Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Niedziela 19-11-2017, imieniny Salomei, Seweryna
 
Rek

UWAGA!

Zamknij Zamknij
Rek
Rek
Telefon portElu Halo, tu portEl
512 918 555

Wiadomości

Na osiedlu

Gospodarka

Społeczeństwo

Kultura

Sport

Na uczelniach

Zbrodnia i kara

Prasówka

Jej portEl

Kina i teatr

Konkursy

Dawny Elbląg

Poradnik

Hit czy kit?

Po godzinach

Fotoreportel

11.11.2017 11.11.2017

Nie zabraknie łez, Mozarta i "pieprzyka"

Elbląg, Nie zabraknie łez, Mozarta i "pieprzyka" fot. nadesłana

Już jutro (16 wrześnnia) w Teatrze im. Aleksandra Sewruka pierwsza premiera nowego sezonu artystycznego 2017/2018 - „Amadeusz” autorstwa Petera Shaffera, w reżyserii Pawła Szkotaka. Choreografię do tego spektaklu przygotowała Iwona Runowska – polska tancerka, choreograf i pedagog. Była związana z legendarnym Zespołem Pieśni i Tańca „Mazowsze”. Tańczyła na scenie Teatru Wielkiego w Warszawie. Występowała w premierowej obsadzie musicalu „Metro”, który był prezentowany w nowojorskim Broadway Minskoff Theater. W trakcie przygotowań do premiery z Iwoną Runowską rozmawiał Janusz Salmonowicz.

Janusz Salmonowicz: Pani Iwono! Z tańcem jest podobnie jak ze sportem i z polityką - cała Polska tańczy, cała Polska zna się na tańcu, ale tylko nieliczni robią to zawodowo, a już tylko wybrani trafiają na świeczniki, są wybitnymi tancerzami. Jak to jest z tańcem? Ale zacznijmy może od początku. Czy mała Iwonka wiedziała, że zostanie tancerką?
     Iwona Runowska: Zaczynamy od zarania dziejów. Głęboko sięgamy i daleko. Od początku chodziłam na rytmikę do Pałacu Kultury (w Warszawie), miałam chyba ze trzy, może cztery lata, mama mnie prowadziła. To była po prostu fajna zabawa. Pasja narodziła się trochę później. Początkowo chciałam być biologiem, to była szkoła podstawowa, kilka pierwszych klas, to mnie bardzo interesowało. Lubiłam też historię. A pasja do tańca narodziła się, kiedy moja starsza siostra trafiła przez przypadek do szkoły baletowej i zaczęła ćwiczyć w domu,a ja widziałam, co ona robi. Zaczęłam zazdrościć i też bardzo chciałam. Były egzaminy do szkoły baletowej, zdałam je i znalazłam się tam. No i okazało się, że to jest bardzo, bardzo ciężka praca.. Oczywiście jest przy tym bardzo fajnie, jest dużo radości i zabawy, ale to jest okupione dużym stresem, dużą dyscypliną i wyrzeczeniami, dlatego że dzieci, które chodzą do szkoły baletowej są zajęte do godziny 17, czasami do 18, często dochodzą jeszcze spektakle, bo dzieci biorą już udział w spektaklach teatralnych, więc jest to tak naprawdę cały dzień.
     
     - Jakie trzeba mieć predyspozycje, bo przecież jakieś predyspozycje są potrzebne. Z jednej strony takie fizyczne w sensie budowy ciała, pewnych sprawności, a z drugiej chyba predyspozycje mentalne do tego, żeby ciężko, latami pracować?
     - No tak, ale tej dyscypliny, umiejętności pracy nad sobą uczymy się latami. Rzeczywiście szkoła baletowa uczy tego, choć powiem szczerze, potem, w późniejszych latach, jak się już ze szkoły wychodzi, trzeba nad tym mocno pracować, żeby tę dyscyplinę móc trochę odrzucić, żeby wyjść spoza określonych ram, żeby być bardziej kreatywnym, żeby po prostu móc robić inne rzeczy. Dlatego też jest to ciężki zawód.
     
     - Ciężki zawód, ale dający wiele radości. Np. mieć w CV występy w pierwszym „Metrze” i występy z zespołem na Broadwayu w Nowym Jorku, to jest to chyba wystarczająca zapłata za trud i lata pracy?
     - Oczywiście. „Metro” wprawdzie to jest już historia (śmiech), ale to jest niewyobrażalne, jak ciężko przy tym wszystkim pracowaliśmy. Jeden taki przykład - kiedy na początku całą grupą „metrową” weszliśmy do Teatru Dramatycznego, mieliśmy do dyspozycji scenę dopiero od godziny 16 do rana, więc pracowaliśmy od 16 do 4 rano. Oczywiście, ciężko pracowaliśmy, ponieważ z panem Józefowiczem (Janusz Józefowicz - choreograf, aktor, scenarzysta i reżyser) pracuje się dosyć ciężko i intensywnie. Była to bardzo kreatywna praca i ciekawa, ale potem też chcieliśmy spędzać razem czas, to był nasz prywatny czas, nie odpoczynek, więc zawiązywanie przyjaźni i trzymanie się razem, to było bardzo naprawdę przyjemne doświadczenie.
     
