Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Piątek 09-12-2016, imieniny Wiesława, Leokadii
 
Rek

UWAGA!

Zamknij Zamknij
Rek

Między słowami

Elbląg, Między słowami Obrazy Mikołaja Maleszy w Galerii EL (fot. Damian Matwiejczyk).

Rozmowa z Mikołajem Maleszą*, znakomitym polskim scenografem, którego malarstwo do 5 marca możemy oglądać w Galerii EL.

Co najbardziej interesuje Pana w teatrze?
     Mikołaj Malesza: Pytanie o teatr i związki między tym, co robię w teatrze a malarstwem pada dość często, ale w moim przypadku jednak pierwsze było malarstwo, chociaż pewnie jako scenograf gdzieś tam jestem bardziej znany. Ja nie rozgraniczam tych dwóch dziedzin tak bardzo radykalnie. To jest jakby wchodzenie na ten sam pagórek z dwóch różnych stron, bo pomimo zupełnie innych środków, jakie stosujemy, poprzez obie dziedziny mówimy w jakiś sposób o sobie. Tak jak malarstwo jest pracą na dowolny temat, tak scenografia jest pracą na zadany temat. Pracując nad spektaklem, zawsze wychodzę od podstawowego pytania: o czym jest przedstawienie, od jego myśli przewodniej, idei. Próbuję nie tyle znaleźć dekorację czy tło, co w sposób skrótowy, syntetyczny, poruszyć dany problem w plastyce, znaleźć jego ekwiwalent w przestrzeni, znak, który będzie do tej głównej myśli nawiązywał. To dlatego zawsze zadaję reżyserowi pytanie: o co chodzi i chcę, żeby nie przez pół godziny, a dosłownie w paru zdaniach opowiedział mi, co zamierza zrobić, bo chodzi o esencję, tę najważniejszą rzecz. Lubię, kiedy mam określoną przestrzeń, w której muszę się znaleźć, ale lubię też taką sytuację, gdy spektakl i scenografia mają funkcjonować w różnych przestrzeniach. Tak było np. w przypadku teatru Wierszalin, gdzie scenografia musiała być mobilna, możliwa do zastosowania w różnych miejscach i jeszcze w dodatku demontowana na elementy. Zawsze jednak, bez względu na to, gdzie i dla kogo to potem prezentujemy - bo opracowuję również scenografie dla teatrów dramatycznych i lalkowych - na początku jest pytanie o najważniejszą myśl.
     
     W wielu realizacjach scenografia pełni tylko rolę tła dla aktorów. W przypadku Pana projektów, myślę głównie o wspomnianym już Wierszalinie, scenografia jest integralną częścią świata scenicznego. Jest bardzo osobista, można powiedzieć -opatrzona Pana autografem.
     W Wierszalinie była o tyle specyficzna sytuacja, że w użyciu były rozmaite środki wyrazu. Był to zarówno aktor, jak lalka i przedmiot, który miały swoje określone znaczenia. Na ogół przedmioty były przedmiotami prawdziwymi, miały swoją historię, były wyszukiwane wśród ludzi czy w okolicy, z której pochodzili bohaterowie spektakli. Poza tym te środki wyrazu nieustannie zmieniały się. Raz np. rzeźba była tylko przedmiotem, znakiem, a innym razem stawała się bohaterem. To nieustanne przenikanie się, zmiana funkcji i znaczenia poszczególnych elementów było cechą szczególną Wierszalina. Ale także w przypadku spektakli, które robiłem w innych teatrach, zawsze jednak interesuje mnie nie scenografia, która jest dodatkiem do wydarzeń, tylko taka, która jest istotną częścią inscenizacji. Nie oznacza to, że dążę do dużych, bogatych, rozbudowanych scenografii, do czegoś, co określa się jako „teatr scenografa”. Zawsze interesuje mnie skrót, znak, a nie jakaś taka rozbuchana, rozmalowana przestrzeń. Jak obserwuję, teatr podąża w takich dwóch kierunkach. Czasami to jest absolutna synteza i asceza, ale zdarzają się spektakle z olbrzymią ilością poruszającej się materii, form i plam barwnych. Przyglądam się temu i wciąż zadaję pytania: ale po co to, przecież z tego nic nie wynika, niczemu nie służy? Rozumiem jednak, że można mieć różne podejście do scenografii i w ogóle do teatru.
     
