Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Sobota 03-12-2016, imieniny Franciszka, Ksawerego
 
Rek

UWAGA!

Upoważnienie do szczęścia

Zapis wybranych fragmentów spotkania z Katarzyną Grocholą, autorką opowiadań i książek m.in.: „Przegryźć dżdżownicę”, „Nigdy w życiu” oraz „Osobowość ćmy”.

[najnowsza książka „Osobowość ćmy”]
     Jest oczywiście o przyjaźni i o miłości. Jak zwykle. Tym razem jest dziewięcioro bohaterów: cztery dziewczyny, czterech facetów i jeden ksiądz. Ta powieść jest nieco inna od moich poprzednich książek, więc bardzo proszę, żebyście państwo nie byli rozczarowani, bo jedna pani powiedziała mi już dziś, że zaczęła czytać, ale nic wesołego w niej nie ma - i odłożyła (śmiech). Otóż nieprawda, książka jest inna dlatego, że postanowiłam pokazać ludzi, którzy z błahych powodów mogą się minąć. W mojej powieści oczywiście nie ujdzie im to płazem. Więcej nie zamierzam już o niej mówić. Powiem tylko jeszcze, że jest ładna i dostałam już pierwszą dobrą recenzję - we „Wprost”, więc nie wiem, czy to nie jest już koniec mojej kariery, bo dotąd nie było dobrych recenzji. Troszkę się tym zaniepokoiłam, ale mam nadzieję, że za chwilę ktoś jednak napisze coś, jak zwykle, i wszystko wróci do normy.
     
     [poziom literatury]
     Przeczytałam kiedyś w „Polityce”, że tym, co różni książki reprezentujące kulturę niską od książek z wysokiej półki jest ilość sprzedanych egzemplarzy. Ja myślałam, że różni je jakiś określony poziom albo coś takiego, ale źle myślałam, bo jak się okazuje, jeżeli autor sprzeda się powyżej 50 tysięcy egzemplarzy, to już jest masowy! Nie ma zatem szans być w takim wypadku dobrym, bo jedno wyklucza drugie. Nie wiem tylko, gdzie w takim razie należałoby umieścić Biblię, ale po prostu będę śledzić „Politykę”. Uważam, że wysoka sprzedaż świadczy o tym, że ludzie lubią czytać danego pisarza, bo chyba nie czytacie państwo moich książek z nienawiści?
     
     [dlaczego zostałam pisarką?]
     Nauczycielka języka polskiego poleciła mojej klasie, żeby każdy uczeń ułożył dyktando z wyrazami z „h” i „ch”. Ułożyłam więc dyktando, po którym cała szkoła miała paść na kolana. Miałam być dzięki niemu zwalniana z lekcji i specjalnie traktowana, jednym słowem: miałam zostać uznana za geniusza, a popularność miała mnie otoczyć ze wszystkich stron. Niestety, choć przez całą lekcję siedziałam z wyciągniętą ręką, pani od polskiego nie dała mi przeczytać mojego dyktanda. Nauczyłam się go jednak na pamięć mając nadzieję, iż kiedyś przyjdzie taki moment, gdy pani od polskiego pożałuje, że nie dała mi wtedy przeczytać wypracowania - przeczytam je publicznie i wszyscy będą zachwyceni. Myślę więc, że ten tekst będzie jak znalazł na rozpoczęcie wieczoru autorskiego:
     
     Raz gdzieś na Helu, Chińczyk z Hiszpanem pili herbatkę sobie nad ranem. Wiatr lekko huśtał ich hamakami, hasały mewy ponad falami. Wtem hałaśliwie wiatr halny zawył, więc zawołali: Hej, chcemy kawy! Hania, co w Chełmie grała w hokeja, woła z humorem: Ale zawieja. Na horyzoncie chmury ściemniały i z nieba nagle spadł puch wspaniały. Hieny, chomiki, hipopotamy, które hodował Hucuł nieznany, chore ze strachu uciekły z dachu. Zrobił się wielki chaos na Helu. Zgadnijcie, po co i w jakim celu? Bo by dyktando się nie udało, gdyby wyrazów z „h” było mało! (śmiech publiczności, oklaski).
     
     I to jest właśnie odpowiedź na pytanie dlaczego zostałam pisarką.
     