     - Czy udział w „Metrze” nie zaszufladkował Pani w jakimś sensie, czy nie był utrudnieniem w dalszej karierze?
     - Miałam taki epizod pracy w Teatrze Wielkim w Warszawie w tamtejszym balecie. Szukałam od początku swojej drogi, gdzie się będę mogła realizować, dlatego wszystkie kroki były w pewnym sensie też kolejnymi etapami kariery. Musical okazał się takim najlepszym spektaklem dla mnie, spektaklem połączenia tańca, gry aktorskiej i śpiewu, co jest bardzo trudne. Aktorzy, którzy są zawodowymi dramatycznymi aktorami o tym wiedzą i tancerze zawodowi też o tym wiedzą, jakby w drugą stronę. Więc jest to bardzo ciekawe i bardzo fajne połączenie. Ja wtedy nie myślałam o takim zaszufladkowaniu, ja chciałam to robić i bardzo mi się to podobało. Musical „Koty” był takim zwieńczeniem tego, bo to jest bardzo trudny materiał dla wszystkich - realizatorów i wykonawców. A potem naturalną drogą było, że gdy dostawałam kolejne propozycje, balet też nie był mi obcy. Poza tym ja lubię robić i bawić się różnymi formami ruchu, nie tylko tańcem klasycznym, ale też współczesnym, jazzem, lubię różne formy i lubię z nich korzystać i za każdym razem „kręci” mnie coś innego i staram się też w ten sposób rozwijać.
     
     - Jak się obserwuje Pani dorobek artystyczny to podejmuje się Pani bardzo wielu i bardzo różnych działań - Gala "Teraz Polska" w Sali Kongresowej, otwarcie Międzynarodowych Igrzysk Polonijnych Lublin 2000, 10 lat TVP Polonia w Teatrze Polskim, Sopot Festival 2003, Sylwester w Dwójce 2003, ale także choreografii w Teatrze, na potrzeby filmu i telewizji. Co robi Pani najchętniej, co daje największą satysfakcję?
     
- Trudno mi powiedzieć. Przykładowo zajmowałam się realizacją „Don Carlosa”, jest to trudna, ciężka opera. Po takiej pracy z przyjemnością zabieram się za coś lżejszego - czy to jest koncert, czy to spektakl dla dzieci. W zupełnie inną formę ruchu też wchodzę. Jest to dla mnie też takie bezpieczeństwo higieniczne, a poza tym jak się zajmuję czymś lżejszym, jak sama czasem mówię - głupkowatym lekko, to łatwiej mi potem wejść w coś bardziej poważnego. Nie lubię za często w jedna formę wchodzić. Np. koncerty sylwestrowo-noworoczne są dość specyficzne, ale tam wszyscy myślę fajnie się przy tym bawią, ja tak samo mam z tego bardzo duży fun, a mimo to cała realizacja jest bardzo profesjonalna i bardzo spójna.
     
     - No to dotarliśmy w tej drodze przez taniec do teatru Sewruka w Elblągu. Świetna sztuka Petera Shaffera „Amadeusz”. Troje wybitnych realizatorów - Pani przygotowała choreografię, Pan Jerzy Rudzki scenografię i kostiumy, a Pan Paweł Szkotak spiął to reżyserską klamrą. Jak się pracuje w takim wybitnym zespole?
     - Muzyka Mozarta daje ogromne pole do popisu i właśnie weszliśmy w klimat mozartowski. Kostiumy nie przeszkadzają, ale bardzo pomagają w ruchu i pozwalają uzyskać efekt, który założył reżyser. Dla mnie główna trudność w tej realizacji i nie ukrywam, tego uczę się cały czas, to jest praca z aktorem. Praca z tancerzem wymaga czegoś innego, praca z aktorem ode mnie wymaga innego myślenia, innego spojrzenia na materiał, który mam przed sobą i to była dla mnie największa trudność. I jeszcze wymogi reżysera Pawła Szkotaka, z którym już miałam przyjemność współpracować, więc już mniej więcej wiedziałam czego wymaga. Tak to wygląda.
     
     - To jaki będzie ten elbląski „Amadeusz”?

     - Myślę, że będzie wzruszający, będzie na pewno z pieprzykiem i na pewno trochę mozartowski.
     
     - Chyba bardzo mozartowski.

     - Mam nadzieję.

Janusz Salmonowicz, rzecznik prasowy Teatru Sewruka
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
Reklama