UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

Teraz jestem frontmanem

 
Elbląg, Teraz jestem frontmanem
fot. AD

Wczoraj (20 sierpnia) zagrał w Elblągu Marcin Wyrostek. Zainteresowanie jego występem było tak duże, że postanowiono zorganizować dwa koncerty. Zobacz zdjęcia.

Zwycięzca drugiej edycji programu „Mam Talent” bardzo szybko podbił elbląską publiczność. Nie obyło się bez trzech bisów. Akordeoniście towarzyszyła Elbląska Orkiestra Kameralna.
     
     Czy jest Pan szczęśliwy?
     Marcin Wyrostek:
Tak. Robię to, co kocham, co w życiu wybrałem, mam wspaniałą żonę. Wszystko dobrze się układa i w życiu prywatnym, i w zawodowym.
     
     Pewnie w żadnym wywiadzie nie brakuje pytań o „Mam Talent”. Czy wygrana w tym programie zmieniła Marcina Wyrostka?
     O to trzeba by zapytać kogoś, kto znał mnie przed programem. Wydaje mi się, że nie. Gram tak, jak grałem. Z czasem człowiek nabiera coraz więcej doświadczenia, ale jest to związane nie tylko z występem w telewizji. Myślę, że program nie zmienił mnie jako człowieka. Podwyższyła się natomiast frekwencja na koncertach, coraz więcej ludzi chce słuchać takiej muzyki. Mam możliwość kontaktu w cztery oczy z odbiorcami i przekonania ich do tego, co robię. Dzięki programowi mogę się realizować. Każdy muzyk, kompozytor czy poeta i jego twórczość istnieją tylko wtedy, gdy mają odbiorców. Moja kariera nabrała od tego momentu rozpędu. Kiedyś grałem w różnych formacjach, ale wtedy byłem sidemanem, a nie frontmanem. Zawsze byłem na drugim lub trzecim planie. Teraz mogę skupić się na swoich projektach. Jestem rozpoznawalny, moje nazwisko w pewien sposób przyciąga. To też jest dla mnie wyzwanie – nie mogę zawieść osób, które mają wobec mnie oczekiwania.
     
     Czego uczy udział w show telewizyjnym?

     W studio widziałem na widowni 300-400 osób. Musiałem się przygotować psychicznie na to, że kamery przekazywały obraz kilku milionom widzów. Filmiki z moim występami trafiały też do Internetu, gdzie obejrzeć je może prawie każdy. Musiałem też radzić sobie ze stresem wynikającym z tej sytuacji. Jeśli coś by mi nie wyszło, wszyscy by to zauważyli. Do tego dochodziły sytuacje ściśle telewizyjne: na występ mogłem przeznaczyć tylko dwie minuty. Każdy utwór przygotowywałem tak, by nie przekroczyć tego czasu. Pod tym względem musiałem bardzo się pilnować.
     
     Czy w czasie programu miał Pan moment zawahania, rezygnacji?

     Raczej nie. Miałem jedynie dylemat, co powinienem zagrać w danym odcinku. Podczas każdego występu stosowałem jedną strategię: zawsze przeczuwałem, że właśnie teraz odpadnę, więc chciałem zagrać coś takiego, by została po mnie ciekawa pamiątka. Nie chciałem robić czegoś pod publiczkę, czegoś komercyjnego, żeby nie mieć później do siebie pretensji. A później okazywało się, że przechodziłem coraz dalej i dalej. I znów miałem problem z wyborem utworu.
     
     Moment, który zrobił na Panu największe wrażenie podczas przygody z „Mam Talent”. Pomijając odcinek finałowy?

     Casting w Katowicach. To był dla mnie magiczny moment, wydaje mi się, że udało mi się zaczarować publiczność. Trudno opisać to uczucie słowami. Poczułem się doceniony za to, co robię i jaki wysiłek w to wkładam. To było wzruszające, poczułem, że się spełniam życiowo. Każdemu życzę takich przeżyć.
     
     Jest Pan wykładowcą na Akademii Muzycznej w Katowicach i w Kolegium Nauczycielskim w Bytomiu, współpracuje Pan z Teatrem Muzycznym w Gliwicach, do tego pracuje Pan nad kolejną płytą i jeździ w trasy koncertowe. Jak znajduje Pan czas na tyle zajęć?
     
