Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Wtorek 06-12-2016, imieniny Mikołaja, Emiliana
 
Rek

UWAGA!

Zamknij Zamknij
Rek
Rek
Telefon portElu Halo, tu portEl
512 918 555

Wiadomości

Gospodarka

Społeczeństwo

Kultura

Sport

Na uczelniach

Zbrodnia i kara

Prasówka

Jej portEl

Kina i teatr

Konkursy

Dawny Elbląg

Poradnik

Hit czy kit?

Po godzinach

Fotoreportel

W pierwszym śniegu W pierwszym śniegu

Nie umiem w życiu robić nic innego…

Elbląg, Nie umiem w życiu robić nic innego… Daniel Orłowski i Katarzyna Nosowska

Rozmowa z Katarzyną Nosowską, liderką grupy Hey. W niedzielę zagrali na starówce na zakończenie obchodów Dni Elbląga.

Daniel Orłowski: Ponownie w Elblągu. Rok temu Ogrody Polityki, dzisiaj Dni Elbląga. Powiedz, jak oceniasz naszą publiczność.
     Katarzyna Nosowska: Była naprawdę wspaniała, wyrozumiała, życzliwa na maxa i wyjątkowo żywiołowa. Jesteśmy piekielnie zadowoleni. Myślę, że w ogóle takie przychodzenie na koncerty ma sens w momencie, gdy ludzie czerpią z takiego zdarzenia wszystko, co jest możliwe do wyciągnięcia. Czyli naprawdę zyskują swobodę w ciele i reagują bardzo spontanicznie. I tutaj mam wrażenie, że elbląska publiczność wie dokładnie, co począć z takim zdarzeniem.
     
     Przy okazji obchodzimy Centralne Dni Morza. Powiedz, czym jest dla ciebie ten „geograficzny byt”. Jak kojarzysz słowo „morze”, z czym wspominasz. Jako rodowita szczecinianka, masz z nim chyba wiele wspólnego.
     Morze dla mnie jest przyczynkiem do dziecięcej rozpaczy, ponieważ mój ojciec jest marynarzem. Morze jest dla mnie instytucją złodziejską trochę, jest czymś, co tak naprawdę zabrało realny, jakiś rzeczywisty kontakt z moim ojcem, który bez przerwy bujał się po tym morzu, pływał statkami i tak na prawdę jego obecność w życiu rodzinnym była śladowa. Więc nie mogę powiedzieć, żeby morze miało dla mnie jakieś jednoznaczne, pozytywne znaczenie. Oczywiście, jako ogrom wody, który uświadamia nam, jaka jest potęga natury, robi to na mnie kolosalne znaczenie. I bardzo lubię morze, aczkolwiek nie jako pływak, bo boję się pływać w morzu. Natomiast, tak jak mówię, morze zabrało mi coś cennego.
     
     Jak wyglądała sesja nagraniowa nowej płyty „Echosystem”?
     Miło, bardzo spontanicznie, bezstresowo, bezproblemowo. Odkąd zaczęliśmy nagrywać u Jacka na wsi, stwierdziliśmy, że to jest jedyna doskonała forma nagrywania jakichkolwiek płyt. Nie da się sesji w takim miejscu porównać z jakimś miejskim studio, gdzie wszystko robi się na czas, gdzie zaraz po nas wchodzi następny zespół, gdzie bardzo drogo liczą za godzinę i jest presja pośpiechu. Natomiast tam jest tak, jakbyśmy byli na wakacjach, czyli totalny luz. Gotujemy potrawy, śniadanko, kawka, meczyk w telewizorze, a przy okazji nagrywamy płyty, co ma naprawdę ożywczy wpływ na sztukę, moim zdaniem. Może dorabiam do tego jakąś ideologie, ale wydaje mi się, że to słychać, te płyty są bardziej spokojne i wyluzowane dzięki temu, że są nagrywane tam.
     
