pewno Nick Cave. Jest młodszy od osób, które wymieniałam wcześniej i moim zdaniem jest takim współczesnym klasykiem. Jest też cała masa mniej znanych muzyków jak Bonnie „Prince” Billy czy Marissa Nadler, których uznaję za moich faworytów.
     - Po kilku anglojęzycznych krążkach przyszedł czas na płytę w języku polskim. Jaka jest płyta „Vena Amoris”?
     - Ta płyta jest wynikiem mojej fascynacji muzycznej, która na przestrzeni lat ulega ciągłej transformacji. Od kilku lat jestem emocjonalnie zaangażowana w muzykę, która płynie z Ameryki. Są to rzeczy osadzone w korzennym graniu folku, bluegrassu czy alternatywnym country. Próbowałam to przenieść na moją płytę, pisząc jednocześnie słowa po polsku. Był to taki eksperyment. Chciałam także przybliżyć moim słuchaczom brzmienia, które lubię, brzmienia mandolin, gitar akustycznych, organ Hammonda, banjo, które ostatnimi laty bardzo lubię oraz gitary pedal steel, która, nie wiedzieć czemu, po polsku nazywana jest gitarą hawajską. Jest to instrument charakterystyczny dla brzmień pochodzących z Ameryki. Chciałam, by właśnie takie kolory znalazły się na mojej płycie.
     - Jak Pani wspomina swoje piotrkowskie czasy? Jakie to uczucie, móc wyrwać się z miasta, które jest wielkości Elbląga i wkroczyć w świat wielkiej Warszawy?
     - Uważam moje dorastanie w Piotrkowie za pewnego rodzaju błogosławieństwo. Ludzie, którzy pochodzą z mniejszych ośrodków kulturowych, mają do czego aspirować i to ich napędza, nakręca w życiu. To powoduje, że mają ochotę odkrywać nowe horyzonty i właśnie wyrwać się. To motywacja, która często prowadzi do nowych odkryć, do odkrywania samego siebie w sposób głębszy niż wtedy, gdy wszystko mamy podane na talerzu i urodziliśmy się w wielkim mieście. Mając wszystko w zasięgu ręki, możemy tego nie dostrzec. Bardzo dobrze wspominam piotrkowski czas i bardzo lubię wracać do mojego miasta. Jeżdżę tam bardzo często, bo mieszka tam moja mama. Teraz ja jako matka wracam z moją córką do mojej matki do Piotrkowa.
     - Pani córkę ciągnie do śpiewania?
     - Pola lubi śpiewać, lubi tańczyć. Od niedawna uczy się grać na pianinie, ale nie ma do tego jakiegoś ogromnego entuzjazmu. Na razie ma osiem lat. Wiadomo, że ma talent w sensie teoretycznym, ma poczucie rytmu. Może z racji tego, że ma w zasięgu ręki instrumenty, że obcuje z muzyką na co dzień, bo oboje rodzice śpiewają i zajmują się muzyką zawodowo, na razie tak bardzo do tego nie dąży. Bardziej jej koleżanki, które przychodzą do nas, są zafascynowane, że jest fortepian, gitara i dotykają tych instrumentów. Na nie ma to większy wpływ i to one marzą, by grać i śpiewać. Pola urodziła się w takim a nie innym domu, więc świat muzyki jest dla niej naturalny.
     - Jak znosi Pani rozłąkę z dzieckiem?
     - Momentami jest ciężko. Najgorsze jest to, że nasz dom jest taki nieusystematyzowany. Dzieci lepiej znoszą, gdy rodziców nie ma o określonych porach dnia, a u nas jest totalne szaleństwo. Bywa, że tygodniami jesteśmy w domu, a potem nagle znikamy na kilka dni z rzędu i to oboje i Pola jest zrozpaczona. Musi minąć jakiś czas, zanim do tego przywyknie.
     - Wyobraża sobie Pani siebie w innym zawodzie?
     - Nigdy nie potrafiłam sobie tego wyobrazić. Jak chodziłam do liceum, wszyscy mieli jakieś plany na przyszłość związane ze studiami. Zbliżała się matura, a ja byłam sparaliżowana lękiem, co będę robić w przyszłości. Nie miałam żadnego poważnego pomysłu. Zawsze ciągnęło mnie jednak w kierunku przedmiotów artystycznych. Chciałam iść do szkoły plastycznej, brałam udział w próbach teatralnych w moim mieście, ale te zainteresowania nie były jakoś sprecyzowane. Zawsze czułam, że stoję trochę obok, że nie przystaję do norm społecznych, w które wdrażali się moi znajomi. Tak samo też nigdy nie wyobrażałam sobie, że wezmę ślub, że będę matką z trójką dzieci gotującą w kuchni.
     - Ale czasami lubi Pani posiedzieć w tej kuchni?
     - Lubię gotować, ale gdybym miała to robić non stop, tak jak kobiety, które nie mają możliwości budowania swojego świata niezależnie od rodziny, byłoby to strasznie frustrujące. Natomiast, gdy robi się to, bo się tego chce i sprawia to przyjemność, to zupełnie inna sprawa.
     - Podobno bardzo stresuje się Pani na scenie?