Też tego nie wiem (śmiech). Zawsze byłem pracoholikiem. Uczę się tego, by czasem na chwilę wyłączyć głowę, przestać się wszystkim przejmować i odpoczywać, choć jest to trudne w moim przypadku. Kiedyś czasu miałem jeszcze mniej, spałem po trzy godziny na dobę. Pamiętam, jak planowałem, że będę mógł się wyspać dopiero we wtorek za tydzień. Teraz więcej śpię. Staram się wybierać rzeczy, które są dla mnie ważne. Ale, aby coś osiągnąć, trzeba pewne rzeczy poświęcić.
     
     Jest Pan perfekcjonistą?

     Chyba tak. Nie mogę słuchać swoich nagrań, bo zawsze wydaje mi się, że mogłyby być lepsze. Później siedzę, ćwiczę, znowu nagrywam – i znowu mi się to nie podoba. Za każdym razem myślę, że jeszcze coś mógłbym poprawić. Uważam, że mamy bardzo duży wpływ na to, co robimy. Wiadomo, że nie wszystko, co sobie wymyślimy, wychodzi zgodnie z planem, ale w życiu naprawdę wiele zależy od nas. Staram się też nie robić wszystkiego naraz, wybieram rzeczy perspektywiczne.
     
     Jest Pan bardzo skromnym człowiekiem. Show-biznes Pana nie kręci?

     Sporadycznie pojawiają się o mnie jakieś informacje w serwisach i gazetach plotkarskich, ale ja do nich nie zaglądam. Mam wiele zajęć, pomysłów i rzeczy do zrobienia. I wolę się tym zajmować, bo to jest dla mnie najważniejsze. Życie na świeczniku mnie nie interesuje.
     
     Kto jest Pańskim autorytetem?

     Jeśli chodzi o autorytet muzyczny, to jest nim Richard Galiano – francuski akordeonista. W życiu miałem to szczęście, że spotkałem wiele osób, które podziwiam. Z reguły byli to ludzie starsi, mający dużą wiedzę i doświadczenie życiowe. Starałem się czegoś od nich nauczyć. Chociaż człowiek pewne rzeczy jest w stanie zrozumieć dopiero po pewnym czasie. Wiele jest spraw, o których ktoś mi mówił, ale nie rozumiałem ich, a teraz sam do nich dochodzę. Ciężko jest wymienić wszystkie osoby, które były moimi drogowskazami. Na pewno są to rodzice, oni nauczyli mnie pokory i tego, że w życiu wszystko może się obrócić raz w jedną, a raz w drugą stronę. Wśród takich osób znajduje się też Janusz Kurek zajmujący się reklamą, wielu profesorów, których poznałem na studiach, oczywiście moja żona, której zawsze mogę się poradzić. Pamiętam też mojego dziadka, niestety już nieżyjącego.
     
     Jakiego człowieka widzi Pan w lustrze?

     W pośpiechu nawet nie zerkam w lusterko (śmiech). Ale myślę, że jest to człowiek spełniony. Patrząc z perspektywy czasu i tego, co może się wydarzyć w przyszłości, życzyłbym sobie, aby wszystko działo się tak, jak właśnie się dzieje. Chciałbym nadal grać koncerty, mieć siłę fizyczną, świetną ekipę, wspaniałą rodzinę. Więcej mi nic nie trzeba. Jedyny plan to taki, by rodzina się powiększała.
     
     Co Pan wyraża poprzez swoją muzykę?

     Na koncertach staram się stworzyć jakąś historię fikcyjną, dzięki której publiczność będzie mogła zapomnieć na chwilę o swoich problemach, oderwać się od codzienności i dzięki muzyce przeżyć emocje na innej płaszczyźnie. Myślę, że wtedy mogą trochę podumać, pomyśleć. Przede wszystkim na koncertach chciałbym budować inną rzeczywistość.
rozmawiała Dorota Lachowska
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
..., a moim zdaniem
Pokazuj od
najnowszych
Reklama