     Gdzie się Panu lepiej pracuje: w teatrach nieinstytucjonalnych czy państwowych?
     Jeśli chodzi o teatry nieinstytucjonalne, to oczywiście najwięcej pracowałem dla Wierszalina, ale robiłem również projekty dla grup: 3/4 Zusno i troszkę dla „Gardzienic”, choć to w zasadzie trudno nazwać pełną scenografią. Ten rodzaj teatru ma swoją specyfikę. W przypadku Wierszalina sam wykonywałem prawie całą scenografię. Było to oczywiście trudne, jeśli chodzi o wkład fizyczny, ale jednocześnie od początku do końca panowałem nad formą całości. Wygodniej może jest wtedy, kiedy mam do dyspozycji pracownię plastyczną w teatrze instytucjonalnym. Wówczas projektuję, mam jakiś nadzór, ale nie zawsze realizacja projektu jest po mojej myśli i czasami jestem, powiedzmy, nie do końca zadowolony, czy nie do końca szczęśliwy z efektu. Jak sam wszystko robię, to mogę narzekać tylko na swoje beztalencie, a nie na beztalencie innych. Mimo to cieszę się, że mogę pracować w różnych teatrach, w tym także w lalkowych, gdzie scenografia jest istotna, bo często jako medium między aktorem a odbiorcą pojawia się jeszcze rzeźba czy lalka. Poza tym, plastyka tam jest ważniejsza niż w wielu spektaklach tzw. teatrów dramatycznych. Teatry lalkowe mają pewne ograniczenia. Prawie wszystkie powstawały jako sceny, na których grano głównie lalką i tylko lalką, w związku z tym operują małymi przestrzeniami - czterema, pięcioma metrami. Kiedy więc pojawia się tzw. żywy plan, wtedy wszystko, cokolwiek się w tej przestrzeni mieści, jest za duże. Dla scenografa jest to po prostu inny rodzaj wyzwania i problem do rozwiązania.
     
     Współpraca z Wierszalinem była dla Pana czymś istotnym?
     Na pewno, choć to doświadczenie niekoniecznie da się przenieść do innych teatrów, ponieważ Wierszalin operował innym rodzajem materii, inną tematyką, miał własne założenia inscenizacyjne i specyficzną przestrzeń. Bardzo często też prace scenograficzne miały miejsce jeszcze w trakcie powstawania scenariuszy. Obie sfery przenikały się i uzupełniały; scenariusz i scenografia powstawały równocześnie.
     
     To było bardziej twórcze?
     Chyba tak, ale też czasami trudniejsze, bo nie do końca było wiadomo, w jakim kierunku wszystko podąży. Kiedy autor tekstu, reżyser czy scenarzysta w pewnym momencie wpada na pomysł różniący się od tego, który był zakładany na początku, zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że to się gdzieś może minąć.
     
     Zdarzało się tak?
     Jakichś radykalnych sytuacji nie było. Poza tym, w prywatnym teatrze po prostu liczy się pieniądze i trudno by było podchodzić do tematu jeszcze raz i robić inną scenografię niż pierwotnie zakładana. Zdarzały się jednak sytuacje, że trzeba było coś modyfikować, zmieniać. Ale to jest normalne w teatrze. I w ogóle w życiu.
     
     Jest szansa, że zrobi Pan coś jeszcze wspólnie z Piotrem Tomaszukiem i Wierszalinem?
     Nie wiem. Już od pewnego czasu nie współpracuję z Wierszalinem. Inna sprawa, że w tym czasie nie powstawały tam specjalnie nowe spektakle, m.in. dlatego, że Piotr Tomaszuk został dyrektorem jednej z państwowych scen. Teraz wrócił i coś tam zamierza robić. Natomiast jeśli chodzi o naszą współpracę, to hmmm..., coś się zaczyna, a coś kończy.
     
