Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Środa 22-11-2017, imieniny Cecylii, Marka
 
Rek

UWAGA!

Zamknij Zamknij
Rek
Rek
Telefon portElu Halo, tu portEl
512 918 555

Wiadomości

Na osiedlu

Gospodarka

Społeczeństwo

Kultura

Sport

Na uczelniach

Zbrodnia i kara

Prasówka

Jej portEl

Kina i teatr

Konkursy

Dawny Elbląg

Poradnik

Hit czy kit?

Po godzinach

Fotoreportel

Szpital Miejski ul.Komeńskiego Szpital Miejski ul.Komeńskiego

Ziemie podwójnie odzyskane

 
Elbląg, Ziemie podwójnie odzyskane Fot. Bogdan Łopieński
Rek

Ziemie podwójnie odzyskane to tytuł prezentacji trzech projektów artystycznych: Bogdana Łopieńskiego, Andrzeja Tobisa i Krzysztofa Żwirblisa wystawianych obecnie w Narodowej Galerii Sztuki Zachęta. Wszystkie trzy dotyczą tzw. Ziem Odzyskanych, ale to fotografie Bogdana Łopieńskiego budzą w nas, elblążanach największe emocje. Dotyczą bowiem największego wydarzenia artystycznego w powojennej historii Elbląga jakim był cykl Biennale Form Przestrzennych.

Prezentowane w Zachęcie fotografie Bogdana Łopieńskiego odsyłają nas do I Biennale Form Przestrzennych w 1965 roku. Ponad czterdziestu artystów zaproszonych do udziału w imprezie zaprojektowało, a potem we współpracy z technikami i robotnikami z Zakładów Mechanicznych ZAMECH wykonało kilkadziesiąt ogromnych, metalowych form rzeźbiarskich. Wiele z nich do dziś stoi w przestrzeni miasta. Prasa (nie tylko artystyczna) ogłosiła wtedy narodziny prawdziwego sojuszu artystyczno-robotniczego, artyści otrzymali możliwość eksperymentu na ogromną skalę, ZAMECH zyskał miano mecenasa sztuki, a miasto o skomplikowanej i złożonej przeszłości — kolejny element do budowania swojej nowej historii i tożsamości. „Formy elbląskie stosują się do otoczenia. Ale w przyszłości, wierzymy w to, będziemy komponować wielkie przestrzenie, uzupełniać naturalne warunki terenowe. Zamieszkamy w miastach-obrazach. Sztuka przyszłości nie będzie z całą pewnością odbiciem rzeczywistości” — pisał jeden z twórców galerii EL i pomysłodawców Biennale Gerard Blum-Kwiatkowski.

 


