UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

Krystyna Czubówna: Słowo jak papierek lakmusowy

 
Elbląg, Krystyna Czubówna: Słowo jak papierek lakmusowy
Krystyna Czubówna na koncercie elbląskich kameralistów (fot. Anna Dembińska)

Jaka jest obecnie kondycja języka polskiego? Jak lektorowanie wpływa na pracę dziennikarza informacyjnego? Jakie książki lubi czytać najsłynniejszy głos w Polsce? O tym (i nie tylko) rozmawialiśmy z Krystyną Czubówną, która odwiedziła Elbląg z okazji koncertu z Elbląską Orkiestrą Kameralną. 

- Pracuje Pani słowem. Czym jest dla Pani słowo?
     - Sądzę, że jest bardzo ważne. Sama wypowiadając cokolwiek, ważę słowa, w zależności od sytuacji, od tego, do kogo mówię. Słowo jest dla mnie czymś w rodzaju papierka lakmusowego. Kiedy słyszę, jak ktoś się wysławia, to od razu wystawiam cenzurkę i mam do niego taki lub inny stosunek. Uważam, że jest to coś, o co powinniśmy dbać i nie zapominać o pięknie języka polskiego. Boleję nad tym, że doczekałam takich czasów, jak obecne, kiedy udziela się głosu osobom, które nie mają nic do powiedzenia, które nie baczą na poprawność językową. Myślę teraz o mediach, zarówno pisanych jak i audio. Pamiętam takie czasy, kiedy Polskie Radio było wszechnicą języka polskiego. Wiadomo było, że płyną dobrze zbudowane zdania. Dziś, kiedy wszystko odbywa się na żywo, często przypadkowe osoby siadają przed mikrofonem, z eteru płynie, to co płynie. Mnóstwo błędów językowych ma rację bytu, bo jeżeli tak wszyscy mówią dookoła, tak mówi się również w mediach, to jest to rodzaj wzorca, który naśladujemy. Potem mamy takie "kwiatki". Zapraszani są przecież fachowcy, którzy na tematach znają się doskonale, a jednak są na bakier z kulturą języka polskiego na bakier i popełniają błędy językowe, które ja bym sklasyfikowała jako kardynalne. Czasami mi uszy więdną, kiedy słyszę jakim językiem polskim się posługują. Ja bardzo dbam o poprawność stylistyczną, gramatyczną, bo uważam, że kultura języka jest podwaliną każdego narodu. Nie powinniśmy tego zaniedbywać.
     
     - Nie mamy takich wzorców. Szkoła nie nauczy dziecka dobrej kultury. Później jest zbyt dużo wzorców i nie jesteśmy w stanie bez podstaw wyłapać własnych błędów. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że mówimy źle.

     - Nie ma tego zastanowienia, czy może jednak należałoby to sprawdzić. Nawet na szybko, w internecie. Nie musimy przecież od razu sięgać na półkę po słowniki. Nie mamy tej świadomości, że popełniamy błędy.
     
     - Boimy się, że w momencie przyznania się do niewiedzy, stracimy autorytet, zaufanie.
     - Tempo życia też powoduje, że to co się już wydarzyło, jest historią, a my idziemy do przodu.
     
     - Podkładając głos pod audiobooki czy pod filmy, nie wie Pani, kto będzie ich słuchał....
     - Nie wiem. Nie badam rynku, nie sprawdzam swojego audytorium. Dziś wydanie książki nie jest żadnym problemem i każdy może sobie napisać, wydrukować i puścić w obieg, więc te książki są na bardzo różnym poziomie. Ja na ogół udźwiękawiam dobre książki. Mówię, na ogół, bo przygody różne już miałam. Jeżeli chodzi o listy dialogowe, to w zasadzie wiem, z kim współpracuję, tzn. znam tłumaczy. Tak naprawdę to wszystko zależy od tego, czy tekst jest dobrze przetłumaczony, co nie zwalnia mnie od myślenia podczas czytania. Każdy się może pomylić. Ja akurat z tym nie mam problemów, żeby się przyznać, że czegoś nie wiem lub aby zakwestionować jakąś kwestię, co do której nie jestem pewna. Nie odbieram tego w ten sposób, że podważam w ten sposób autorytet tłumacza, który przecież też mógł się pomylić. Wtedy sprawdzamy i dociekamy. Jest coś takiego jak poradnia językowa w Polskim Radiu. Tam może zadzwonić absolutnie każdy człowiek i może sprawdzić, jak powinno coś poprawnie brzmieć w języku polskim. Podczas nagrywania jakiegokolwiek tekstu zwracam uwagę na poprawność stylistyczną i gramatyczną.
     
