Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Piątek 24-11-2017, imieniny Jana, Flory
 
Rek

UWAGA!

Rek
Telefon portElu Halo, tu portEl
512 918 555

Wiadomości

Na osiedlu

Gospodarka

Społeczeństwo

Kultura

Sport

Na uczelniach

Zbrodnia i kara

Prasówka

Jej portEl

Kina i teatr

Konkursy

Dawny Elbląg

Poradnik

Hit czy kit?

Po godzinach

Fotoreportel

11.11.2017 11.11.2017

Od teatru telewizji wolę teatr klasyczny

Elbląg, Od teatru telewizji wolę teatr klasyczny

W najbliższą sobotę w Teatrze im. Aleksandra Sewruka pierwsza premiera nowego sezonu artystycznego 2017/2018 - „Amadeusz” autorstwa Petera Shaffera, w reżyserii Pawła Szkotaka. Scenografię i kostiumy do tego spektaklu zaprojektował Jerzy Rudzki, wybitny polski scenograf i kostiumolog teatralny, tegoroczny laureat lubelskiego Festiwalu Scenografii i Kostiumów „Scena w budowie”, gdzie otrzymał Nagrodę „Złota Kieszeń” za najlepszą scenografię do przedstawienia „Punkt Zero: Łaskawe”. W trakcie przygotowań do premiery z Jerzym Rudzkim rozmawiał Janusz Salmonowicz.

Janusz Salmonowicz: Który to już Pana kontakt z elbląskim Teatrem?
     Jerzy Rudzki: W teatrze w Elblągu pierwszy raz pojawiłem się już w latach osiemdziesiątych minionego stulecia. Och! Bardzo dawno. Pracowałem wtedy przy musicalu dla dzieci Tadeusza Klimowskiego, „Za siedmioma strunami”. Chyba tak to się nazywało (reż. Marcel Kochańczyk). Już nie za bardzo pamiętam nawet tytułu. O!. A potem to już tak poszło dalej.
     
     - A więc Teatr Sewruka jest Panu znany. Dla scenografa, a także dla kostiumologa, wiedza o scenie, o konstrukcji sceny, o możliwościach technicznych sceny, o oświetleniu jest wiedzą bezcenną, bo w pewnym sensie wpasowuje się Pan w konkretne miejsce, w konkretną przestrzeń. Czy przyjechał Pan tym razem do Elbląga z gotową koncepcją scenograficzną i kostiumową, czy tu na bieżąco będzie Pan rozwijał wstępną koncepcję?

     -  Są oczywiście różne możliwości i szkoły pracy, ale ponieważ Teatr znam dobrze, bo robiłem tu z dziesięć realizacji, więc nie jest to mi obca scena. Przestrzeń i aktorów większość też znam. Jest kilka osób, których nie znałem osobiście, ale akurat widziałem je na zdjęciach czy w jakichś projekcjach, w każdym razie nie ma tu obcych. Oczywiście są takie realizacje, które tworzą się tu i teraz, na scenie w czasie pracy z aktorami, ale przy tego typu repertuarowym Teatrze i przy tego typu literaturze, wygodniej jest mieć wcześniej koncepcję. To jest bardzo skomplikowane, bo w tym wypadku („Amadeusz” Petera Shaffera) są to stylowe kostiumy z epoki, które są bardzo pracochłonne dla pracowni krawieckiej, tych kostiumów jest dużo….i oparte są o konkretne postacie historyczne. Oczywiście w tej koncepcji, bo tak naprawdę można zagrać wszystko, można to zagrać w czarnych swetrach i dżinsach, ale my gramy to w krótkich spodniach, białych pończochach i krynolinach. A ze scenografią ta sama historia. To jest kwestia koncepcji wynikającej z pomysłu reżysera i z literatury, a raczej najpierw literatury, potem pomysłu reżysera. O tak bym to powiedział.
     
     - Do „Amadeusza” jeszcze wrócimy. Ma Pan za sobą trudną do zliczenia ilość realizacji zarówno teatralnych jak i filmowych. Gdzie się najlepiej Pan odnajduje – w klasyce, bogatych strojach i scenografiach czy w twórczości współczesnej?
     - Kreatywność można wykazać wszędzie, to nie ma nic wspólnego z tematem. Bardzo lubię takie kostiumowe zabawy, ale też wtedy, kiedy one mają jakiś sens, no bo żeby to nie była to jakaś taka pusta forma zupełnie, to jest frajda oczywiście. Teraz jest troszkę trudniej, bo jakby zanika rzemiosło w Teatrze. Już nie ma takich fajnych rzemieślników, rzemieślników pisanych przez duże „R”, takich artystów jak tu w Sewruku. Na przykład - Hania, szefowa pracowni krawieckiej (p. Hanna Rokita), która jest po prostu genialną krawcową, szalenie fajną w pracy, zresztą wielu tu jest fajnych ludzi. Jest więc szansa, że to będzie fajnie zrobione. Natomiast jeśli chodzi o to, czy współczesne czy nie, to zależy od pomysłu, od tematu, od reżysera.
     
     - W repertuarze Teatru Sewruka jest sporo spektakli adresowanych do dzieci. Co roku staramy się jeden taki tytuł prezentować. Czy lubi Pan przygotowywać scenografię i kostiumy dla najmniejszej i najmłodszej widowni? To jest jednak całkiem inna widownia.
     