     [pierwsza powieść]
     Pierwszą powieść napisałam, kiedy miałam 13 lat, od razu po feralnym dyktandzie. Nazywała się „Na preriach Dzikiego Zachodu”. W tej powieści kochał się we mnie Winnetou, a ja byłam siostrą Old Shatterhanda. Ponieważ jednocześnie oglądałam „Czterech pancernych i psa”, moja opowieść skończyła się tak samo, jak jeden z odcinków tego serialu - Marusię w obojczyk trafiła kula, Janek udzielił jej pomocy i ona się w nim kochała. W mojej powieści ja, przebrana za mężczyznę, byłam przyjacielem Winnetou, który nie wiedział, że jestem kobietą i się w nim kocham. Winnetou był przywiązany do pala i banda jakiegoś Białego Kła chciała go zabić, więc ja się oczywiście rzuciłam na pomoc i trafia mnie... kula w obojczyk. W tym momencie mój brat Old Shatterhand uratował Winnetou, który padł przy mnie mówiąc: Mój bracie biały, dziękuję za uratowanie życia! Winnetou, jak Janek Marusi, chciał mi opatrzyć ranę - rozrywa ubranie.... i w tym momencie nauczycielka skonfiskowała mi zeszyt. Szkoda, bo to była bardzo wesoła opowieść. Już wtedy miałam zadatki, powiedziałabym, na... Mniszkównę (uśmiech). Dodam, że ta znakomita powieść była żywcem zerżnięta z Maya. Kiedy dzisiaj czytam jego książki, dochodzę do wniosku, że on wcale nie jest dobrym pisarzem - ma jeszcze krótsze zdania niż ja (śmiech).
     
     [działalność pisarska]
     Zawsze chciałam być pisarką. A ponieważ chowałam się m.in. na Boyu - Żeleńskim i Lemie, którzy byli lekarzami, miałam wrażenie, że do wykonywania tego zawodu konieczne są studia medyczne. Pamiętam, jak kilka lat temu podpisywałam umowę z wydawnictwem WAB. Strasznie walczyłam wtedy, żeby znalazł się w niej zapis o trochę wyższym procencie od sprzedanych książek powyżej 10 tysięcy egzemplarzy. Na to właścicielka wydawnictwa: Czy pani ma w ogóle pojęcie, w jakich nakładach sprzedają się dziś książki? Odpowiedziałam z pełną bezczelnością, ale nie biorącą się ze złego charakteru, tylko z niewiedzy: Moja książka na pewno pójdzie w 100 tysiącach! Byłam przekonana, że Pan Bóg nie zadaje sobie tyle trudu dla jakichś 2,5 tysiąca egzemplarzy! Poza tym, kiedy pracowałam jako korektorka, było to co prawda 27 lat temu, robiłam również stopki wydawnicze. We wszystkich stopkach była informacja o nakładzie 100 tysięcy (śmiech), więc skąd mogłam wiedzieć, jak jest dziś, skoro normalny człowiek się tego nie dowie, bo wydawcy często uciekają przed fiskusem.
     
     [skąd wziął się sukces książek Katarzyny Grocholi]
     Moja pierwsza książka „Przegryźć dżdżownicę” nie odniosła sukcesu komercyjnego. Może dlatego do dziś jest uważana za najlepszą (śmiech). Drugą książkę - „Nigdy w życiu” - napisałam wyłącznie dla siebie, w trosce o spadające morale i ciężką sytuację życiową: brak domu, a potem dom z brakiem ogrzewania. Kiedy wyrzucałam do kosza fragmenty scen, które potem znalazły się w powieści, myślałam: Boże, wszystko, co było dobrego w moim życiu i co pisałam dla pokrzepienia własnego serca wyląduje w koszu? Mowy nie ma! I okazało się, że to był dobry pomysł.
     
     [ile z życia pisarki jest w jej książkach]
     Otóż koty są z mojego życia. Moja sąsiadka ma koty o imionach: „Ratunku”, „Ojej” i „Doktora Martensa”. Nie miała problemu tylko z wołaniem „Doktora Martensa”, bo w nocy, gdy wychodziła na wieś (Katarzyna Grochola mieszka pod Warszawą – J.T.) i wołała: Ojej, ratunku, to głupio to brzmiało. Z kolei moje koty nazywały się: „Zaraz” i „Potem”. Niestety „Potem” wziął się i poszedł, został tylko „Zaraz”. Mamy też psy, z tym, że mój nie nazywa się „Borys”, a „Ałgan”. Zazwyczaj nie wpuszczam polityki do domu, ale on pojawił się w wyjątkowym czasie.
     