     Poniżej przedstawiamy wywiad, jaki przeprowadziła Magdalena Komornicka, współorganizatorka wystawy w Zachęcie z Bogdanem Łopieńskim.
     Magdalena Komornicka: Czy dokumentując I Biennale Form Przestrzennych w Elblągu w 1965 roku, miał pan poczucie uczestniczenia w przełomowym, historycznym dla sztuki polskiej wydarzeniu?
Bogdan Łopieński: Tak, oczywiście. Widywałem wcześniej nowoczesne malarstwo, ale rzeźby, takiej rzeźby, i to w tak dużym zespole — nigdy. To było coś zupełnie nowego, innego… Wydawało mi się — przepraszam, że użyję takiego górnolotnego określenia — że mam misję, że muszę to wszystko udokumentować. Inni fotografowie robili dwadzieścia zdjęć i jechali do domu, a ja byłem tam przez tydzień i codziennie robiłem zdjęcia.
     Poza tym, z punktu widzenia politycznego to było coś nieprawdopodobnego. Coś takiego nie byłoby możliwe w żadnym innym kraju socjalistycznym, nie miało nic wspólnego z doktryną sztuki socjalistycznej. Rzeźby były wykonywane w wielkim zakładzie pracy, w którym część robotników była oddelegowana do pracy z artystami, a następnie stawiane w przestrzeni miasta, socjalistycznego miasta! To tylko w Polsce było możliwe! To było fascynujące!
     Miałem dla redakcji zrobić kilka zdjęć, publikowano zwykle trzy albo cztery zdjęcia, a ja zrobiłem ich 250. Nie musiałem tylu robić, ale chciałem.
     MK: Na czyje zlecenie powstał fotoreportaż?
❚ Pojechałem do Elbląga na zlecenie miesięcznika „Polska”, w którym wówczas pracowałem — w wydaniu wschodnim, które było przeznaczone dla krajów socjalistycznych i Związku Radzieckiego (potocznie nazywanym „Polsza”). To było inne pismo niż „Polska”, która ukazywała się w wersji angielskiej, francuskiej, niemieckiej, hiszpańskiej i szwedzkiej, redakcje sąsiadowały ze sobą w jednym wydawnictwie. U nas w redakcji zwykle rozdzielano tematy zgodnie z naszymi zainteresowaniami. Tak się ułożyło, że ja robiłem tematy związane ze sztuką, ponieważ to właśnie mnie interesowało. Dlatego zostałem wysłany do Elbląga. Publikował pan również wywiady z fotografami oraz recenzje z wystaw fotograficznych.
     MK: Czy można mówić, że panowała wtedy moda na fotografowanie imprez artystycznych?
❚ Miesięcznik „Polska” w wersji na Zachód był w dużym stopniu na to nastawiony, w dużo większym niż wersja wschodnia. Fotografowało się sztukę i dokumentowało wydarzenia artystyczne, bo czym innym, jeśli nie sztuką, ówczesna Polska mogła zainteresować ludzi na Zachodzie?
     MK: Ukończył pan Akademię Wychowania Fizycznego, studiował w Szkole Filmowej w Łodzi. Gdzie nauczył się pan robić zdjęcia?
❚ Mój ojciec miał aparat, jakiś najtańszy, enerdowski. Ja też się nim posługiwałem, robiłem zdjęcia kolegom, koleżankom. Nic szczególnego, każdy, kto miał w tym wieku aparat, robił takie same zdjęcia. Ale dzięki temu wcześnie posiadłem nawyk fotografowania.
     Od czasu do czasu robiłem też zdjęcia, które nazwałem artystycznymi [śmiech], bawiłem się, to nie były zdjęcia „na serio”.
     Pod koniec studiów na AWF-ie sprawiłem sobie dobry jak na ówczesne czasy aparat mieszkowy — można już było nim robić zdjęcia bardzo dobre technicznie — a także powiększalnik (wcześniej używałem powiększalnika wykonanego własnoręcznie z dykty).
     To był mniej więcej rok 1957; najwcześniejsze zdjęcia, jakie pokazuję na wystawach pochodzą właśnie z tego roku.
     Byłem samoukiem. Miałem dostęp przez Międzynarodowy Klub Ksiązki i Prasy do takich pism jak „Life” czy „Paris Match” i dogłębnie je studiowałem, analizowałem pojawiające się tam zdjęcia, zastanawiałem się, jak ci fotografowie to robią. W Polsce wychodził tygodnik „Świat” — bardzo dobrze robiony, czekałem na każdy kolejny numer, byłem ciekawy, co fotografowie pokażą i sam próbowałem robić zdjęcia w ten sposób.
     Mój poważny debiut fotograficzny miał miejsce w 1961 roku, właśnie w tygodniku „Świat”. Dostałem okładkę i dwie rozkładówki, to już było coś, prawdziwa nobilitacja!
     Wtedy sobie myślałem, że może nie jestem taki zdolny, taki inteligentny, ale pracy to ja włożę dużo więcej niż inni [śmiech]. Dlatego inni fotografowie nie mają tylu zdjęć w swoich archiwach. Uważałem, że to jest rola fotografa — dokumentować. Trudno o inną dziedzinę, która ma takie możliwości i taką siłę. Przez całe życie robiłem — poza tym, czego ode mnie wymagano w redakcji — zdjęcia, które można zatytułować: „socjalizm w krzywym zwierciadle”.
     MK: Którzy fotografowie najbardziej pana inspirowali?
❚ Początkowo taką inspiracją były dla mnie prace fotografów tygodnika „Świat”, zdjęcia Wiesława Prażucha, Jana Kosidowskiego, Konstantego Jarochowskiego i Władysława Sławnego. Ceniłem zwłaszcza Wiesława Prażucha. Podobało mi się także to, co robił Eustachy Kossakowski. Jeśli chodzi o fotografów zachodnich, to najbardziej lubiłem zdjęcia Henriego Cartier-Bressona. Wśród zdjęć zaprezentowanych na wystawie można znaleźć fotografię przedstawiającą rzeźbę Zbigniewa Gostomskiego. Na pierwszym planie widać Urszulę Czartoryską, w tle Eustachego Kossakowskiego z aparatem fotograficznym w dłoni i fotografa Janusza Sobolewskiego.
     MK: Co sprawiło, że po 47 latach przyniósł pan elbląski fotoreportaż do Zachęty?
❚ Raz na kilka lat przeglądam wszystkie swoje negatywy, co zajmuje mi około półtora miesiąca. W miarę upływu czasu zdjęcia, na które wcześniej nie zwracałem uwagi, wydają się ciekawe i dobre. Czasy się zmieniają, kiedy się patrzy na zdjęcia po kilkudziesięciu latach, rzeczy, które kiedyś wydawały się nieistotne, stają się ważne. Rok temu przeglądałem swoje archiwum i doszedłem do wniosku, że na pewno są ludzie, którzy chcieliby zobaczyć materiał z Elbląga, że ktoś się tym zainteresuje…
     