     - Pani swoją karierę zaczynała w radiu w „kultowych” audycjach Lata z Radiem i Sygnałach Dnia. W radiu najciekawsza informacja podana byle jak odrzuca słuchacza.

     - Za moich czasów mówiło się w ten sposób: jeżeli masz dobre pióro – idziesz do prasy, jeżeli masz dobre pióro i dobrze mówisz – idziesz do radia. Dobrze mówisz, tzn. dobrze brzmisz, czy masz ten mikrofony głos czy nie. Mikrofon, tak jak i kamera, to są urządzenia demaskatorskie i jeżeli coś jest nie tak, to one jeszcze wady i słabości wyolbrzymiają. A jeżeli masz dobre pióro, dobrze mówisz i kamera cię lubi, to znajdujesz miejsce w telewizji. Taki był podział. Oczywiście życie to weryfikowało.
     
     - Zdała Pani egzamin na kartę mikrofonową „z marszu”. Weszła, powiedziała i dostała zaproszenie do mikrofonu.

     - W tamtych czasach, bo to było dawno temu (śmiech), lektor był zawodem na potrzeby pracy w radiu. Spiker to był ktoś inny – jego rolą było zapowiadanie programu, podawanie czasu, czytanie komunikatów i informacji i to odbywało się na żywo. Audycje były nagrywane na taśmę i odtwarzane później. W związku z tym potrzebny był zawód reżysera radiowego i lektora, czyli kogoś kto audycję odczytuje, podaje i przekazuje. Praca wyglądała w ten sposób: dziennikarz wymyślił jakąś audycję, napisał słowo. Ten tekst dostawał reżyser, który miał jakąś wizję, jak to sprzedać na antenie, żeby zainteresować słuchacza. Umawiał się z „oprawcą muzycznym”, co do rodzaju muzyki, podkładu muzycznego i dobierał sobie właściwe do danej audycji głosy. Była nas garstka, kilka osób. Dziś zawód lektora wygląda zupełnie inaczej.
     Ja uczyłam się tego zawodu „przy warsztacie”, pod okiem reżysera i od moich kolegów – lektorów, którzy byli mistrzami w swoim fachu. Dziś, ludzie, którzy mienią się lektorami, nie mają takiej możliwości. Nie ma już takich warsztatów, nie mają gdzie się tego nauczyć. Dawnej lektorem mógł zostać każdy, co jakiś czas były ogłaszane przesłuchania na kartę mikrofonową. Każdy mógł przyjść i stanąć przed obliczem komisji. Przesłuchania nie polegały tylko na sprawdzeniu, jak kandydat brzmi przez mikrofon, to było mnóstwo rozmaitych testów, które miały sprawdzić jaką mamy wiedzę ogólną, wiedzę z bardzo różnych dziedzin. Właśnie dlatego, że każdy może się pomylić. Dostaniemy tekst i chodzi o to, żeby nawet nie poprawić, ale zastanowić się, czy aby w tym tekście jest wszystko w porządku. Sprawdzano posługiwanie się językami obcymi, znajomość polskiej gramatyki i stylistyki. To były bardzo trudne egzaminy.
     
     - Odnosi się wrażenie, że audycje z czasów, kiedy była jedna telewizja i jedno radio, są lepiej zrobione. Dziś, mimo efektów komputerowych, panuje większa „bylejakość”.