     [Polka potrafi]
     Prawda jest taka, że miałam w życiu parę zawodów wyłącznie dlatego, że nie skończyłam studiów, a nawet ich nie zaczęłam. Dlatego nie miałam żadnego porządnego zawodu w ręku i imałam się prac, które mogłam zdobyć. Jako młoda dziewczyna byłam np. pomocnikiem cukiernika w „Horteksie”, sprzątałam w Anglii, byłam korektorką, bo polonistki oczywiście nie chciały być korektorkami, tylko redaktorkami i w ten sposób się załapałam. Te moje zajęcia wynikały, prawdę powiedziawszy, z braku kompetencji. Natomiast miałam pewną cechę osobniczą, która pozwalała mi zdobyć pewien dystans do tego, co robiłam. Kiedy pojechałam do Anglii, to przecież wcale mi się nie podobało bycie sprzątaczką, ale zrobiłam sobie z tego jakby sztandar. Ponieważ co innego jest być sprzątaczką i nie lubić tego zajęcia, a co innego jest sprzątać z wyboru, żeby poznać ludzi, pokazać, jakim wspaniałym krajem jest Polska, udowodnić innym, że sprzątaczka polska to jest jakaś wybitnie inteligentna kobieta, która potrafi nawet domyć angielską kuchenkę (śmiech). Skrobałam ją dwa tygodnie. Pani, u której sprzątałam, powiedziała, żebym jej nie ruszała, ale ja za własne pieniądze kupiłam płyn, bo pomyślałam: Boże, Polka potrafi! Z każdej takiej rzeczy robiłam więc coś, co mi sprawiało przyjemność. Gdy byłam pomocą cukiernika, czasem pozwalano mi zrobić melbę (deser – J.T.) i powtykać do niej różne rzeczy: trzy kulki lodów, ananas, polewa czekoladowa itp. Dodawałam nie jedną, ale trzy wisienki myśląc sobie: Moja melba będzie specjalna. W jakimś sensie to mi zostało do dziś, że jeśli bardzo czegoś nie lubię, to natychmiast staram się to polubić. Bardzo mi to zdaje egzamin. Byłam też dyrektorem składu celnego, który zbankrutował (śmiech), ale dlatego, że byłam uczciwa.
     
     [byłam czytelniczką poradników]
     Po pierwsze: człowiek chce. Czasami jednak chce dla siebie różnych głupich rzeczy i nie wie, że to są głupie rzeczy, póki np. kobieta nie przeżyje pięciu lat z niewłaściwym mężczyzną albo mężczyzna z niewłaściwą kobietą, bo choć wszystko mu mówiło, że to zły pomysł, on bardzo tego chciał. Jest dowcip o tym, jak Kowalski chciał wygrać w totolotka. Pan Bóg wychylił się do niego i mówi: Daj mi szansę - zagraj! Bardzo często załamujemy ręce, twierdzimy, że coś i tak się nie uda. Mówimy: Po co mam iść do urzędu pracy albo do koleżanki, która ma szwalnię? I tak nie dostanę pracy, bo pracy nie ma.
     Tymczasem ja właściwie przez całe życie byłam w jakimś sensie bez pracy, o czym świadczy długa lista moich zajęć, ale mimo to jakoś zawsze znajdowałam zajęcie. W pewnym okresie mojego życia, szczególnie z dziesięć lat temu, kiedy życie dało mi popalić, byłam czytelniczką poradników. Pamiętam pewien przytłaczający moment, gdy nie miałam pieniędzy, mój mąż był ze swoją kochanką na nartach, psy były głodne, na jedzenie dla nich na cały tydzień miałam 20 złotych, córka szczęśliwie była na feriach zimowych, ale wysiadł akumulator, było 27 stopni poniżej zera, wysiadło ogrzewanie i zamarzła woda w studni.
     Pomyślałam wtedy: to ostatnia chwila, żeby poderżnąć sobie żyły i bezpiecznie przejść do innego świata. Po chwili jednak udałam się do swojej biblioteczki i znalazłam książkę w rodzaju „jak przestać się martwić i zacząć szczęśliwie żyć”. W mojej sytuacji te wszystkie rady wydawały mi się do niczego, aż tu nagle czytam: “nie ma sytuacji, z której nie można wyjść, musisz najpierw znaleźć 10 dobrych rzeczy, które ci się przydarzyły”. Najpierw pomyślałam, że dobrze by było, gdyby w ciągu ostatnich trzech miesięcy znalazła się choć jedna taka rzecz! Ale zaraz potem: ja? ja, Polka! Zaraz pokażę głupiemu Amerykaninowi, że można z takiej sytuacji wyjść!
     Chyba od wpół do jedenastej do drugiej w nocy siedziałam przy świecach i wyszukiwałam owe dobre rzeczy. Pierwszą z nich było: koty wróciły na noc do domu. Jakoś, jak tę pierwszą dobrą rzecz już znalazłam, udało się znaleźć także kolejne dziewięć, które zresztą kształtowały się mniej więcej na tym samym poziomie: moja córka żyje, ja żyję... Rok temu kartkę, na której to wszystko spisałam, odnalazłam i prawdę powiedziawszy z żalu nad sobą sprzed dziesięciu lat ścisnęło mi się serce. Myślę więc, że jeżeli bardzo chcemy coś osiągnąć, to nam Pan Bóg jakoś to ułatwia.
     
