Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Wtorek 21-11-2017, imieniny Janusza, Konrada
 
Rek

UWAGA!

Zamknij Zamknij
Rek
Rek
Telefon portElu Halo, tu portEl
512 918 555

Wiadomości

Na osiedlu

Gospodarka

Społeczeństwo

Kultura

Sport

Na uczelniach

Zbrodnia i kara

Prasówka

Jej portEl

Kina i teatr

Konkursy

Dawny Elbląg

Poradnik

Hit czy kit?

Po godzinach

Buty robi nawet korespondencyjnie (Zawody znane i nieznane, odc. 5)

 
Elbląg, Buty robi nawet korespondencyjnie  (Zawody znane i nieznane, odc. 5) Jak człowiek ma wenę, to w ciągu dnia jedną parę butów zrobi - mówi pan Mirosław (fot. Michał Skroboszewski)
Rek

Wydawać by się mogło, że w dzisiejszych czasach zakłady szewskie czeka wyginięcie. Tymczasem szewcy znaleźli swoją niszę na rynku. O butach i klientach rozmawiamy z elbląskim szewcem Mirosławem Dawidowskim.

- Jak Pan został szewcem?
     
- Z przypadku. Z wykształcenia jestem technologiem obróbki skrawaniem. Potem w 1984 r. założyliśmy z żoną swój zakład szewski. Najpierw byłem zaopatrzeniowcem, zajmowałem się sprzedażą, a potem jak czasy się zmieniły, zostałem szewcem. Żeby nim być, trzeba przede wszystkim mieć wyobraźnię, tak jak we wszystkich zawodach.
     
     - A gdyby młody człowiek chciał dzisiaj zostać szewcem?
     
- Musi chcieć przede wszystkim. Teraz młodzi chcą pieniędzy, a niewiele umieją. Przychodzi kandydat, pytam się go co potrafi. On odpowiada: „Wszystko”. Potem siada i okazuje się, że przerasta go obrobienie fleku. Ale w tym momencie jest tyle tej pracy, że zatrudnienie kogoś byłoby zbędnym kosztem. Ucznia trzeba przeszkolić. Nie wiadomo, czy więcej zepsuje niż naprawi... Najlepszym pracownikiem jest emeryt.
     
     - Państwo tylko naprawiacie buty czy robicie też nowe?
     
- Robimy nowe buty, stąd taka kolekcja kopyt. Najpierw trzeba zrobić projekt buta na papierze. Potem opracować model cholewki do kozaka. Ja się nauczyłem przy żonie, która była konstruktorem w zakładach obuwniczych. Najlepiej nauczyć się praktycznie, bo z książek, czy z internetu to nie bardzo. Potem zamawiamy kopytko. I na nim robimy już „prawdziwego” buta. Ja robię tylko skórzane albo zamszowe. Kopytka zamawiamy spod Warszawy, jest taka firma, która się tym zajmuje. Spody robi tez zewnętrzna firma. A ja zszywam.
     
     - Dużo jest zamówień na nowe buty?
     
- Teraz to raczej ludzie zamawiają w szczególnych przypadkach. Jak jest na przykład jedna noga krótsza. I trzeba tak zrobić, żeby klient mógł normalnie chodzić, a buty nadal ładnie wyglądały. Robimy też czółenka. Mamy też takich klientów, dla których specjalnie zamawiamy kopyta.
     
     - Były jakieś specjalne zamówienia?
     
- Robiliśmy kiedyś buty do ślubu dla Tajki. Miała nr 28 i nigdzie nie mogła dostać ładnych. To był taki sandał paskowy na wysokiej szpilce, na nodze jej tego buta układałem. Inna dziewczyna choruje na gigantyzm. Potrzebowała kapcie długości mniej więcej pół metra. Przychodziła klientka, która chorowała na słoniowatość. Obwód kostki takiej nogi zaczyna się tuż za palcami. Była też pani, która miała nogę krótszą o sześć i pół centymetra, a koniecznie chciała chodzić na obcasach. Dwa, dwa i pół centymetra jeszcze da się ukryć, tutaj było widać różnicę; obcas był wyższy. Inaczej trzeba dobrać cholewki. W tym zawodzie trzeba mieć wyobraźnię. Kiedyś robiliśmy buciki dla dziewczynki do komunii nr 45. Też nigdzie nie mogła dostać butów.
     