     - Tak, ale wówczas wszystko było pieczołowicie przygotowane. Lektorzy występowali w bardzo różnych audycjach, uczyliśmy się przekazywania treści, która jest zawarta w napisanych słowach. Inaczej czyta się felieton, inaczej informację, a jeszcze inaczej kiedy trzeba coś podegrać. Dziś lektorzy czytają tylko listy dialogowe filmów, ze sztuką lektorską nie mają nic wspólnego. Nie mówiąc już o tym, że jest mnóstwo osób, co do których mam wątpliwości, czy otrzymaliby kartę mikrofonową. Nikt też nie sprawdza poziom naszej wiedzy, jak jesteśmy zorientowani w różnych tematach. I dlatego potem słyszymy niepoprawnie sformułowane zdania, błędy merytoryczne, zwłaszcza jeśli chodzi o listy dialogowe filmów dokumentalnych. Kiedyś, jeżeli chodzi o tłumaczenie filmów to było tak: dziennikarz zlecał przetłumaczenie tłumaczowi, po otrzymaniu tłumaczenia redagował tekst, tak żeby „pasował”. Chodzi o to, że język polski jest dłuższy niż język angielski – trzeba tekst zredagować tak, aby nie umknęła nam treść, ale żeby zawrzeć ją w krótszym okresie. Już zredagowany materiał dostawał konsultant naukowy. I dopiero po konsultacji naukowej mogło odbyć się nagranie. Wiadomo było, że to co czyta lektor jest zgodne z faktami, z wiedzą naukową. Potem przyszły takie czasy, że o wszystkim decyduje cena. I nikt się nie zastanawia, że jeżeli ktoś proponuje niższą cenę, to coś musi być zrobione gorzej. Najpierw oszczędza się na konsultancie, tłumacze też są różni. Dziś, gdy znajomość języka angielskiego jest powszechna i ludziom się wydaje, że jeżeli posługują się biegle językiem, porozumiewają się swobodnie z obcokrajowcami, to znaczy, że znają ten język. To nie ma ze sobą nic wspólnego, jeszcze daleka droga do tego, żeby pretendować do miana tłumacza. Lektorzy też są lepsi i gorsi, a stawki za czytanie filmów nie zmieniają się od lat. I dostają państwo gorszy towar, bo jest tańszy. Ale jeżeli cena rządzi wszystkim, to tak to będzie wyglądało.
     Jeżeli chodzi o radio, to w rozgłośniach komercyjnych nie ma obowiązku posiadania karty mikrofonowej i przed mikrofonem siada każdy. I stąd nie można mówić, że eter jest wszechnicą języka polskiego. Z anteny można usłyszeć różne rzeczy.

