Sobota 17-11-2018, imieniny Elżbiety, Samueli
 
Rek

UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później
Zamknij Zamknij
Reklama w Elblągu
Rek
Rek
Telefon portElu Halo, tu portEl
512 918 555

Wiadomości

Sport

Gospodarka

Na osiedlu

Społeczeństwo

Na uczelniach

Kultura

Zbrodnia i kara

Dawny Elbląg

Jej portEl

Kina i teatr

Konkursy

Prasówka

Poradnik

Hit czy kit?

Po godzinach

Fotoreportel

w poszukiwaniu sera :) w poszukiwaniu sera :)

Dramat, który daje nadzieję

Elbląg, Dramat, który daje nadzieję Ewa Błaszczyk wystąpiła wczoraj w Światowidzie z monodramem „Rok magicznego myślenia” (fot. nadesłane)

Nie lubi być sama na scenie, dlatego do tej pory unikała monodramu. Jednak w końcu trafiła na taki tekst, z którym, mimo braku partnera na scenie, chciała się zmierzyć. Nie mogła przejść obojętnie obok sztuki, która choć napisana na innym kontynencie, była tak bliska jej życiowym doświadczeniom. Ewa Błaszczyk - gwiazda pierwszego dnia Ogólnopolskiego Festiwalu Sztuki Słowa „…Czy to jest kochanie?” wczoraj (6 maja) na Scenie na Piętrze zaprezentowała elblążanom „Rok magicznego myślenia”.

Kilka godzin przed wieczornym wyjściem na scenę, tuż po próbie, Ewa Błaszczyk spotkała się z dziennikarzami, by porozmawiać o monodramie, który tak wyraźnie przeplata się z jej życiem. Aktorka od czasu śmierci męża i wypadku córki Oli stanęła przed poważnymi, życiowymi rolami i wyzwaniami. Dzięki sile i determinacji w walce o córkę powstała fundacja „A kogo?”. Dlatego też podczas rozmowy nie mogło zabraknąć pytań także o tę, jedną z najważniejszych dziedzin życiowego spełnienia artystki.
     
     Monodram „Rok magicznego myślenia” wymagał od Pani niebywałego obnażenia się. Nie obawiała się Pani tej intymności, otwarcia przed widzami? Czy nie było to po prostu zbyt osobiste?
     Ewa Błaszczyk: - Zastanawiałam się nad tym problemem zanim przystąpiłam do pracy, tzn. kiedy dowiedziałam się w ogóle, że taka sztuka funkcjonuje, że została napisana przez Joan Didion dla Vanessy Redgrave, że autorka pisała to na podstawie własnych przeżyć. Gdy dowiedziałam się, że sztuka jest wystawiana na Broadwayu skontaktowałam się z agentem autorki. Czekając na prawa do powieści, w międzyczasie dotarłam do książki. I to był ten moment, gdy zaczęłam się zastanawiać nad tym obnażeniem, trudnością. Zafascynowały mnie cztery początkowe wersy: „Życie zmienia się szybko. Życie zmienia się w jednej chwili. Siadasz do kolacji i życie, jakie znasz, kończy się. Pozostaje kwestia żalu nad sobą”. I pomyślałam, że to jest tekst, z którym mogę walczyć, który nie jest sentymentalny, który wymaga jakiejś zdecydowanej postawy i wtedy zaczęłam się temu przyglądać. Zaczęłam czytać… i tu pojawiły się wątpliwości – czy dam radę. Przeczytałam i doszłam do wniosku, że dam radę, że podołam. To jest droga, która jest dla każdego, kto jest w podobnej sytuacji. Warto o tym rozmawiać, warto się tym dzielić tymi emocjami i tym, jak się z tym uporać.
     Można to nazwać pewnego rodzaju instrukcji obsługi, jak się zachować w takiej sytuacji., tego czasu, jak z niego wyjść. Mogę to porównać do pilota w ręku. Próbuje się zmieniać kanały, przyciskać tak albo inaczej, ale oczywiście i tak nic nie wychodzi, bo pilot jest zepsuty.
     
     Czyli znalazła Pani receptę jak dalej żyć z tym co się zdarzyło?
     -Trudno powiedzieć, że to jest recepta. Nie ma tu recepty. Pilot jest zepsuty. Natomiast jest jakaś wola walki i próba uporania się z taką sytuacją.
     
