Sobota 15-12-2018, imieniny Waleriana, Celiny
 
Reklama w Elblągu
Rek

UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później
Zamknij Zamknij
Reklama w Elblągu
Rek

Malachit cienia: Świat na dobre mi zbieszczadział…

Elbląg, Malachit cienia: Świat na dobre mi zbieszczadział…

Zapraszamy czytelników do studiowania naszego cyklu, który w całości poświęcamy scenie muzycznej. Dzisiaj relacja z koncertu „W górach jest wszystko, co kocham” a także rozmowa z jednym z jego sprawców - Danielem Madejem. Zobacz fotoreportaż.

Malachit cienia to walające się dżule pośród czasem mniej znanych faktów… Bo czy można mierzyć wielkość „sali prób”, w której to zespół muzyczny pielęgnuje swoją sztukę w metrach, ale nie kwadratowych, tylko tych położonych nad poziomem morza? Czy możliwym jest załamanie linii kilometrów dzielących miasta, czy też wieku, który często tworzy głęboką przepaść w stosunkach międzyludzkich. Czy natura jest na tyle silna, by przemówić ludzkim głosem, kierować jego ręką ściskającą pióro czy smyczek? I w końcu, czym jest poezja natury, o której istnieniu przypomniał nam ostatni sobotni koncert?…
     Natura ingeruje w myśl człowieka, od kiedy w obrębie jego percepcji zaczął pojawiać się jej ogrom oraz piękno. Różnorodność jej form oraz zjawisk czy zmian w niej zachodzących skupiły uwagę ludków pierwotnych, którzy spostrzeżeniami na jej temat postanowili podzielić się z innymi. Pomijając pierwsze, ciekawe, trzeba przyznać, jońskie próby kosmologii, dochodzimy do momentu, kiedy ocena otaczającego świata łączy się z tymi najważniejszymi z ludzkich uczuć. I tak za sprawą niejakiego Empedoklesa dowiadujemy się o tym, że „woda” jako byt istnieje dzięki „miłości” czy „harmonii”, która spaja jej cząsteczki, podczas gdy nienawiść je rozbija, prowadząc do zanikania. Wizja „początku” wyeksponowana przez tego dżentelmena, z perspektywy czasu jest oczywiście nieco rozweselająca, nie mniej jednak ukazuje nam, w jaki sposób człowiek (a było to hen, w V w. p.n.e.), pchnięty pięknem oraz siłą otaczającej go natury zaczyna opisywać świat.
     Mijające lata oraz pojawienie się takich haseł, jak: krucjata, konferencja w Wannsee, wyprzedaż świąteczna, silnik czterosuwowy czy Ukraina lat 30., ukazały jednak, że człowiek skupił ogrom swoich myśli na nieco innych dziedzinach, ograniczając często stosunki swoje z przyrodą tylko do świadomości uzależnienia od niej. Czy więc natura straciła swoich obrońców? Otóż nie do końca. Przenosząc się na chwilę w odległe azjatyckie zakątki, natrafiamy na słowa szintoizm, buddyzm. Skupiając się na samej sztuce muzycznej, na którą niewątpliwie wpływ miały te religie lub przekonanie o wpływie natury na kształtowanie historii, do naszych uszu docierają dźwięki bębnów tybetańskich mnichów, delikatne nuty japońskiego kompozytora Kitaro, czy grup instrumentalnych Zumi Kai, Yo Yo Ma. Poruszając się na zachód, trafiamy na Kingston, Haiti czy etniczne wątki muzyczne Indian ze szczepu Kiowas, zamieszkujących niegdyś lasy deszczowe Brazylii. Poruszając się w kierunku Czarnego Lądu, odkrywamy w pieśniach część złożoną potędze i bogom przyrody. A co w interesującym nas centrum? Czy w naszym kraju również znajdują się misjonarze „poezji przyrody”? Okazuje się że tak…
     I tak, jak zróżnicowany nasz krajobraz, tak też zróżnicowana będzie sztuka, która go wyraża. Głos naszego morza usłyszymy w twórczości Marka Szubrawskiego czy Gdańskiej Formacji Szantowej, uroku jezior mazurskich doświadczymy w rękopisach Nienackiego, a silnych naszych gór, powiedzmy, że u Sabały, Tetmajera czy w poezji Jerzego Harasymowicza. I to, co zauroczyło w polskich Bieszczadach ostatniego z nich, oczarowało również innych mieszkańców naszego kraju. W ten sposób wielu zróżnicowanych wiekiem ludzi, pochodzących z różnych części Polski, zaczęło spotykać się na szlakach, w tych samych schroniskach, przy dźwiękach tej samej gitary, śpiewając o pięknie gór, które ich otaczały. Znaleźli oni wspólny nurt wypowiedzi i zaczęli wiązać się w zespoły muzyczne, które próby miały sporadycznie, ale nie da się ukryć, że w jednej z najbardziej urokliwych „sal prób”, jaką można sobie wyobrazić: w polskich górach. Tak właśnie powstała Wolna Grupa Bukowina, której sztuka szybko znalazła swoich następców. Młodsze pokolenia, wychowane na twórczości tejże