Sobota 21-07-2018, imieniny Daniela, Wawrzyńca
 
Rek

UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

„Miłka” na szczęście

Elbląg, „Miłka” na szczęście Krzysztof Grabowski, aktor Teatru im. A. Sewruka w Elblągu (fot. arch.portel)

Wrocław, tournee po miastach Dolnego Śląska, Toruń. Sypią się nagrody, jest uznanie publiczności, którą przez 25 minut zajmuje swoją trudną relacją z tytułową Miłką. Zaprasza widzów do garażu, orkiestronu, proponuje nowe formy oświetlenia (na spektaklu można np. otrzymać latarkę, by dzięki niej zobaczyć aktora). Krzysztof Grabowski, aktor elbląskiego Teatru im. Aleksandra Sewruka, po sukcesach na krajowych festiwalach wyrusza do Moskwy.

Absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie – Zamiejscowy Wydział Lalkarski we Wrocławiu ( 2007). Pracował w Teatrze Dramatycznym im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu. Od września 2009 w zespole Teatru im. Aleksandra Sewruka. Krzysztof Grabowski dał się poznać elbląskiej publiczności grając m.in. Mazepę, Maksyma w „Ruskim miesiącu”, a ostatnio Hermesa („Hermes przeszedł, czyli mity greckie”). Lubi pracować w zespole, dialogować z kolegami, bo – jak sam podkreśla -aktorstwo partnerskie jest dla niego najważniejsze. Jednak z chęcią podejmuje wyzwanie, jakie niesie realizacja monodramu. W ubiegłym roku zaprezentował „Miłkę” na 38. Ogólnopolskim Festiwalu Teatrów Jednego Aktora we Wrocławiu i zdobył uznanie jurorów. Otworzyło mu to drogę do kolejnych festiwali. W listopadzie tego roku – z sukcesem – zaprezentował się podczas 44. Międzynarodowych Wrocławskich Spotkań Teatrów Jednego Aktora, 11. Prezentacji Monodramów na Dolnym Śląsku oraz 5. (25) Toruńskich Spotkań Teatrów Jednego Aktora. Z Krzysztofem Grabowskim rozmawialiśmy tuż przed jego podróżą na kolejny festiwal, tym razem odbywający się w Moskwie.
     
     Miłka
     Tak naprawdę „Miłkę” zapoczątkowałem w zeszłym roku, gdy przygotowywałem ją na wrocławski festiwal. Jednak po kolei. Ojcem chrzestnym tego spektaklu jest Andrzej Szubski, obecnie aktor Teatru Polskiego w Poznaniu. On mnie przygotowywał do egzaminów do szkoły teatralnej i on mi ten tekst podrzucił [chodzi o dramat „Piaskownica” Michała Walczaka – red.]. Sam szkielet powstał więc 7 lat temu. Pojechałem później na kilka amatorskich festiwali i …o tekście na kilka lat zapomniałem. Przypomniałem sobie w szkole teatralnej, gdy okazał się pomocny na „zaliczenie”. Zacząłem jednak już inaczej o nim myśleć, zmieniła się też wymowa spektaklu.
     Przez cztery lata obserwowałem OFSTJE jako widz, chodziłem na panele dyskusyjne, słuchałem o tym, co się podoba, co kręci. Zacząłem też ze swojego spektaklu wyrzucać różne elementy, by sprawdzić bez czego aktor może się obejść. Tak wyrzuciłem muzykę, ustawiane światło, łóżko.
     Zmieniłem też tytuł na „Miłkę”, bo troszkę się tu pozmieniało. Teraz to jest twój spektakl - powiedział Andrzej Szubski.
     Lubię „Miłkę”, choć to dla mnie ciężki spektakl, ekshibicja uczuć, nie oszczędzam w nim siebie. Zresztą, monodram ma to do siebie, że aktor nie ma się za czym schować, nie ma czego „brać w cudzysłów”. Forma polega na otwarciu siebie na widza, realizuje potrzebę wyrzucenia siebie na zewnątrz.
„Miłkę” jeszcze pewnie pogram, ale już myślę o innym monodramie, opartym na biografii np. Kapuścińskiego.