- Tak, ale przecież dla dorosłych niektóre spektakle też są przecież bajkami. Ale tak, lubię tworzyć dla dzieci. Jest to bardzo fajne, zresztą realizowałem tutaj np. „Tajemniczy ogród” (Frances Hodgson Burnett, reż. Cezary Domagała), który nadal jest w repertuarze Teatru Sewruka oraz „O dwóch takich co ukradli księżyc” (Kornel Makuszyński, reż. Cezary Domagała). Od czasu do czasu robię to, bo to jest fajne… Niedawno robiłem w Teatrze lalkowym, ot z rzadka, ale czasem robię… Ale bawi mnie Teatr lakowy, tradycyjny, znaczy z tradycyjną starą animacją, który jest już, powiedziałbym, w zaniku, w odwrocie. Miałem taką, już nie będę mówił gdzie (śmiech), historię, że raz robiłem spektakl w klasycznej animacji lalek „jawajek”, które są bardzo trudne w konstrukcji, bo to są takie lalki, które potrafią ruszać elementami twarzy, czyli na przykład mrugać oczami, brwiami, ustami, robić miny. To jest trudne w wykonaniu, a potem w animacji – czasami dwie osoby muszą taką lalką animować za parawanem. Pracuję z żywym aktorem w dobrych teatrach dramatycznych, więc chciałbym pracować z lalkami w dobrych teatrach lalkowych i okazało się, że w tamtym teatrze jest kilka osób po studiach na Wydziale Lalkarskim białostockiej uczelni (zamiejscowy wydział Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie) i oni nigdy jeszcze nie pracowali za parawanem. Dla mnie było to zaskoczenie! Oni potem odnieśli się do tego z entuzjazmem, sprawiło im to dziką frajdę. Oczywiście mieli to na studiach, bo w programie jest „jawajka”.
     
     - Czy woli Pan projektować dla Teatru klasycznego w rozumieniu scena-widownia, czy taką samą frajdę sprawia Panu praca dla Teatru telewizji, a może projektowanie scenografii i kostiumów dla filmu?
     - W filmie pracowałem mało i dość szybko zrezygnowałem, bo to było zbyt męczące i czasowo absorbujące. Pracować w Teatrze to frajda, bo masz efekt natychmiast, tzn. w przeciągu kilku tygodni, góra miesięcy. W filmie to trwa, jest inna hierarchia… No oczywiście są fantastyczne efekty w filmie, ale u nas dotychczas nie było za wiele takich możliwości finansowych. Tzn. powstawały genialne filmy scenograficznie, takie jak choćby „Pamiętnik znaleziony w Saragossie” w reż. Wojciecha Hasa, ale tam jest inna specyfika, to jest inny zawód. To są trzy różne zawody – scenograf filmowy jest inny, telewizyjny inny, a teatralny inny. Bardzo lubiłem pracować w telewizji, ale od dłuższego już czasu tego nie robię, bo teraz już zanikł ten typ Teatru, w którym ja pracowałem. To znaczy spektakle o specyfice telewizyjnej i dramaturgii inscenizowania. W tej chwili to są „mini filmy” czy filmy tylko troszkę szybciej robione kamerą filmową, na jedną kamerę. Oczywiście uzyskuje się przez to różne efekty. Wtedy to był bardzo specyficzny rodzaj inscenizacji, plastyki, który moim zdaniem już nie istnieje. Więc się wycofałem. I w związku pracuję w zasadzie już tylko w teatrze.
     
     - Wróćmy już teraz do „Amadeusza”. Czy realizował już Pan z Pawłem Szkotakiem jakieś spektakle?
     - Nie. Spotkaliśmy się w Elblągu, w Teatrze Sewruka po raz pierwszy. Nas zetknął ze sobą pan dyrektor Mirosław Siedler i wydaje mi się, że osiągnęlismy bardzo fajne porozumienie. Jestem bardzo zadowolony z tego spotkania. Nie chcę zapeszyć, ale już po pierwszych dwóch próbach czytanych, gdy zobaczylem, jak reżyser (Paweł Szkotak) rozmawia z aktorami, jestem bardzo dobrej myśli.
     
     - No właśnie. Wydaje mi się, że musi istnieć pewna spójność między koncepcją reżysera i koncepcją scenografa, bo jeśli te rzeczy się rozminą to widz gdzieś to wyłapie. Czyli musicie się Panowie po prostu porozumieć.
     - Po prostu dwóch facetów chce razem zrobić dobry spektakl. Tzn. zrobić w tym pierwszym etapie, bo jeszcze dojdzie Pani choreograf (Iwona Runowska), jeszcze jest kompozytor, kompozytor genialny (śmiech), którego muzyki jest bardzo dużo w spektaklu. No ale porozumienie jest punktem wyjścia, inaczej nie ma sensu w to się bawić. Zdarzały mi się takie rzeczy, kiedy coś się zaczęło rozchodzić w trakcie roboty i nigdy nie było, moim zdaniem, dobrego efektu.
     
     - Na scenie gra aktor, ale także gra wszystko, co go otacza – scenografia, kostiumy, światło, muzyka i ta spójność koncepcji wszystkich realizatorów spektaklu, a także pełne zrozumienie ze strony zespołu aktorskiego, dopiero daje ten pełny, wspaniały efekt artystyczny.
     - Ależ oczywiście. To tak jak przy każdym preparowaniu czy gotowaniu, że użyję tu porównania kulinarnego. Jak są złe składniki, nigdy nic dobrego z tego nie wyjdzie, a jak są lepsze, to zawsze jest szansa, że nie będzie zakalca.
     
     - I tym apetycznym akcentem zakończmy naszą rozmowę. Dziękuję Panu bardzo.
     - Dziękuję i smacznego (śmiech).

Janusz Salmonowicz, rzecznik prasowy Teatru Sewruka
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
Reklama