grupy, SDM-u czy poezji Harasymowicza, odurzone urokiem tych miejsc, postanowiły zapakować w plecak część gór i rozsiać je po dolinach, w wielu miastach Polski. Tak właśnie nawiązała się inicjatywa „W górach jest wszystko, co kocham…”, nawiązująca w swym tytule do słów wspomnianego wyżej poety Bieszczad. Obecnie w jej szeregach działa kilka zespołów, które organizują coroczne trasy koncertowe i dzielą się swoimi przeżyciami z innymi. Ich śpiewana poezja, poezja „natury”, jest bardziej opisem niż propagandą, jest listem wysłanym z południa czy też pamiętnikiem, który za pośrednictwem kilku ludzi jest odczytywany w formie nut. Jak też pokazał koncert w Elblągu, nurt ten ma wielu zwolenników…
     Koncert, który odbył się dnia 9 grudnia w Światowidzie, był częścią piątej edycji trasy koncertowej zorganizowanej pod szyldem „W górach…”. Jako pierwsza na scenie tego dnia zainstalowała się Grupa Pelton, która zaszczyciła nas prawie półgodzinnym występem i takimi utworami, jak: „Pod Górę”, „Modlitwa wędrownego grajka” czy „Górom na dowidzenia”. Sekcje instrumentalną tworzyła gitara, bas oraz elementy perkusyjne; różnego rodzaju przeszkadzajki. Nie można zapomnieć o podkreślającej łagodny charakter zaprezentowanego nam materiału sekcji skrzypek, której operatorka, Agnieszka, wykonała lekko lulającą „Kołysankę...”. Muzykę tego zespołu charakteryzuje przede wszystkim stonowana forma melodyjna, której dźwięki zostały dobrane według raczej durowych komplikacji, niemniej jednak bardzo ostrożnie, dzięki czemu kompozycje nie maja charakteru słodkiego melodramatu. Jeżeli chodzi o kontakt z publicznością, zespół najlepiej tego wieczoru zatarł granice dzielące scenę i podsceniczny targ. I może nie chodzi tutaj o samą wartość utworów, ile o zagłuszanie ciszy, która między nimi występowała.
     Jako następna na scenie pojawiła się grupa Na Bani. Kwintet zaprezentował nam rąbek swej niemalże szesnastoletniej historii w takich utworach, jak: „Święty”, „Poezja”, „Rozstanie, „Zejście z lata”, „Młyn”, „Wędrujemy”. Zespół położył główny nacisk na urozmaicenie partii gitarowych, sprawiając, że każde z trzech, które rozbrzmiewały tego wieczoru, snuły się inną ścieżką, tworząc jedną linię, a zarazem mur bardzo kojących dźwięków. Instrumenty strunowe wsparte zostały przez dźwięk fletu poprzecznego oraz głos wydobywający się czasem z pięciu gardeł na raz. Duża część utworów skomponowana została do słów Borkowskiego i Marcinkowskiego. Występ dobry, reakcja publiczności również.
     Ostatni tego dnia podłączył się zespół „Dom o zielonych progach”. Zespół ten jest sztandarowym obrazem tego, na jakich zasadach powstał i jak funkcjonuje projekt „W górach jest wszystko, co kocham”. W składzie, który tworzą ludzie mieszkający w różnych zakątkach kraju, znalazła się również trójka naszych milusińskich, rodzeństwo z Elbląga: Marzena, Monika i Daniel. Zespół wystawił na scenę najbardziej rozbudowany system instrumentalny, składający się z gitar, basu, elementów perkusyjnych i skrzypek. Utwory takie jak „Pieśń 29”, „Gór mi mało” czy „Łemata” ukazały nam ten prawdziwy, wrażliwy charakter tego nurtu oraz ludzi, którzy go wykonują. Melodyjne oraz wesołe partie sprawiły, że chwytliwe teksty pojawiły się na ustach zgromadzonej na sali gawiedzi. Rzecz się tyczy również „Plasteliny…”, z repertuaru zespołu Dnieje, w którym udzielały się kiedyś siostry Madej, a którego piosenkami raczono naszych harcerzy w służbie czynnej. Publiczność podziękowała za występ zespołu gromkimi brawami.
     Na sam koniec wszystkie zespoły, które wystąpiły tego dnia, zgromadziły się na scenie, by wspólnie odśpiewać jeszcze dwa utwory.
     Koncert „W górach jest wszystko, co kocham”, od samego początku aż po ostatni wydany dźwięk charakteryzowała bardzo przyjazna atmosfera. Nie będę oryginalny, kiedy powiem, że w jego trakcie „…można było o czymś tam bardziej czy mniej przykrym zapomnieć”, i udać się myślami hen gdzieś dalej. Coś jednak w tym jest. Zespoły, które prezentowały nam wizytówkę gór tego wieczoru, były przede wszystkim szczere, kierowały się prawdziwie pozytywnymi przesłankami. Wszystkie zespoły ukazały, jak góry formują słowo „przyjaźń”, pokazały nam, czym jest prawdziwa poezja natury, mistyka gór a przede wszystkim przypomniały, że „góry to ludzie, którzy je niosą w plecaku”.
     
