Wtorek 19-06-2018, imieniny Gerwazego, Protazego
 
Rek

UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

Ziemie podwójnie odzyskane

 
Elbląg, Ziemie podwójnie odzyskane Fot. Bogdan Łopieński
Rek

Ziemie podwójnie odzyskane to tytuł prezentacji trzech projektów artystycznych: Bogdana Łopieńskiego, Andrzeja Tobisa i Krzysztofa Żwirblisa wystawianych obecnie w Narodowej Galerii Sztuki Zachęta. Wszystkie trzy dotyczą tzw. Ziem Odzyskanych, ale to fotografie Bogdana Łopieńskiego budzą w nas, elblążanach największe emocje. Dotyczą bowiem największego wydarzenia artystycznego w powojennej historii Elbląga jakim był cykl Biennale Form Przestrzennych.

Prezentowane w Zachęcie fotografie Bogdana Łopieńskiego odsyłają nas do I Biennale Form Przestrzennych w 1965 roku. Ponad czterdziestu artystów zaproszonych do udziału w imprezie zaprojektowało, a potem we współpracy z technikami i robotnikami z Zakładów Mechanicznych ZAMECH wykonało kilkadziesiąt ogromnych, metalowych form rzeźbiarskich. Wiele z nich do dziś stoi w przestrzeni miasta. Prasa (nie tylko artystyczna) ogłosiła wtedy narodziny prawdziwego sojuszu artystyczno-robotniczego, artyści otrzymali możliwość eksperymentu na ogromną skalę, ZAMECH zyskał miano mecenasa sztuki, a miasto o skomplikowanej i złożonej przeszłości — kolejny element do budowania swojej nowej historii i tożsamości. „Formy elbląskie stosują się do otoczenia. Ale w przyszłości, wierzymy w to, będziemy komponować wielkie przestrzenie, uzupełniać naturalne warunki terenowe. Zamieszkamy w miastach-obrazach. Sztuka przyszłości nie będzie z całą pewnością odbiciem rzeczywistości” — pisał jeden z twórców galerii EL i pomysłodawców Biennale Gerard Blum-Kwiatkowski.

 