     A sam tytuł: „Echosystem”?
     My mamy w ogóle problemy z tytułami, bo tytuł to jest niby nieważna, a jednak dosyć ważna sprawa. Taka ważno-nieważna. Czyli, na dobrą sprawę, nie ma co robić afery z tytułu, bo piosenka musi mieć tekst, a płyta tytuł. Natomiast my mamy z tym problem. Po tylu latach ciężko wymyślić jakieś jedno słowo, które byłoby na tyle fajne, żeby obarczyć je odpowiedzialnością za materiał, który jest wewnątrz płyty. Tutaj było wiele propozycji. Najpierw każdy przeprowadził taką prywatną burzę w swoim mózgu. Wysuwamy jakieś tam propozycje, potem są one przegłosowywane w zespole. No i akurat w tym przypadku ten zebrał najwięcej głosów.
     
     Oprawa graficzna płyty „Echosystem”- bardzo delikatna i przypominająca bardziej okładkę obyczajowej powieści, książki.
     Tak. Szczególnie ta specjalna edycja. Ta druga, która się później pojawiła, jest już bardziej typowa. Jest ona czymś po prostu ładnym, samym w sobie. Znaleźliśmy takiego człowieka, który jest no multiartystą po prostu. Artysta, który gra na bębnach niesamowicie, gra z jazzowymi artystami, tworzy piękne projekty muzyczne, jak na przykład Mitch & Mitch. To jest taka kultowa w pewnych kręgach kapela, która gra country w dzisiejszych czasach. To są chłopcy, którzy grają country i robią sobie z tego niezłą zabawę. No i ten człowiek - Maciu Moretti zrobił nam okładkę. To jest człowiek, któremu wystarczy zapodać jakieś hasło, on siada i wymyśla. Tym bardziej, że widziałam jego inne okładki, tak że wiem, że jest bardzo utalentowany. I chcielibyśmy zaprzęgać go do pracy już zawsze. Po prostu zdecydowanie winduje nas na wyższy poziom.
     
     Opowiedz o pierwszych waszych płytach: „Hey. Fire”, „Ho”…
     „Fire” to pierwsza płyta, od niej się wszystko zaczęło, więc jakby sentyment, którym darzymy tę płytę, jest niekończący się. Ona była zawsze taka bliska sercu, ponieważ była pierwszym krokiem, który wykonaliśmy w nieznaną zupełnie przyszłość. Potem była „Ho”, która była ciężką płytą. W takim sensie, że zawsze jest jakiś taki stres związany z nagraniem nowej płyty, bo jeżeli pierwsza, nie daj Boże, odniesie sukces i spodoba się ludziom, to potem wszyscy myślą - no, ciekawe co oni później pokażą. To były takie czasy, że ona była dobrze przyjęta.
     
     Jesteście zespołem, który od samego początku stworzył pewien kult. Czy nie obawiacie się, że każda kolejna płyta po „Ho” pełni rolę podtrzymującą dobre imię zespołu? Że wszystko, co Hey miał powiedzieć, już powiedział?
     Musieliśmy jako artyści dokonać wyboru: czy będziemy się starali za wszelka cenę sprostać oczekiwaniom, które się pojawiły po nagraniu pierwszej i drugiej płyty, czy też postaramy się delikatnie zachęcić ludzi do tego, żeby nam zaufali, i że my staramy się przede wszystkim nie stracić sympatii do dźwięków, kochać to, co robimy. W związku z tym czasami popełniamy dźwięki, które nie są akceptowane, których ludzie nie lubią. Natomiast mogę powiedzieć również, że my stoimy za nimi murem, ponieważ my tak chcieliśmy. Chcieliśmy się pobawić. Tym bardziej, że muzyka jest materią, która nie znosi jakiegoś takiego skostniałego podejścia. Jeżeli człowiek zaczyna kalkulować: o!, jeśli pierwsza płyta sprzedała się dobrze, to zróbmy taką samą drugą, trzecią i piątą, wtedy ludzie zaczną nas lubić - to się zawsze mści. Wydaje mi się, że artysta może przetrwać jakby sam przed sobą, przed lustrem, głównie wtedy, kiedy jest bezkompromisowy wobec całego siebie, nawet za cenę utraty zainteresowania publiczności.
     