     Rozmowa z członkiem kapeli „Dom o zielonych progach” Danielem Madejem.
     
     Orzeu: Projekt „W górach jest wszystko, co kocham” powstał jakiś czas temu. Powiedz nam coś o jego początkach…
     Daniel Madej: Projekt ma już kilka lat, głównym jego pomysłodawcą jest Wojciech Szymański z Wrocławia. Parę lat temu zaprosił mnie, moje siostry oraz parę innych osób do wspólnego śpiewania w zespole „Dom o zielonych progach”. Na początku spotykaliśmy się po prostu raz na rok gdzieś tam we Wrocławiu na koncertach. Potem przyszły inne miasta, grupa się rozrosła. Teraz śpiewamy w kilkunastu miastach Polski.
     
     Kiedy Ty zacząłeś śpiewać o górach. Pamiętasz swoje pierwsze kroki z plecakiem?…
     Górami zainteresowałem się jako nastolatek. Po prostu gdzieś tam pojechałem sobie w góry, a one mnie zauroczyły. Poznałem tam wielu fajnych ludzi, między innymi właśnie Wojtka. Było więc granie, śpiewanie przy ogniskach. Od tego właśnie się zaczęło. Bez żadnego nagłośnienia; sama gitara, ludzie, ognisko. No i przede wszystkim natura.
     