     Poniżej przedstawiamy wywiad, jaki przeprowadziła Magdalena Komornicka, współorganizatorka wystawy w Zachęcie z Bogdanem Łopieńskim.
     Magdalena Komornicka: Czy dokumentując I Biennale Form Przestrzennych w Elblągu w 1965 roku, miał pan poczucie uczestniczenia w przełomowym, historycznym dla sztuki polskiej wydarzeniu?
Bogdan Łopieński: Tak, oczywiście. Widywałem wcześniej nowoczesne malarstwo, ale rzeźby, takiej rzeźby, i to w tak dużym zespole — nigdy. To było coś zupełnie nowego, innego… Wydawało mi się — przepraszam, że użyję takiego górnolotnego określenia — że mam misję, że muszę to wszystko udokumentować. Inni fotografowie robili dwadzieścia zdjęć i jechali do domu, a ja byłem tam przez tydzień i codziennie robiłem zdjęcia.
     Poza tym, z punktu widzenia politycznego to było coś nieprawdopodobnego. Coś takiego nie byłoby możliwe w żadnym innym kraju socjalistycznym, nie miało nic wspólnego z doktryną sztuki socjalistycznej. Rzeźby były wykonywane w wielkim zakładzie pracy, w którym część robotników była oddelegowana do pracy z artystami, a następnie stawiane w przestrzeni miasta, socjalistycznego miasta! To tylko w Polsce było możliwe! To było fascynujące!
     Miałem dla redakcji zrobić kilka zdjęć, publikowano zwykle trzy albo cztery zdjęcia, a ja zrobiłem ich 250. Nie musiałem tylu robić, ale chciałem.
     MK: Na czyje zlecenie powstał fotoreportaż?
❚ Pojechałem do Elbląga na zlecenie miesięcznika „Polska”, w którym wówczas pracowałem — w wydaniu wschodnim, które było przeznaczone dla krajów socjalistycznych i Związku Radzieckiego (potocznie nazywanym „Polsza”). To było inne pismo niż „Polska”, która ukazywała się w wersji angielskiej, francuskiej, niemieckiej, hiszpańskiej i szwedzkiej, redakcje sąsiadowały ze sobą w jednym wydawnictwie. U nas w redakcji zwykle rozdzielano tematy zgodnie z naszymi zainteresowaniami. Tak się ułożyło, że ja robiłem tematy związane ze sztuką, ponieważ to właśnie mnie interesowało. Dlatego zostałem wysłany do Elbląga. Publikował pan również wywiady z fotografami oraz recenzje z wystaw fotograficznych.
     MK: Czy można mówić, że panowała wtedy moda na fotografowanie imprez artystycznych?
❚ Miesięcznik „Polska” w wersji na Zachód był w dużym stopniu na to nastawiony, w dużo większym niż wersja wschodnia. Fotografowało się sztukę i dokumentowało wydarzenia artystyczne, bo czym innym, jeśli nie sztuką, ówczesna Polska mogła zainteresować ludzi na Zachodzie?
     MK: Ukończył pan Akademię Wychowania Fizycznego, studiował w Szkole Filmowej w Łodzi. Gdzie nauczył się pan robić zdjęcia?
❚ Mój ojciec miał aparat, jakiś najtańszy, enerdowski. Ja też się nim posługiwałem, robiłem zdjęcia kolegom, koleżankom. Nic szczególnego, każdy, kto miał w tym wieku aparat, robił takie same zdjęcia. Ale dzięki temu wcześnie posiadłem nawyk fotografowania.
     Od czasu do czasu robiłem też zdjęcia, które nazwałem artystycznymi [śmiech], bawiłem się, to nie były zdjęcia „na serio”.
     Pod koniec studiów na AWF-ie sprawiłem sobie dobry jak na ówczesne czasy aparat mieszkowy — można już było nim robić zdjęcia bardzo dobre technicznie — a także powiększalnik (wcześniej używałem powiększalnika wykonanego własnoręcznie z dykty).
     To był mniej więcej rok 1957; najwcześniejsze zdjęcia, jakie pokazuję na wystawach pochodzą właśnie z tego roku.
     Byłem samoukiem. Miałem dostęp przez Międzynarodowy Klub Ksiązki i Prasy do takich pism jak „Life” czy „Paris Match” i dogłębnie je studiowałem, analizowałem pojawiające się tam zdjęcia, zastanawiałem się, jak ci fotografowie to robią. W Polsce wychodził tygodnik „Świat” — bardzo dobrze robiony, czekałem na każdy kolejny numer, byłem ciekawy, co fotografowie pokażą i sam próbowałem robić zdjęcia w ten sposób.
     Mój poważny debiut fotograficzny miał miejsce w 1961 roku, właśnie w tygodniku „Świat”. Dostałem okładkę i dwie rozkładówki, to już było coś, prawdziwa nobilitacja!
     Wtedy sobie myślałem, że może nie jestem taki zdolny, taki inteligentny, ale pracy to ja włożę dużo więcej niż inni [śmiech]. Dlatego inni fotografowie nie mają tylu zdjęć w swoich archiwach. Uważałem, że to jest rola fotografa — dokumentować. Trudno o inną dziedzinę, która ma takie możliwości i taką siłę. Przez całe życie robiłem — poza tym, czego ode mnie wymagano w redakcji — zdjęcia, które można zatytułować: „socjalizm w krzywym zwierciadle”.
     MK: Którzy fotografowie najbardziej pana inspirowali?
❚ Początkowo taką inspiracją były dla mnie prace fotografów tygodnika „Świat”, zdjęcia Wiesława Prażucha, Jana Kosidowskiego, Konstantego Jarochowskiego i Władysława Sławnego. Ceniłem zwłaszcza Wiesława Prażucha. Podobało mi się także to, co robił Eustachy Kossakowski. Jeśli chodzi o fotografów zachodnich, to najbardziej lubiłem zdjęcia Henriego Cartier-Bressona. Wśród zdjęć zaprezentowanych na wystawie można znaleźć fotografię przedstawiającą rzeźbę Zbigniewa Gostomskiego. Na pierwszym planie widać Urszulę Czartoryską, w tle Eustachego Kossakowskiego z aparatem fotograficznym w dłoni i fotografa Janusza Sobolewskiego.
     MK: Co sprawiło, że po 47 latach przyniósł pan elbląski fotoreportaż do Zachęty?
❚ Raz na kilka lat przeglądam wszystkie swoje negatywy, co zajmuje mi około półtora miesiąca. W miarę upływu czasu zdjęcia, na które wcześniej nie zwracałem uwagi, wydają się ciekawe i dobre. Czasy się zmieniają, kiedy się patrzy na zdjęcia po kilkudziesięciu latach, rzeczy, które kiedyś wydawały się nieistotne, stają się ważne. Rok temu przeglądałem swoje archiwum i doszedłem do wniosku, że na pewno są ludzie, którzy chcieliby zobaczyć materiał z Elbląga, że ktoś się tym zainteresuje…
     
     Zobacz inne zdjęcia Bogdana Łopieńskiego z I Biennale Form Przestrzennych. Dziękujemy panu Jurkowi Wojewskiemu za opis zdjęć.

Oprac. na podst. materiałów Zachęty
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
..., a moim zdaniem
Pokazuj od
najnowszych
  • Fajne zdjęcia. Jacy wszyscy byli wtedy piękni i szczupli. Gdyby tak dobrze wyeksponować te formy, mogłyby stać się wizytówka miasta, a tak trochu straszą, bo niewielu wie o co kaman.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0 0
    foremka(2012-03-14)
  • Forma przestrzenna ze zdjęcia nr 4,gdzieś przepadła. Czy ktokolwiek wie coś na ten temat? Przez wiele lat stała przed hotelem na ul. Rycerskiej. El.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0 0
    (2012-03-14)
  • Proszę zwrócić uwagę także na budynek Domu Kultury, jego pierwotną formę. Nie jest to może kandydat do 100 najpiękniejszych budowli świata, ale jeden z ostatnich doby powojennej w Elblągu, o którym można powiedzieć, że jest to obiekt architektoniczny, a nie tylko budowlany. Tu jeszcze EDK nieoszpecony wszechwładnymi reklamami, które dzisiaj czynią z niego reklamową, obskurną budę. .. Te okna sali sportowej (dziś zabite płytami), cienie na nich i attyka powyżej, jak to wszystko gra(ło) i jakie proste (na tej fotografii i wielu innych z tamtych lat). Forma przestrzenna Gostomskiego na pierwszym planie. Tu kiedyś robiło się pamiątkowe zdjęcia dla siebie i gościom, na tle tchnącego nowoczesnością zakątka Elbląga. .. Były ambitne plany zagospodarowania najbliższego otoczenia, ale ostatecznie mamy najbardziej zmarnowany pod tym względem plac w centrum miasta
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    1 0
    W.Rynkiewicz-Domino(2012-03-16)
Reklama

To kupisz w pasażu portElu

Ochotka żywa
Fretka
karma p. falista
Królik minaturka