  fot. Anna Dembińska
fot. Anna Dembińska


     
     - W Wielkiej Brytanii takim wzorcem jest BBC, którego wystarczy słuchać, aby wiedzieć jak brzmi poprawny język angielski. W Polsce brakuje takiego wzorca.
     - A szkoda. W Polskim Radiu, kiedy zaczęły powstawać rozgłośnie komercyjne na początku lat 90., ku mojemu oburzeniu i smutkowi, w pogoni za słuchaczem zaczęto naśladować sposób prowadzenia audycji, jaki proponowały rozgłośnie komercyjne. Dziś po latach, to się wypośrodkowało, ale ten początek był dla mnie okrutnie bolesny. To nie miało nic wspólnego z radiem, które ja znałam.
     Moja praca w Lecie z Radiem była atrakcyjniejsza, ponieważ miałam kartę mikrofonową i mogłam się zajmować nie tylko dziennikarstwem pisanym i przygotowywaniem nadawanych materiałów, ale też mogłam prowadzić własne pasmo. Te dwa zawody dopełniały się. Dla mnie był to poligon doświadczalny. Lektorowanie to była jedna noga, a dziennikarstwo informacyjne było drugą. Do tego doszło spikerowanie, bo przez kilka lat byłam spikerką w Polskim Radiu. W 1996 r. odeszłam, wtedy już zawód spikera zamierał. Już wtedy spiker nie był gospodarzem programów, takim jakim był wcześniej.
     Moje dziennikarstwo nie byłoby takie, jakim jest, bez lektorowania, ani też samo lektorowanie nie dałoby mi takiej satysfakcji, jaką miałam, dzięki temu, że mogłam różne umiejętności i wiadomości wykorzystać uprawiając dziennikarstwo informacyjne.
     Był taki czas, że w Telewizji Polskiej bardzo dużo było programów z publicystyki międzynarodowej. Emitowaliśmy bardzo dużo tłumaczonych materiałów z zagranicy. Tak się zdarzyło, że te programy ja czytałam. To była kapitalna sprawa. O tym, co w pigułce przedstawiałam w Panoramie przekazując tylko informacje, wiedziałam doskonale, ponieważ codziennie były emitowane programy z zakresu publicystyki międzynarodowej, które czytałam. Moja wiedza w tym, czy innym temacie była mocno poszerzona.
     Jeszcze wtedy odróżnialiśmy informację od publicystyki. Dziś, powiedziałabym, wszystko jest publicystyką, miesza się te pojęcia.
     Lektorowanie zawsze było źródłem wiedzy, która była mi potrzebna do uprawiania zawodu dziennikarza informacyjnego. A potem przyszło zmęczenie, głównie tym, jak się wszystko zmieniało. Jeżeli pamięta się czasy świetności, to później nie chce się być w czymś, co jest tylko średnie. Uznałam, że będę kontynuować swoje życie zawodowe tylko w tym jednym nurcie i będę tylko lektorką. Okazało się, że mając ugruntowaną pozycję w tym zawodzie, otwiera mi to inne drzwi. Współpracuję z teatrami, filmem. W tych dzisiejszych, multimedialnych czasach, teatr nie jest już tym teatrem, który ja pamiętam z czasów swojej młodości. To samo dotyczy kina. Mam ten zaszczyt współpracować z różnymi reżyserami filmowymi i teatralnymi. Nagrywam dużo książek. Na tyle dużo, że ciągle mam „zadane” lektury, a nie mam czasu na czytanie „swoich”książek. Ciągle leżą na półce i czekają na lepsze czasy.
     
     - Jakie to książki, na które Pani czeka?

     - Jeżeli chodzi o gatunek literacki, to bardzo gustuję w reportażach. Nie znoszę powieści. Uważam, że życie jest tak barwne, że nie muszę czytać w książkach, to co ktoś wymyślił. Interesuje mnie reportaż, czyli rzeczy „z życia wzięte”. Jeżeli chodzi o książki, które nagrywam – tu tez dominują reportaże, ale mam ich dużo więcej, które bym chciała przeczytać. W świadomości wydawców, czy też odbiorców istnieję jako „pani od przyrody”. Mamy takie czasy, kiedy na rzecz ekologii wciąż robimy za mało, żeby nie powiedzieć że właściwie nic. Niszczymy ją, nie robiąc właściwie nic, aby ją ratować. Ale dużo się na ten temat mówi. Jest mnóstwo książek „eko” opowiadających o naturze w taki czy inny sposób. W związku z tym dużo też tego typu książek udźwiękawiam. Mam też takie przygody, że dostaję zleconą lekturę, po którą sama bym na pewno nie sięgnęła. Np. science – fiction. Wydawało się, że jest to taka dyscyplina, która mnie nie dotyczy, nie inspiruje. Tymczasem... Zrobiliśmy słuchowisko z powieści Stanisława Lema „Niezwyciężony”. Byłam tam narratorem, scen z udziałem aktorów jest tam niewiele. Potem była Odyseja Kosmiczna 2001 i 2010 – zrobiliśmy z tego parasłuchowisko. Od „prawdziwego” słuchowiska różni się tym, że trzeba było kupić prawa autorskie. Amerykanie zastrzegli sobie m. in, że nie możemy komponować nowej muzyki do tego. Wszystko to przecież kojarzy się z filmami. Obostrzenia i warunki były nawet pod adresem aktorów: było zalecenie „no dramatic” - kwestie, kiedy bohaterowie nie tyle mówią, co myślą i te myśli są podane słowami, to też ja czytam jako narrator właśnie po to, żeby aktor „nie popłynął” i nie zagrał. Nagranie „Niezwyciężonego” Lema i Odysei Kosmicznej 2001 i 2010, spowodowało, że zupełnie inaczej spojrzałam na tego rodzaju literaturę. I ciągle tkwię w tym zachwycie, bo przynajmniej te pozycje uwiodły mnie absolutnie.
     