     Nie uważasz, że prawdziwa widownia Hey powoli się kończy? Początki, lata 90-te, koszulki Gunsów, Flanele i co drugie ognisko i „Ja sowa” na mandolinie. Teraz Hey leci na RMF FM razem z Cerekwicką. Może nowe pokolenie potrzebuje czegoś innego?
     Wydaje mi się, że muzyka gitarowa jest czymś, co nigdy nie przeminie. W obrębie takiego składu w zespole - perkusja, bas, dwie gitary - można naprawdę robić przeróżne rzeczy. I wydaje mi się, że to jest jedyny kierunek, na który moda nigdy nie przemija. Czyli, że pojawiają się hip-hopy, trip-hopy, dziwne wydarzenia w muzyce, które, moim zdaniem, mimo wszystko są chwilowe. Muzyka gitarowa jest jakąś taką rdzenną, korzenną muzyką i w związku z tym ma silne fundamenty i nie przeminie. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał tego słuchać. Nawet jeżeli będzie to pięć osób, to należy się z tego cieszyć.
     
     A gdybyś pewnego dnia otrzymała propozycję od, powiedzmy, Pokahontaz, WWO, Abradaba czy jakiegokolwiek innego rapera wystąpienia na płycie…
     Nie wiem, czy ktoś ma tyle wyobraźni, żeby mnie ustawić w takiej sytuacji (śmiech).
     
     Rezerwat, Muniek Staszczyk i Skawiński dali radę…
     Wiesz, ja nie mam nic przeciwko temu, żeby spotykać się z ludźmi i robić coś ciekawego, bo to też niesamowicie rozwija i wpływa na podejście do grania. Ja się absolutnie nie bronię przed takimi propozycjami, chyba że ewidentnie nie mogę w tym znaleźć miejsca dla siebie. Chodzi o to, żeby nie zepsuć komuś pracy swoją obecnością.
     
     W swoich tekstach odnosisz się z reguły do osobistych emocji, wspomnień. Mało tam polityki, zjawisk społecznych, syfu ulicznego itp. Czy nie interesuje cię to, co pod tym względem dzieje się u nas w kraju?
     Jest w tych tekstach jakiś brud, ale zawsze podkreślałam, że mnie interesuje człowiek. Jednostka po prostu. Natomiast jednostka w kontekście jakichś ważkich spraw - polityki i nie wiadomo czego, nie jest dla mnie interesująca. Bo ja jestem takim typem, który dąży do tego, żeby zmagać się ze sobą, żeby dokonywać rewolucji na jakimś tam małym polu, małym gruncie, we własnym domu. Sprawić, żeby nasza rodzina, nasz dom były jakieś takie mega zaj… . Żeby ludzie rozumieli się na jakichś wyższych poziomach w rodzinie - w tej najprostszej komórce społecznej. Natomiast wielka polityka to są wielkie pieniądze i to jest wielki, ogromny brud. Tak mi się wydaje. Chcę być z tego dumna, że jestem od tego brudu odsunięta. Z premedytacją wybieram opcję nieinteresowania się polityką. Wiem, że ma ona wpływ na moje życie, bo jakieś procesy, które zachodzą na wyższych szczeblach, bezpośrednio dotykają mnie w życiu codziennym. Natomiast nie mam tyle siły. Tym bardziej, że, z drugiej strony jak sobie wyobrazimy, są dwa istotne momenty, które wyznaczają sens istnienia. Narodziny - przychodzimy na świat, bo ktoś nas zawołał, np. rodzice, obojętnie, jak sobie to wyobrazimy. Potem jest śmierć, która jest końcem albo wręcz przeciwnie - początkiem czegoś, czego nie znamy. I naprawdę śmieszne mi się wydaje pałowanie się polityką w sytuacji, kiedy i tak umrzemy. To jest jedyne, co nas naprawdę czyni równymi. Rodzimy się, wszyscy schodzimy z tego świata, i chodzi o to, żeby w tej ostatniej sekundzie, kiedy będziemy oddawać to ostatnie tchnienie, mieć poczucie, że jesteśmy fajnymi ludźmi. Bo to, że byliśmy zaangażowani w politykę, chodziliśmy ze sztandarami, w tej ostatniej sekundzie nam się do niczego nie przyda. To nie ma najmniejszego znaczenia, czy byliśmy politycznie zaangażowani, czy nie. Natomiast ma ogromne znaczenie dla komfortu umierania, czy byliśmy fajnymi ludźmi, czy nie. I już.
     