     Czuje się ogromną pokorę, kiedy wypowiada się Pan o pracy scenografa. Tymczasem na przykład oprawa spektakli wierszalińskich, którą znam najlepiej, jest zupełnie niezapomniana.
     Kiedy po jakimś czasie miałem okazję oglądać spektakle, których wcześniej nie widziałem, stwierdziłem, że ona działała, była dosyć mocna przez swoją surowość, oszczędność, a jednocześnie ekspresję. Myślę, że był to efekt pewnej spójności stosowanych środków, choć pewnie scenografia jest tylko jednym z elementów i w tym, czy spektakl później jest dobrze odbierany, zasługa scenografa jest bardzo ograniczona.
     
     W teatrze czuje się Pan bardziej artystą czy rzemieślnikiem?
     Gdy zaczynałem pracę w teatrze, strasznie się wykłócałem i mocno walczyłem o swoje. Teraz nie tyle nie walczę, co po prostu wiem, że nie można nikomu, a szczególnie reżyserowi, narzucić własnego zdania wbrew jego intencji, bo nic z tego nie wyniknie. Scenografia i wizja reżyserska muszą być ze sobą spójne, wzajemnie oddziaływać na siebie, dopiero wtedy jest szansa na udany spektakl. Dlatego mam świadomość, że teatr to jest praca zespołowa. Widziałem, o czym już mówiliśmy, scenografie, które same w sobie były bardzo efektowne, barokowe, ale nie pasowały do całości. Nie interesuje mnie sytuacja, w której scenografia funkcjonowałaby jako osobny element spektaklu, niekoniecznie wpisana weń i niekoniecznie go budująca.
     
     Czego mogłabym życzyć w Pańskiej przygodzie z teatrem? Jak zapewne wielu widzów, ja życzyłabym sobie oczywiście powtórki z Wierszalina, ale nie wiem, czy Pan by sobie tego życzył?
     Scenograf jest człowiekiem do wynajęcia (śmiech).
     
     Czuję w tych słowach żal...
     Nie, nie. O pewnych sprawach jest mi niezręcznie mówić, dlatego nie będę mówił, jest jednak tak, że pewnym ludziom jest po drodze, ale w jakimś momencie decydują się na to, żeby podążyć w różnych kierunkach. Każdy ma do tego prawo i jest to związane z pewnym etapem rozwoju. Tyle! (śmiech)
     
     Szykuje Pan coś w najbliższym czasie?
     Moja żona jest reżyserem teatrów lalkowych i dość dużo razem zrobiliśmy. Myślę, że również dość dużo fajnych spektakli powstało. Najbliższy będzie w Olsztynie. Projekty scenograficzne już złożyłem i trwa ich realizacja, natomiast próby żona rozpocznie chyba w tym miesiącu.
     
     
     * Mikołaj Malesza jest autorem ponad dwudziestu projektów scenograficznych, w tym do większości produkcji Teatru Wierszalin, z którym trzykrotnie otrzymał nagrodę Fringe First na największym europejskim festiwalu teatralnym w Edynburgu.
     Malesza jest jednak nie tylko autorem scenografii. Ma 52 lata. Skończył architekturę wnętrz w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Miał kilkanaście wystaw indywidualnych, między innymi w Warszawie, Białymstoku, Wrocławiu i Amsterdamie. Uczestniczył w kilkudziesięciu wystawach malarstwa polskiego w kraju i za granicą, m.in. w Anglii, Stanach Zjednoczonych i Japonii. Jego malarstwo do 5 marca prezentuje elbląska Galeria EL.
     Tymczasem, jak wynika z doniesień lokalnych mediów, Wierszalin - i Piotr Tomaszuk szykują nowy spektakl. Będą to „Zwierzenia pornogwiazdy” Erica Bogosiana.
     
     

Rozmawiała Joanna Torsh
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
Reklama