     - Myślę, że na to nie ma lekarstwa, jeśli ma się taką naturę, że scena człowieka paraliżuje, a mnie ona wciąż paraliżuje. Nie wiem, od czego to zależy. Są koncerty, gdy trema szybko ustępuje, czasami jednak trzyma mnie do samego końca. Jest to lęk, który towarzyszy artyście przez cale życie. Piszemy, tworzymy z potrzeby serca i jest to pewien sposób na borykanie się ze swoimi słabościami, problemami. A ta konfrontacja na scenie jest czymś nieuniknionym, bo pisanie do szuflady nie ma sensu. Zawsze się boję, że ludzie nie przyjdą na koncert. A jak już są, to boję się, że już są. I wtedy nie ma rady, nie mam wyboru, muszę wyjść na scenę i śpiewać.
     - Jest Pani wierna swojej muzyce, o której mówi Pani, że jest niszowa.
     - Nie kieruję się kryteriami, jak stworzyć przebój. Nigdy tego nie robiłam. Wychodzę z założenia, że trzeba przede wszystkim zadowolić siebie i swoje wewnętrzne oczekiwania, bo próba zadowolenia wszystkich ludzi jeszcze nikomu się nie udała. Trzeba robić swoje. Każdy odbiera płytę po swojemu. Zawsze się cieszę, gdy dociera ona do ludzi, że są osoby, do których ona przemawia, ludzie o podobnej wrażliwości jak moja. Jest też wiele osób, do których ona w ogóle nie przemawia. I na tym polega piękno świata, że jest różnorodny i każdy może znaleźć w nim coś dla siebie.
     - Pani życie toczy się z dala od show biznesu. Udaje się Pani realizować siebie i być z dala od celebrytów.
     - To nie jest świat dla mnie. Wiele lat temu sława spadła na mnie nagle. Byłam wtedy bardzo młodą osobą i było to doświadczenie zupełnie innej natury niż dziś. Dzisiaj bycie celebrytą ma zupełnie inny wymiar. Kiedyś było się po prostu znaną, popularną twarzą. W dobie Internetu jest się nastawionym na atak z każdej strony. Czasy są bardzo agresywne, ludzie są mało wyrozumiali. I podziwiam ludzi, którzy są bardzo sławni i nie wariują z tego powodu. Ja ze swoją muzyką przesunęłam się w sferę bardzo intymną. Tworzę muzykę autorską, na którą jest coraz mniej miejsca w mediach komercyjnych, więc siłą rzeczy przeniosłam się do niszy.
     - Pani znak zodiaku do bilźnięta. Jest Pani typowym bliźniakiem? Jaka jest w ogóle Anita Lipnicka? Spokojna jak jej głos i jej piosenki?
     - Człowiek jest tak skomplikowaną istotą, że trudno tu operować jakimiś hasłami. Myślę, że jestem pełna różnych sprzeczności, choć tak bardzo nie przywiązuję wagi do znaków zodiaku, do astrologii. Bywam osobą, która potrafi zaskoczyć samą siebie. Nie jestem jakoś jednowymiarowa. Mam dużo sprzecznych cech charakteru np. jestem bardzo niecierpliwa i jednocześnie bardzo wytrwała. Jak założę sobie jakiś cel, to potrafię czekać. Natomiast szlag mnie trafia, gdy mam wykonywać jakąś drobną czynność, co oznacza, że nigdy nie będę dobrym instrumentalistą, bo nie jestem w stanie ćwiczyć. Nie jestem w stanie na pięć minut usiąść i poćwiczyć czegokolwiek. Jestem też otwarta, przyjazna w stosunku do ludzi, a jednocześnie bardzo ciężko nawiązuję głębsze trwałe relacje. Mam naprawdę wiele sprzeczności w sobie.
     - Co sądzi Pani o Elblągu?
     - To bardzo ładne miasto. Miałam okazję trochę pospacerować po Starym Mieście. Bardzo tam przyjemnie. Nie wiem, czy z czymś konkretnym mi się kojarzy. Mam nadzieję, że będę mogła kiedyś poznać je bliżej.
     - Czytałam, że nie ma Pani czasu zwiedzać miast, w których Pani koncertuje.
     - Dokładnie. Każdy mnie pyta o dane miasto, a ja nie wiem, co wtedy odpowiedzieć. Bardziej pamiętam miasta pod kątem miejsca, w którym gram, reakcje ludzi niż obrazy z miasta, którego często nie widzę.
     - Byłam na Pani koncercie w 2000 roku podczas promocji płyty „Moje oczy są zielone”. Czy koncertowała Pani w międzyczasie w naszym mieście?
     - Nie pamiętam. Tyle odwiedzamy miejsc. W ogóle mam słabą pamięć do dat (śmiech).
     
     Zapraszamy także do przeczytania recenzji koncertu.
     

Rozmawiała Dominika Kiejdo
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
..., a moim zdaniem
Pokazuj od
najnowszych
  • Ciekawe jak wpływ na jej postrzeganie tworzenia i występowania ma jej mąż John Porter, który jest niezwykłym i nietuzinkowym artystą.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0 3
    Wojtek F(2014-04-13)
  • " Zawsze czułam, że stoję trochę obok, że nie przystaję do norm społecznych, w które wdrażali się moi znajomi. Tak samo też nigdy nie wyobrażałam sobie, że wezmę ślub, że będę matką z trójką dzieci gotującą w kuchni" - to o mnie -; ) tylko inna płeć :)
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    3 0
    (2014-04-13)
Reklama