     [nie ma sytuacji bez wyjścia]
     Nie wiem, w jaki sposób się to dzieje, ale spotkałam ludzi, którym np. udało się z wyjechać z głębokich PGR-ów. W pobliżu pewnego PGR-u koło Orzysza jeden chłop wynajął dom ludziom, którzy po pewnym czasie potrzebowali opiekunki do dzieci. Szesnastoletnia dziewczyna z tego PGR-u i z ojca alkoholika poszła pilnować tych dzieci przez wakacje. Potem się okazało, że oni chcą ją zatrudnić na stałe, a dziś ta dziewczyna studiuje w Anglii. Ona chciała się stamtąd wyrwać, ale nie poprzestała tylko na myśleniu. Nie ma sytuacji bez wyjścia. Natomiast są sytuacje z napisem: „Wstęp wzbroniony!” – choć i to może znaczyć jedynie tyle, że jest to stara tabliczka.
     
     [hierarchia wartości, które wyznaję]
     Ona się nie zmienia. Od czasu kiedy chorowałam na raka, mam ustaloną hierarchię wartości: wiara, nadzieja, miłość – z tych trzech najważniejsza jest miłość.
     
     [śmierć, która jest tylko w opowiadaniach Katarzyny Grocholi, a której nie ma w jej powieściach]
     Mam nadzieję, że dzięki temu, co się stało w ostatnim czasie, przestaniemy udawać, że śmierć nas nie dotyczy. Dotyczy nas wszystkich, w takim samym stopniu. Będzie ona na pewno bardzo ciekawym doświadczeniem i dobrym, jak sądzę, ponieważ życie nie jest źle urządzone. Myślę, że śmierć będzie najciekawszym doświadczeniem w naszym życiu (uśmiech).
     
     [o filmie „Nigdy w życiu”]
     Strasznie trudno jest odpowiadać na pytanie o ekranizację mojej powieści, ponieważ jestem autorką książki. Jako autorka, choć o tym nie pisałam, ale wiedziałam, jakie spodnie nosi Judyta, wiedziałam, że nigdy w życiu by nie założyła butów z czubem. Na wsi, na błoto? Być może założyłaby je w redakcji, żeby się pokazać, ale i tak na pewno by w coś wpadła albo się potknęła na schodach. Bardzo trudno było mi „odłączyć” książkę od dzieła filmowego, a to trzeba zrobić, bo są to naprawdę dwa różne dzieła.
     W filmie brakowało mi na przykład stosunków sąsiedzkich, wsadzania roślinek, psa, który by coś rozkopał albo kota, który coś by wylał. Poza tym nie wyobrażam sobie, by Judyta miała garnki Zeptera, a jej rodzice mając na dwa samochody, nie pomogliby dziecku zbudować domu. Miałam do filmu strasznie dużo zastrzeżeń, które są właściwie... niewłaściwe, bo gdybym nie była autorką książki, to myślę, że film oglądałabym z wielką przyjemnością.
     
     [ekranizacja „Ja wam pokażę”]
     Reżyserem ma być Jugosłowianin Denis Delić, który zamierza na plan filmowy wprowadzić koty i psy, więc już go za to kocham. Delić jest kapitalnym, trzydziestoparoletnim facetem o słowiańskiej duszy, ma osiągnięcia w filmie niemieckim, a także w polskim. Świetnie mówi po polsku, czytał wszystkie części historii Judyty i bardzo mu się spodobały. Widział też „Nigdy w życiu”, głównie po to, aby nie zrobić drugiego odcinka i nie korzystać z sukcesu tamtej ekipy, bo to byłoby niegrzeczne. Po obejrzeniu „Nigdy w życiu” powiedział: Wiesz, ale tam nie było zwierząt. I od razu go pokochałam, bo mnie również w pierwszej części bardzo brakowało zwierząt. Film był momentami zbyt plastikowy. Niechby tam wszedł kot i trochę narozrabiał! Mam także nadzieję, że Grażyna Wolszczak, która jest nieprawdopodobnie ciepłą, miłą osobą, włoży w nową Judytę to wszystko, co ma w sobie.
     
     [czy powstanie czwarta część serii „Żaby i anioły”?]
     Oczywiście. Judyta musi jednak jeszcze trochę poczekać, dlatego że z psychologiem Andrzejem Wiśniewskim strasznie chcielibyśmy napisać drugą część „Związków i rozwiązków”. To będą „Gry i zabawy małżeńskie i pozamałżeńskie”, które - jak mamy nadzieję - wyjdą we wrześniu. Poza tym zaczynają się zdjęcia do filmu „Ja wam pokażę”, przy których, mam nadzieję, będę jakoś uczestniczyć.

notowała Joanna Torsh
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
Reklama