     Ile w Pani sztuce Ewy Błaszczyk – aktorki, a ile prywatnej Ewy Błaszczyk, tej podobnie co pisarki, doświadczonej przez los? Czy dodała Pani do tekstu swoje refleksje, czy też może jest to przełożenie 1:1?
     - Nie, tak nie jest. W przełożeniu 1:1 to by już nie była sztuka. Tak jest napisany tekst, że stwarza możliwość pewnego rodzaju uzupełnienia. Przede wszystkim emocjonalnego i refleksyjnego. Ale to się odbywa raczej między słowami. Natomiast jest to taki materiał, gdzie bardzo dużo może się pomieścić: i refleksji, i emocji. A jednocześnie jest tekstem konkretnym, konstrukcja idzie do przodu. Na pewno jestem w tym poniekąd prywatna, ale jest to trudne do ustalenia, oddzielenia. To jest połączenie tego, co umieściła w tym tekście pisarka, tego co wyrażam ja, jako aktorka, oraz prywatnych doświadczeń.
     
     Co najbardziej pociąga Panią w formule monodramu?
     - Nie lubię monodramu. Zawsze uciekałam od takiej formy, ponieważ muszę mieć partnera, wolę być z kimś na scenie, widzieć czyjeś oczy, a nie być sama ze sobą. Konstrukcja jednak tego monodramu jest taka, że czuję, że gdzieś na widowni mam partnera. Myślę, że taki intymny rodzaj kontaktu jaki jest w tym przedstawieniu stwarza taką możliwość kontaktu. Partner jest, tyle, że na widowni.
     Monodram ewoluuje. Zmienia się w zależności od miejsca. Każda publiczność jest nowym rozmówcą. W sensie formalnym spektakl jest taki sam, natomiast w sensie emocjonalnym uzależnia się od chemii- bo w intymnym kontakcie zawsze jest chemia między ludźmi. Przez to jest to ciekawe, żywe. Są różne przyjęcia sztuki, różny odbiór, czasem bardzo gorący, a czasem chłodniejszy. Wszystko zależy od emocji które są danego dnia, danego wieczora. Niemniej zawsze to jest potężny ładunek. To jest taki rodzaj materiału, że jeśli na przykład w trakcie gry zadzwoni telefon, to właściwie możemy iść już do domu…
     
     Czy „Rok magicznych zmian” można nazwać wyrażeniem miłości?
     - Tak postrzegam ten tekst i jego wydźwięk, że właśnie nie jest o tym, by się nad sobą roztkliwiać, żeby wspominać. To jest o tym – co z tym zrobić? Paradoksalnie, przy tak ciężkich zdarzeniach jakie tam występują, generalnie to kończy się światłem, nadzieją. To co się tam dzieje między ludźmi mówi, że nawet jak kogoś nie ma, to miłość zostaje.
     
     Skąd czerpie Pani siłę do walki, do życia?
     - Między innymi na przykład z takiej pracy. Ja coś daję od siebie, ale też bardzo dużo dostaję. Często są to wyrazy wsparcia mnie, dodania energii pozawerbalne, ktoś przyjdzie na przykład po występie i się przytuli. To jest pozawerbalne, ale bardzo głębokie. To są przekazy, które bardzo dużo dają. Ktoś mi powiedział, że to nie jest sztuka, ale jedna wielka modlitwa.
     Poza tym nie jest tak, że jestem tylko przy chorej córce oraz poświęcam czas tylko fundacji. Zanurzona tylko w jeden tego typu rewir pewnie byłoby mi dużo ciężej niż z takim wentylem jakim jest praca. Niby jest to ten sam temat, ale jednak jest kompletnie czymś innym. To wymiana energii tworzy życie, tworzy siłę i dalej można z tego czerpać. Tak sobie nawet myślę, że właśnie takie działanie, to co pobudza w nas muzyka, sztuka, jakie ma działanie oczyszczające, które kończy się światłem, to może to być lepsze niż psychoterapia.
     