     - Wracając do lektorowania. Lektor to, moim zdaniem, dość specyficzny zawód. Musi Pani czytać, tak żeby słuchacz nie zastanawiał się, kto to czyta, a jednocześnie Pani głos jest wartością dodaną.
     - Sądzę, że tę umiejętność posiadali wszyscy lektorzy Polskiego Radia w minionych czasach. Tego byliśmy uczeni. Uczeni w tym sensie, że musieliśmy w sobie wypracować taki sposób podawania tekstu, żeby przekazywać treść tych słów, żeby to było miłe dla ucha w sensie brzmienia, ale ten tekst był dodatkiem do tego, co widzimy na ekranie. W przypadku radia – dodatkiem do tego, co sobie wyobrażamy, bo przecież radio to teatr wyobraźni.
     Na pewno można się tego nauczyć, skoro tę umiejętność mieli moi mistrzowie sprzed pół wieku. Ja też staram się w ten sposób podawać tekst. Jak to robić? Przede wszystkim trzeba się utożsamiać z tekstem. Ja wierzę, w to co mówię do państwa. To nie jest tekst, który jest mi obojętny, albo z którym się nie zgadzam. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, to ja decyduję czy przeczytam tekst czy nie, to ja wybieram. Jeżeli się nie zgadzam mentalnie, czy merytorycznie coś kwestionuję, to ja nie będę dla państwa wiarygodna. Odbiór tekstu odbywa się podkorowo. Chodzi o to, żeby tekst trafił do pana świadomości. Jeżeli nie ma w tekście ładunku emocjonalnego, że ja wierzę w to co czytam, mówię wam prawdę. Mało tego – wiem, co czytam. Nie czytam po literkach, tylko czytam ze zrozumieniem. Bo jeżeli ja nie zrozumiem tego przekazu, bo jest za trudny lub zdanie zostało źle sformułowane, to słuchacz też tego nie zrozumie. Chodzi o to, żeby do państwa docierała tylko treść.
     A jeżeli ten głos jest przyjemny dla ucha, mikrofon lubi ten dźwięk i przetwarza go w taki sposób, że państwo lubią go słuchać, to jesteśmy w połowie drogi do sukcesu. Dziś nie ma już tego warsztatu doświadczalnego, jaki mnie był dany. Tekst, który czytamy, przetwarzamy przez własne doświadczenia. W sensie warunków, jakie natura mi dała, byłam od razu „gotowcem” - jak to się wówczas określało. Ale 10 lat trwało, kiedy reżyserzy, z którymi współpracowałam przy nagrywaniu audycji, mówili: Ty się ciągle tylko dobrze zapowiadasz. Czyli miałam wszelkie warunki ku temu, żeby robić to znakomicie. Ale to ciągle nie było „to coś”.
     Zmierzam do tego, żeby powiedzieć, że można mieć, wydawałoby się, wszystko, co trzeba, żeby ten zawód uprawiać. A jednak doświadczenia życiowe, to co przeżyjemy, jest niesłychanie ważne w tym późniejszym przekazywaniu rozmaitych treści. Życie doświadczyło mnie boleśnie i na pewno to wpłynęło na mentalną zmianę. I pewnego dnia okazało się, że to jest wreszcie to. Ja sobie wcale tego nie uświadamiałam. Słyszymy siebie inaczej, dopiero jak odsłuchujemy nagrany tekst, to wyłapujemy, że tutaj głos poszedł nie w tę stronę, a tu coś fałszywie zabrzmiało lub nie dość przekonująco.
     Trzeba mieć w sobie tę głębię przeżyć, żeby tak operować tekstem, żeby brzmiał tak, jak brzmi.
     
     - Dziękuję za rozmowę.

rozmawiał Sebastian Malicki
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
Reklama

To kupisz w pasażu portElu

Naszywka GODŁO
POLO z HAFTEM
Torba z nadrukiem elbląskiej Starówki
Ręcznik z haftem