     Zobacz inne zdjęcia Bogdana Łopieńskiego z I Biennale Form Przestrzennych. Dziękujemy panu Jurkowi Wojewskiemu za opis zdjęć.

Oprac. na podst. materiałów Zachęty
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
..., a moim zdaniem
Pokazuj od
najnowszych
  • Fajne zdjęcia. Jacy wszyscy byli wtedy piękni i szczupli. Gdyby tak dobrze wyeksponować te formy, mogłyby stać się wizytówka miasta, a tak trochu straszą, bo niewielu wie o co kaman.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0 0
    foremka(2012-03-14)
  • Forma przestrzenna ze zdjęcia nr 4,gdzieś przepadła. Czy ktokolwiek wie coś na ten temat? Przez wiele lat stała przed hotelem na ul. Rycerskiej. El.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0 0
    (2012-03-14)
  • Proszę zwrócić uwagę także na budynek Domu Kultury, jego pierwotną formę. Nie jest to może kandydat do 100 najpiękniejszych budowli świata, ale jeden z ostatnich doby powojennej w Elblągu, o którym można powiedzieć, że jest to obiekt architektoniczny, a nie tylko budowlany. Tu jeszcze EDK nieoszpecony wszechwładnymi reklamami, które dzisiaj czynią z niego reklamową, obskurną budę. .. Te okna sali sportowej (dziś zabite płytami), cienie na nich i attyka powyżej, jak to wszystko gra(ło) i jakie proste (na tej fotografii i wielu innych z tamtych lat). Forma przestrzenna Gostomskiego na pierwszym planie. Tu kiedyś robiło się pamiątkowe zdjęcia dla siebie i gościom, na tle tchnącego nowoczesnością zakątka Elbląga. .. Były ambitne plany zagospodarowania najbliższego otoczenia, ale ostatecznie mamy najbardziej zmarnowany pod tym względem plac w centrum miasta
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    1 0
    W.Rynkiewicz-Domino(2012-03-16)
Reklama