     Kiedy dokładnie powstał zespół „Dom o zielonych progach”?
     Na to pytanie nikt ci chyba nie odpowie (śmiech). Na serio. Spotykaliśmy się w różnych miejscach, śpiewaliśmy razem. W końcu Wojtek rzucił ideę, żeby zawiązać zespół.
     
     Zauważyłem, że na nowej składance największy udział, jeżeli weźmiemy pod uwagę ilość piosenek, ma wasz zespół. Zajmujecie więc jakby najważniejszą pozycję…
     Zespół „Dom o zielonych progach” w projekcie „W górach…” jest od samego początku. Można powiedzieć, że zaczęło się od nas…
     
     Można powiedzieć, że zaczęło się od Wolnej Grupy Bukowina. Kontynuujecie tę tradycję, widzicie może następców? To jest bardzo rzadki nurt…
     Oczywiście. W wielu miastach Polski zapraszamy do koncertowania wiele lokalnych, mało znanych zespołów. Są to zespoły młode, czasami też starsze, z większym stażem.
     
     Kilka nazw…
     Główne zespoły, które z nami jeżdżą po całej Polsce, to: Na Bani, Pelton, Sylwester Szwedes z zespołem, U Pana Boga Za Piecem, Apolinary Polek, Gościniec, Seta…
     
     Gracie głównie w Polsce…
     Jedynie (śmiech). Chociaż, powiem szczerze, że miło by było zagrać w dalszych zakątkach.
     
     W górach jest wszystko, co kochasz. Co takiego?…
     Dla mnie w górach najważniejsze jest piękno natury, którym można się pozachwycać. Także to, że w górach, może z wyjątkiem Tatr, jest mało ludzi… To jest prawdziwa cisza, także ukojenie dla duszy. Góry to wędrówki z plecakiem, w trakcie których można się zmęczyć, później spotkać się z ludźmi i odsapnąć przy ognisku, pośpiewać.
     
     Wolisz biel czy zieleń w górach…
     W zimę jeszcze w górach nie byłem. Nie jeżdżę na nartach (śmiech). Najbardziej jednak przemawia do mnie jesień, kiedy drzewa są różnokolorowe. To jest piękne.
     Odwiedzasz je co roku?
     Tak, co roku. Staram się…
     
     Jeszcze jedna sprawa. Wasz projekt ma wielu sponsorów. Lustrując powierzchnię waszych plakatów koncertowych, znajdujemy wiele nazw instytucji wspomagających. Nie zrozum mnie źle, ale skąd takie zainteresowanie i pomoc. Sponsorów ciężko dzisiaj znaleźć, szczególnie, kiedy organizujesz koncerty…
     W każdym mieście pomaga nam naprawdę dużo ludzi, którzy po prostu biegają po różnych, firmach i rozmawiają…
     
     Czyli macie swoich wolontariuszy?
     Tak, współpracuje z nami kilkuset wolontariuszy w całej Polsce. I bardzo się cieszymy, że nam tak bardzo pomagają. Bez ich pomocy, faktycznie, ciężko by było coś zmontować.
     
     Zagracie jeszcze w Elblągu?
     Na pewno. To jest nasz czwarty koncert w tym mieście. Myślę, że za rok spotkamy się ponownie.
     
     Może kilka słów dla naszych czytelników?
     Życzę wam częstych wypadów w góry, gdzie można się wyciszyć i zabawić równocześnie. Pozdrawiam czytelników Portelu. Do zobaczenia na szlaku…
     
Orzeu
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
..., a moim zdaniem
  • Bieszczady są spoka, choć byłem dawno i dobrze nie pamietam tych krain. Wrażenia jednak pozytywne... Trza sie wybrac z pucha z biedronki.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0 0
    niedzielny turysta(2006-12-16)
Reklama

To kupisz w pasażu portElu

Fototapeta lateksowa 150x260 cm - Zebra
Fototapety z Italią
Fototapety z kwiatami
Obraz na dibond 260x60 cm - Słoneczniki