Wtorek 18-12-2018, imieniny Bogusława, Gracjana
 
Rek

UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później
Zamknij Zamknij
Reklama w Elblągu
Rek

Horror to po prostu rozrywka

 
Elbląg, Horror to po prostu rozrywka (fot. archiwum prywatne Łukasza Radeckiego)
Rek

O sobie samym mówi, że jest mężem, tatą i człowiekiem, który nie lubi tracić wieczorów przed telewizorem w kapciach. Znany szerszemu gronu jako pisarz grozy z Malborka, muzyk i… nauczyciel w szkole podstawowej. Zapraszamy na wywiad z Łukaszem Radeckim.

Anna Kaniewska: - Przypuszczam, że każdy wywiad z panem zaczyna się klasycznym pytaniem o fascynację horrorem...
     
Łukasz Radecki: - Szczerze mówiąc, trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo zamiłowań się przecież nie wybiera, wypływają naturalnie z różnych czynników, od wychowania do osobistych upodobań. Myślę, że powodem był swoisty eskapizm od szarej rzeczywistości w jakiej żyłem w młodości. Moi rodzice dodatkowo dbali o to, żebym nie oglądał nie tylko strasznych filmów, ale nawet brutalniejszych seriali sensacyjnych. Moi rówieśnicy w podstawówce opowiadali sobie natomiast na przerwach o różnych produkcjach, które widzieli na pożyczonych kasetach VHS, a wiadomo, że zakazany owoc najlepiej smakuje. Tak więc sam sobie wyobrażałem te filmy i straszne sceny, aż pewnego razu w moje ręce wpadła książka Grahama Mastertona „Manitou”. Ponieważ zakazy rodziców nie dotyczyły literatury, wpadłem po uszy w wydawane wówczas hurtowo małe książeczki z tandetnymi okładkami, którymi zaczytywałem się namiętnie. Później, kiedy zobaczyłem pierwsze horrory, odkryłem, że moje wyobrażenia były straszniejsze niż filmowa rzeczywistość i w związku z tym zacząłem uparcie poszukiwać tego, co mnie naprawdę przestraszy, szukałem w kolejnych książkach tego dreszczu emocji, tej niesamowitości, którą zachwycałem się wcześniej. I tak jakoś naturalnie zafascynowałem się tym wciąż niedocenianym gatunkiem. Inna sprawa, że owa niesamowitość i groza jest tak naprawdę bardzo bezpieczna, zamyka się w okładce książek czy w minutach filmu, stanowi swoiste katharsis, pozwala przeżyć dreszcz emocji bez konsekwencji. Cenię sobie grozę, ale nie traktuję jej poważnie. To zawsze była tylko rozrywka.
     
     - Na początku tego roku ukazał się pana zbiór opowiadań „Horror klasy B”. Przyznaje się pan do fascynacji Kingiem, Mastertonem czy Lovecraftem. Tutaj spotykamy się z zupełnie innym podejściem do horroru. Skąd pomysł na taką książkę?
     
- Po pierwsze z miłości do tej tandety, która zalegała w kioskach Ruchu pod postacią kieszonkowych horrorów i analogicznie podobnych tytułów w wideotekach. Po drugie z przekory. To, że zaczytywałem się takimi książkami czy nałogowo oglądałem takie filmy, nie znaczy, że nie patrzę na nie krytycznie. Każdą historię, którą zawarłem w tym zbiorze, sam poddaję krytyce, wytykając błędy zarówno sobie jak i odmianie gatunkowej. Był to zabieg bardzo ryzykowny, ale postanowiłem, że warto pokazać, iż horror da się lubić właśnie dzięki tym niedoskonałościom i błędom.
     Uważam, że w przypadku grozy konieczny jest dystans, którego wielu osobom brakuje. To tylko historie. Jest to też pewien sposób na rozliczenie się z własną przeszłością, spłacenie pewnych długów i podkreślenie tego, że nie wstydzę się, skąd wywodzę się jako autor. Nie wykluczam, że z czasem przestanę pisać horrory, ale nie chcę wyrzekać się tego, że je lubię, czy że w młodości się nimi zachwycałem.
     
