Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Niedziela 22-10-2017, imieniny Filipa, Salomei
 
Rek

UWAGA!

Zamknij Zamknij
Rek
Rek
Telefon portElu Halo, tu portEl
512 918 555

Wiadomości

Na osiedlu

Gospodarka

Społeczeństwo

Kultura

Sport

Na uczelniach

Zbrodnia i kara

Prasówka

Jej portEl

Kina i teatr

Konkursy

Dawny Elbląg

Poradnik

Hit czy kit?

Po godzinach

Fotoreportel

Koniec dnia i ostatnie słońce Koniec dnia i ostatnie słońce

Bo miłość po prostu nie umiera

 
Elbląg, Bo miłość po prostu nie umiera Anita Lipnicka promowała w Elblągu swoją najnowszą płytę (fot. Anna Dembińska)
Rek

Było o życiu w miłości bez namiętności, o straconej szansie na miłość, o dawnych miłościach, które nigdy się nie kończą, o uciekającej pannie młodej, w końcu o pożądaniu do przypadkowo napotkanego mężczyzny. Było też o tym, jak trudno niektórym spać w nocy i jak bardzo wtedy dokucza im samotność. W sobotę w elbląskim teatrze dla elblążan zaśpiewała Anita Lipnicka. Zobacz zdjęcia.

Zaczynała dwadzieścia lat temu. Sława spadła na nią nagle. Po dwóch krążkach nagranych z Varius Manx, postanowiła się uniezależnić. Nagrała kilka dobrych płyt, najpierw po polsku, potem po angielsku. Po latach znów powróciła do ojczystego języka. W sobotę w ramach 13. Wiosny Teatralnej zaśpiewała najlepsze kawałki z najnowszego albumu „Vena Amoris”.
     Pamiętam jej elbląski koncert w 2000 roku, gdy pełna energii w skromnej bluzce i jeansach śpiewała „Moje oczy są zielone”. Teraz po czternastu latach na tej samej scenie zobaczyłam artystkę dojrzalszą, spokojną, wyciszoną, urzekającą. Wierną samej sobie, daleką od taniego blichtru sławy, bo dla Anity Lipnickiej najważniejsza jest muzyka. Muzyka, która mimo, że trafia w pewną niszę i nie jest wszechobecna w mediach, ma w sobie to coś.
     - Tyle nerwów kosztuje mnie zawsze występowanie na scenie, że dajcie spokój – śmieje się artystka. – To tak, jakbym codziennie zdawała maturę. Nie wysyłacie swoich dzieci do żadnych talk show!
     Jak zawsze zaśpiewała o rzeczach ważnych, ludzkich. O miłości bez namiętności, śmierci, straconej szansie na miłość, pożądaniu, samotności. O krainie wielkiego lodu i poszukiwaniu jaskółki w tej krainie, bo tylko ona może nas uratować – ulubiona piosenka jej córki, Poli. W końcu o nigdy niekończących się miłościach, które pozostawiają w nas ślad na zawsze: „Czy to się kiedyś skończy, czy to się w końcu zmęczy? Czy wreszcie się położy pod kocem niepamięci? Czy to się kiedyś skończy, czy jak Cię w końcu stawię? Wyzionę niczym ducha, za sobą zostawię” – śpiewa artystka.
     - Moja teoria jest taka, że każda miłość, nawet ta, która już minęła, nie umiera, lecz jest zamrożona w czasie i przestrzeni – mówi Anita Lipnicka. - I bywa, że wraca do nas zupełnie niespodziewanie i nas nawiedza.
     Ten, kto ma problemy z zaśnięciem, wie, jak koszmarne to uczucie. O tym była kolejna piosenka Anity Lipnickiej: - Od lat cierpię na bezsenność – zdradza piosenkarka. - To jest genetyczne: moja babcia nie śpi, moja matka nie śpi, ja nie śpię, moje dziecko też źle śpi. I tak, gdy godzinami patrzyłam w sufit, postanowiłam napisać piosenkę, o tym, jak bardzo jest się samotnym, gdy wszyscy śpią. Bo to chyba najbardziej samotne chwile w życiu człowieka.
     Wspaniały koncert Anity Lipnickiej nie obył się bez bisów. Na bis artystka sięgnęła daleko w przeszłość i zaśpiewała pamiętne „Ona ma siłę…”. Zakończyła pełną tkliwości „Piosenką księżycową”. O mało nie doszło do trzeciego bisu…
     
     Wywiad z Anitą Lipnicką przeczytasz tutaj.
     