     Muzyka alternatywna stworzyła pewien sposób bycia na parkiecie, sceniczny, agresywny akt. Twoje zachowanie podczas koncertu znacznie odbiega od kanonów, które stworzył rock&roll.
     Znam zespoły rockowe, w których frontman szaleje i wije się na scenie, poddusza się kablami, nie wiadomo, co tam jeszcze wyprawia ze sobą, ze swoim ciałem. Natomiast jest mi to całkiem obce zachowanie i gdybym próbowała robić coś takiego, to byłabym po prostu żenująca na tej scenie. Ja nie mam takiego rodzaju ekspresji. Z drugiej strony, tak sobie myślę, fajne by było podprowadzić jakąś kamerę, która byłaby w stanie zarejestrować jakiś taki wykres emocji, które nagromadzają się we mnie w środku. Bo ja stoję i nie wykonuję ruchów, natomiast we mnie zachodzi taki proces, czasami autodestrukcji, totalnie angażuję się w to śpiewanie. Ale tego nie widać, nie podkreślam tego ruchami bioder ani nie macham głową. Wydaje mi się, że do tekstów, które śpiewam, by to po prostu nie pasowało. Poza tym, ja nie jestem takim typem. Ja mogę potańczyć, ale na tańcach. A na scenie byłoby mi głupio, po prostu.
     
     To chyba nie jest chyba ostatnia płyta Hey?
     No, myślę, że nie. Jak Bóg da, oczywiście. Bo tak naprawdę nie jesteśmy władni przewidzieć tego, co się jutro wydarzy.
     
     Bo chyba wracacie do korzeni? Nowa płyta jest dobra, mocna, czytelna i agresywna. Przesterowane brzmienie basu, punkujące gitary, znakomity wokal…
     No tak, ale to wcale nie wyznacza jakiegoś nowego kanonu. Nie jest prawdą, że następna płyta będzie dokładnie taka. Nie wiadomo, jaka będzie. Teraz pracuję nad solową płytą, która będzie dziwna, fajna i swobodna. Robię to z człowiekiem z zespołu Pogodno i to jest dla mnie zupełnie ożywcze, wspaniałe. Człowiek ten jest mega utalentowany, robi niesamowite, luźne, fajne, spokojne rzeczy, momentami swingujące. Może mieć to wpływ na nową płytę Hey i w momencie, gdy zaczniemy nagrywać, to gdzieś tam znajdzie swój oddźwięk. To inspiruje, każdy dzień jest inspirujący, tak że nie wiem, jaka będzie następna płyta Hey. Mam nadzieję, że uda się nam ją nagrać. Ja nic innego nie umiem robić. Nic! Zakładając, że w miarę wychodzi mi to, co robię, to jest to tak naprawdę jedyna rzecz, którą umiem. Ja nie umiem robić w życiu nic innego. I to jest moja największa życiowa tragedia (śmiech). Jestem uzależniona od tego, naprawdę.
     

Orzeu
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
..., a moim zdaniem
Pokazuj od
najnowszych
Reklama