     Czyli ten monodram to rodzaj oczyszczenia, psychoterapii?
     - Myślę, że w jakimś sensie na pewno jest. Że jest również dla kogoś, kto przeżywa podobne emocje na widowni jest tym samym – oczyszczeniem, doświadczeniem. Bo się o tym mówi, bo się to współprzeżywa. Gdy ktoś coś przeżywa głęboko, to wydaje się mi, że słowa są za małe do takich przeżyć, do opisu. Tu grają emocje.
     
     Czym obecnie zajmuje się Fundacja „A kogo?” ?
     - Kończymy teraz akcję wiosenną, ten etap, w którym informowaliśmy, że 50 % osób w śpiączce zachowuje świadomość. Nie wyobrażam sobie większego więzienia niż być zatrzaśniętym w swojej świadomości, w swoim ciele. Dlatego postanowiłam wystąpić w imieniu mojej córki i innych osób w śpiączce, uwięzionych we własnych ciałach. A już za chwilę będziemy robić kolejną kampanię. Teraz z wybudzonymi. Każdy z nich będzie żywym dowodem na to, że to się zdarza, że to nie warzywa, a ludzie. Każdy z nich będzie jednoznacznym przekazem: żyję, pracuję, cieszę się szczęściem, mam rodzinę, itp. W tej chwili buduje się klinika, następnie trzeba będzie ją wyposażyć. I mamy takie plany by 11 maja 2011 roku ją otworzyć. Podejmujemy również inne akcje- musi być nas słychać, wówczas możemy liczyć nie tylko na wsparcie SMS-owe, ale i na rozwiązania systemowe. Przy okazji - nadal bardzo prosimy o wsparcie. Wystarczy wysłać SMS o treści „budzik” na numer: 73101.
     
     To jest festiwal sztuki słowa o miłosnym zabarwieniu. Jakim słowem, utworem mogłaby Pani wyrazić swoje uczucia miłości?
     - Nie jestem zwolennikiem gadania o miłości. Bardzo natomiast lubię takie konstrukcje, które o czymś opowiadają, by w pewnym momencie zrobić pauzę i tam gdzie się kończą słowa zaczyna się muzyka albo cisza, która dociera w zakamarki duszy. Słowo jest na początku, a potem rusza wyobraźnia i emocje, uczucie. Wtedy się to dopełnia. By zobrazować to, co mam na myśli przychodzi mi do głowy piosenka Jacka Kleyffa, która mówi o śmierci. Tam również jest dużo muzyki, by po niej pojawiła się puenta: znów mija rok, jedni odchodzą, drudzy zostają, bliżsi o krok. Ta przestrzeń, która jest pomiędzy mnie strasznie wzrusza.
     
     Czy w sytuacji po przeżyciach jakich Pani doświadczyła, których przecież pani nie kryje, ma Pani czas i miejsce w swoim życiu na uśmiech, rozrywkę, na przyjemność tylko dla siebie?
     - Tak, tylko z tym czasem jest kiepsko [śmiech]. Jestem w permanentnym niedoczasie. Ciągle mi brakuje doby. Ale mam nadzieję, że to się kiedyś zmieni. Jednak jasna barwa także jest obecna w moim życiu. Wynika chyba z potrzeby w obecnej chwili z wewnętrznej potrzeby jasnej barwy w swoim życiu. Musiałam przerobić to co miałam, a teraz mam do czego porównać. Może bez tego nie zauważyłabym tej jasnej strony? Można, mimo różnych ciężkich chwil, nie polec, nie poddać się. To jest jak najbardziej możliwe. Co więcej. Wówczas każda dobra sytuacja, dobry związek, ma o wiele większe nasycenie tego „jasnego, niż mogłyby mieć bez tego ciemnego. Bo nie ma podbicia. Można byłoby w ogóle nie wiedzieć, że to co jest, jest jasne. A jak już się wie, jak może być, to wtedy cieszy to co jest po prostu w życiu.
     
     Czy to znaczy, że możemy zobaczyć Panią wkrótce w jakimiś lżejszym repertuarze?
     - Tak, już nawet przygotowujemy się do takiego występu. Tym razem będą to piosenki amerykańskie. Zobaczymy zatem co z tego nam wyjdzie.
Angelika Kosielska
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
Reklama

To kupisz w pasażu portElu

Kalendarz Książkowy z Grawerem
Kalendarz Książkowy z Grawerem
Kalendarz Książkowy A5 Firmowy
Pieczątki Firmowe