dk
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
  • Myślę, że niestety ale miłość umiera. Bo skoro człowiek umiera to i wraz z nim umiera miłość. A to co po nim pozostaje to już tylko wspomnienie. Miłość potrzebuje życia. Tlenu. I nie ma też w naszym życiu, miłości bez namiętności. Nie łudźmy się, mimo tego, że miłość swoje humory ma, to wymaga od nas na tylko jednego. Obecności drugiego człowieka. Ale to wcale nie oznacza, że nie można być samotnym w związku. A i owszem, często tak się zdarza, że najbardziej samotni to nie pojedyncze osoby bo najbardziej samotne osoby to te w iluzjonistycznych związkach. Cale tabuny takich ludzi chodzi obok siebie po ulicach. Łatwo ich poznać, nigdy nie trzymają się za ręce. I nigdy nie patrzą sobie w oczy. A, nie tak dawno mieli swoją rocznicę ślubu. Dwudziestą a może trzydziestą, ale czy to ważne ?
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    6 1
    (2014-04-13)
  • Piękna osoba, piękny koncert a właściwie to raczej spotkanie z muzyką i piosenkami oddającymi w pełni dojrzałą osobowość wykonawczyni. To co zjawiskowe, trochę bajeczne zawsze jest niesamowite. Normalność i prawdziwość p. Lipnickiej jest nie z tego świata. A z innego, lepszego i prawdziwszego.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    6 1
    u-7(2014-04-13)
  • Mam wrażenie że byłem na innym koncercie. Niestety według mnie był to najsłabszy koncert na jakim byłem, czy oglądałem. Żadnej dramaturgii, emocji, próby pociągnięcia publiczności w swój świat. Akademia szkolna - następna piosenka. Przy słabym wokalu powinna przejąć inicjatywę aranżacja, no niestety jak zaczynali to i kończyli. Żadnego zróżnicowania stylistycznego. Były momenty żeby to pociągnąć ale zamierały. Teksty mnie nie przekonują (żeby nie było nieporozumień żonaty 47l. ). Widziałem z żoną na scenie steraną życiem kobietę pod 40-stkę, która mówiąc o ważnych i ciężkich sprawach po prostu się uśmiecha i jest radosna. Nie kupuję tego. Nie ta mowa ciała. Jako widz i słuchacz czułem się urażony tekstem, że artystka nie podejmie wysiłku wyjścia ze sceny skoro ma zaśpiewać zakontraktowane zresztą bisy. To samo, jakikolwiek brak reakcji przy jak bywalcy wiedzą standardowym wręczeniu kwiatów. Dla mnie było to po prostu słabe. Poszedłem na koncert z wyzerowanym oczekiwaniem także moja opinia nie miała z góry założonej tezy. Opinia krystalizowała się w trakcie koncertu. Przykro mi jest że takie przedsięwzięcia wciągane są pod szyld Wiosny Teatralnej. Mam wrażenie, że od pewnego czasu poziom imprezy idzie po równi pochyłej. A jestem jednym z tych którzy oglądali dyrektora w roli Romea. .. .
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz Pokaż ten wątek
    4 6
    (2014-04-13)
  • No cóż rozumiem Pana, niemniej nie mógł Pan oczekiwać tego, że p. Lipnicka to osoba o charakterze wulkanu. To raczej osoba stonowana i cicha. To co jest jej siłą to siła spokoju. I jeśli spodziewał się Pan, że przeżyje chwile grozy i dramat popłynie ze sceny rwącym strumieniem to faktycznie mógł się Pan rozczarować. Co do zarzutu, że taka impreza nie powinna być firmowana szyldem Wiosny Teatralnej pozwolę się z Panem nie zgodzić. Bo przecież wiosna to różnorodność a zarazem zjawisko. A wszystko co zjawiskowe ma swoje miejsce w teatrze. Bo czy cztery pory roku nie są najpiękniejszym motywem a zarazem scenografią godną bywać na deskach teatru ? Wszak wszystko co Nas otacza jest teatrem.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    6 3
    (2014-04-14)
  • dzień dobry, umknęła panu jedna myśl o której Anita Lipnicka powiedziała wyraźnie, mianowicie, że niekiedy trzeba się zatrzymać, zwolnić aby przyspieszyć, to daje do myślenia. .. nie uważa pan? pozdrawiamy - zachwyceni koncertem :) życzymy sobie panie dyrektorze Mirosławie takich artystów w Elblągu i w Teatrze.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz Pokaż ten wątek
    3 2
    (2014-04-14)
Reklama