     - Ogłosił pan, że „Horror klasy B” to przedostatnie podejście do opowiadań. Jakie ma pan literackie plany na rok 2015?
     
- Wiosną ukaże się powieść „Miasteczko”, którą napisałem z Robertem Cichowlasem, opowiadająca o małżeństwie, które wyjechało do tajemniczej miejscowości na Mazurach. Tam przeżyją prawdziwy koszmar. Niedługo potem ukaże się druga powieść, którą napisałem z Robem, a jej tematem będą zombi, które rozpanoszyły się po Polsce. W tym tomie skupimy się na Gdańsku i Malborku. Mam też nadzieję, że w tym roku będzie miał premierę trzeci tom mojego cyklu „Bóg Horror Ojczyzna”, gdzie łączę horror z science-fiction i post-apo. To plany realne, ale pracuję też nad kilkoma innymi rzeczami.
     
     - Zajmuje się pan również muzyką. Tworzy w zespołach Acrybia, Damage Case i Wilcy. Sam Pan przyznał, że ostatnie miesiące nie były najbardziej produktywne. Czy w najbliższym czasie coś się zmieni?
     
- Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Każdy z zespołów nagrał płytę, która czeka na wydanie, a z różnych powodów premiery znacznie się opóźniają. Ja zaś coraz bardziej poświęcam się pisaniu i coraz trudniej znaleźć mi czas na muzykę. Będzie co ma być. Mnie się nigdzie nie śpieszy.
     
     - Pisze pan horrory, gra w zespołach metalowych i uczy w szkole podstawowej. Jak taka mieszanka sprawdza się na co dzień, gdy wraca pan do żony i dzieci?
     
- Zwyczajnie. Jestem zwyczajnym człowiekiem, który po prostu realizuje konsekwentnie swoje pasje. Ludzie chodzą do pracy, a po niej zajmują się tym co lubią, w weekend pozwalają sobie na odrobinę ekstrawagancji. I ja mam podobnie. Za dnia pracuję w szkole, bo uwielbiam pracę z dziećmi i młodzieżą. Późnym wieczorem zamiast siedzieć przed telewizorem czy komputerem, piszę książki. Od czasu do czasu w weekend pojadę gdzieś zagrać koncert, tak jak inni wychodzą do pubu czy na ryby. A że nie jeżdżę zbyt daleko, nie stanowi problemu wejść na scenę i dwie godziny później być w domu z żoną i dziećmi. Wpływa to oczywiście na życie towarzyskie, które w zasadzie nie istnieje, ale to mój świadomy wybór. Jedyny minus tej mieszanki to chroniczne przemęczenie, ale nie zamieniłbym tego na nic innego.
     
     - Wiem, że studiował pan w Elblągu…
     
- W Elblągu studiowałem trzy lata filologię polską na Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej. Na zajęcia dojeżdżałem z mojego rodzinnego miasta. Najmilej wspominam zajęcia z prof. Pestką. Był on patriotą i fanatycznym miłośnikiem Elbląga. Porównywał wszystkie historyczne wydarzenia do swojego ukochanego miasta. Do tego stopnia, że gdy mówił o Kierkegaardzie, to wspominał jego wizytę w Królewcu, bo najbliżej Elbląga. Uwielbiam Teatr im. Andrzeja Sewruka. Odwiedzam go minimum dwa razy w roku. Na studiach w ramach zajęć co tydzień chodziłem na próby teatralne. Teraz często bywam również w elbląskim kinie, bo niestety takich atrakcji nie ma w Malborku.
rozmawiała Anna Kaniewska
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
Reklama

To kupisz w pasażu portElu

Naszywka GODŁO
Naszywka HERB ELBLĄGA
Czapka z nadrukiem
Torba z nadrukiem elbląskiej Starówki