 


     Wrocław
     To najstarszy na świecie festiwal teatrów jednego aktora. Nie można się na niego zgłosić – trzeba być zaproszonym. Ja dostałem rekomendację Wiesława Gerasa, dyrektora OFSTJE, bo wszystko zaczęło się od wygranej na ubiegłorocznym festiwalu. Dostałem wówczas dwie nagrody od jurorów, a dodatkowo – i to jest najcenniejsze - ten festiwal objął mecenatem mój spektakl i promuje go dalej.
     Na tegorocznych spotkaniach teatralnych we Wrocławiu dostałem nagrodę Marszałka Województwa Dolnośląskiego. I to jest wielki sukces.
     
     Toruń
     To jest festiwal festiwali. Na niego też nie można się zgłosić. Trzeba być zaproszonym. Być laureatem innych ogólnopolskich bądź międzynarodowych festiwali teatralnych. Być już zwycięzcą, bo tam odbywają się pokazy mistrzowskie. Miałem to szczęście, że występowałem na jubileuszowym festiwalu. W mediach podawali, że wystąpią najwybitniejsi z wybitnych i zawsze dodawałem: „i jeszcze ja” (śmiech). No, bo jak porównywać się z Ewą Błaszczyk, Dorotą Stalińską czy Janem Peszkiem? Byli też aktorzy z Serbii, Rosji, ze Szwajcarii, czy z Estonii.
     Ja zaskoczyłem tym, że zaprezentowałem krótką, zwartą historię w nowej przestrzeni [w Toruniu był to garaż – red.]. Wśród takich mistrzów przyjechałem się uczyć, a nagrodę traktuję jako zachętę do dalszej pracy. W Toruniu dostałem nagrodę Kapituły Publiczności. Takie wyróżnienia są cholernie ważne, jedne z najcenniejszych. Przecież wszystko co robimy, robimy dla widzów.
     
     Z pralni do garażu
     Jeżdżę na festiwale po to, by się uczyć, spotkać, podpatrzeć. To jest najważniejsze. Poza tym lubię wyjazdy, uwielbiam grać i konfrontować się z różnymi widzami. Objazd po Dolnym Śląsku był fantastyczny, bo tam za każdym razem była nowa przestrzeń, którą sam wybieram. To ciekawy sprawdzian, jak szybko można zareagować na nowe warunki. Grałem już w orkiestronie, w garażu, a w Elblągu w pralni teatralnej. Kiedyś w Wałbrzychu widzowie oświetlali mnie latarkami. W Toruniu natomiast grałem oświetlony reflektorami samochodów. I za każdym razem inny odbiór spektaklu, inni widzowie – młodzi i starsi, ciekawe spotkania z publicznością.
     
     Moskwa
     Do Moskwy lecę 2 grudnia, by zaprezentować swój monodram na Międzynarodowym Festiwalu Teatrów Jednego Aktora. Specjalnie na potrzeby tego wyjazdu musiałem opanować, przynajmniej w tekście spektaklu, język rosyjski. Musiałem też znaleźć klucz, jak go zastosować, a nie tylko pochwalić się, że znam. I wpadłem na pomysł, że Miłka jest Rosjanką i z nią rozmawiam po rosyjsku. Natomiast wszystkie moje zabawy, ucieczki, mój świat opisuję po polsku. Trochę mnie to ogranicza. Po rosyjsku nie jestem w stanie improwizować. Jeszcze (śmiech).
     Nad „moim” rosyjskim pracowała Sołmaz Kiazimowa, nauczycielka V LO w Gdańsku. Ta kobieta ma niesłychaną duszę artystyczną więc najpierw zaczęła ze mną tłumaczyć tekst – a ten z racji mojej adaptacji różni się od oryginału, a później przyszedł czas na naukę. Za poświęcony czas bardzo jej dziękuję. Nadal mam problemy z akcentami, ale stwierdziła, że spektakl jest w pełni zrozumiały.
     Na moskiewskim festiwalu będę jedynym Polakiem. Ten wyjazd to dla mnie wielkie szczęście. „Piaskownica” Michała Walczaka znajdzie tam dwa wykonania – moje oraz rosyjskiego aktora. Będzie też „Dzień Polski”, podczas którego zaplanowane są panele dyskusyjne.
     Wyjazd do Moskwy, podobnie zresztą, jak i poprzednie festiwalowe podróże, finansuje mi elbląski teatr. Do niego wracam 8 grudnia, by rozpocząć próby generalne do „Testosteronu” w reżyserii Bogusława Semotiuka. Premiera odbędzie się 11 grudnia na Małej Scenie.

not. Agata Janik
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
Reklama

To kupisz w pasażu portElu

Polar z haftem
POLO z HAFTEM
Czapka z nadrukiem
Naszywki