     - A to nie jest tak, że jak dziecko ma dużą nogę, to później urośnie?
     
- Niekoniecznie. Są takie choroby, że np. jednej klientce w wieku 13 lat jedna noga przestała rosnąć. Inna klientka do 18 roku życia miała nogę rozmiar 40. I po skończeniu osiemnastki ta noga zaczęła rosnąć. W tej chwili ma 42.
     
     - A najmniejsze buty?
     
- Kiedyś na pierwsze urodziny dziecka pani zażyczyła sobie lakierki. To były chyba trzynastki. Coś wtedy wykombinowaliśmy. I zaczęliśmy robić lakierki dla dzieci.
     
     - Z jakimi sprawami ludzie przychodzą najczęściej?
     
- A to różnie. Najczęściej przynoszą buty do rozciągnięcia. No i dorabianie fleków, klejenie spodów. Dużo jest też połamanych obcasów. Wyciska się wtedy rurkę, na której obcas jest zamontowany, a potem wkłada nową odpowiedniej długości. Ale też zdarzyło się, że piesek zjadł buta i jeden jest cały, a drugiego połowa i trzeba coś tam dorobić.
     
     - Macie stałych klientów?
     
- Przeważnie ci co mają problemy, typu jedna noga krótsza. Ale też jest pani, która od kilku lat zamawia sobie laczki. Ten sam wzór, tylko inny kolor. Jest też pani, dla której zrobiliśmy już kilka par butów, letnie i zimowe, a na oczy jej nie widzieliśmy.
     
     - Jak?
     
- Korespondencyjnie. Klientka jest z Gorzowa Wielkopolskiego. Usłyszała o nas od koleżanki, która kiedyś robiła u nas buty. Przysyła nam zdjęcie, jakie buty by chciała i ja robię.
     
     - Ale but przecież trzeba przymierzyć.
     
- Trzeba. Ja jej te buty wysyłam, ona odsyła... I tak w kółko. Trwa to już parę lat. Ona ma taki swój styl. Mamy też klientów z Anglii, bo tam nie ma szewców. Robiliśmy też buty dla naszego teatru m.in. do Romea i Julii. Robi je się prościej niż zwykłe, bo nie dodaje się np. podszewek. Ale to porządne buty, w naszym teatrze są jeszcze takie, które pamiętają czasy, gdy nasza scena była filią teatru w Olsztynie.
     
     - Długo się robi parę butów?
     
- To zależy od weny. Jak człowiek ma wenę, to w ciągu dnia jedną parę zrobi . A jak nie ma... to się nie ma. Potem trzeba sprawdzić, bo czasami się zrobi, potem trzeba wymodelować, okazuje się, że czegoś się nie dodało...
     
     - A ile kosztuje taki but od pana?
     
- Czółenka od 250 zł, kozaki od 400 zł. Jak ktoś ma życzenie jakieś szycie, ozdoby, to wiadomo - cena rośnie. W Warszawie czółenka od 700 zł to okazja. Są ludzie, którzy przyjdą, zamówią, a potem ślad po nich zaginął. Mam kilka par butów nieodebranych. Kiedyś wyślę tym, którzy zamawiali, paczkę za zaliczeniem pocztowym. Może wtedy odbiorą.
     
     - Dla siebie też Pan robi buty?
     
- Tak, ale nie mogę w tym chodzić. Dla siebie to wiadomo, czasem machnie się ręką, na jakieś niedociągnięcia czy gorszy gatunek skóry. Zrobiłem sobie buty, ale mnie cisną. Wolę kupić.
     
     - Jak dbać o but, tak żeby po sezonie się nie rozpadł?
     
- Pastować. Normalną pastą, nie żadnymi mazakami, czy woskiem. Bo potem buty pękają tylko. Klienci przychodzą potem, żeby je uratować. Nie można ulegać reklamom.
     Kiedyś kobieta po 20 latach przyniosła zrobione przeze mnie buty. Okazało się, że podszewka w środku się łuszczy. Jak się konserwuje i dba się, to buty długo wytrzymują. Ale np. Chińczycy do podeszw zamiast gumy kauczukowej używają takiej gumy, co kiedyś była do ścierania ołówków. I po dwóch tygodniach jest po butach. Jak się idzie do sklepu obuwniczego, to najlepiej kupić but od markowego producenta. Chociaż i ci markowi robią już w Chinach...

Sebastian Malicki
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
Reklama