Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Piątek 18-08-2017, imieniny Heleny, Ilony
 
Rek

UWAGA!

Rek
Telefon portElu Halo, tu portEl
512 918 555

Wiadomości

Na osiedlu

Gospodarka

Społeczeństwo

Kultura

Sport

Na uczelniach

Zbrodnia i kara

Prasówka

Jej portEl

Kina i teatr

Konkursy

Dawny Elbląg

Poradnik

Hit czy kit?

Po godzinach

Fotoreportel

Martwimy się przekopem mierzei a tymczasem rzeka Elbląg nam zarasta ;-) Martwimy się przekopem mierzei a tymczasem rzeka Elbląg nam zarasta ;-)

Chcemy czegoś więcej dla tych ludzi

 
Elbląg, Chcemy czegoś więcej dla tych ludzi Małżonkowie w każdy piątek wychodzą na plac Dworcowy, wydają posiłek, a potem modlą się (fot. arch. Michał Skroboszewski)
Rek

Sami wiele przeszli, dlatego wiedzą, jak to jest, gdy życie daje w kość. W pewnym momencie nawrócili się i jak twierdzą od tego momentu ich życie diametralnie się zmieniło. Wychodzą więc w każdy piątek na plac przy dworcu, przynoszą chleb, ciepłą herbatę, zupę i rozmawiają z osobami bezdomnymi. O swojej misji opowiadają Beata i Piotr Grzeszczukowie ze stowarzyszenia Teen Challenge w Elblągu.

Najpierw sprawdź, jaką belkę masz w swoim oku
     - Wszystko zrodziło się w moim sercu. Zawsze widziałam osoby potrzebujące, szczególnie te dotknięte bezdomnością. Pomagałam im, w taki prosty sposób, na tyle, na ile mogłam, zawsze dawało mi to dużo radości – opowiada Beata Grzeszczuk. ­ - Mąż nigdy nie widział tych osób, nie widział potrzeby, żeby im pomagać, ale mnie nie zatrzymywał.
     Piotr Grzeszczuk określa to o wiele mocniej.
     - Ja tych osób nienawidziłem. Przeszkadzał mi ich zapach, zawsze mówiłem "jak można się tak stoczyć!" ­ - opowiada. ­ - Powiedziałem Beacie, że jeśli chce to będę ją przywoził na dworzec PKP, ale nie będę tam wchodził, bo mnie ten smród nie interesuje i bierze mnie na wymioty.
     W tamtym czasie, jak opisują małżonkowie, ich życie nie było dobre. Piotr nadużywał alkoholu, Beata była osobą współuzależnioną.
     - Ciężko mi wracać do tego, co robiłem swojej rodzinie. Byłem na kilku detoksykacjach, ale wciąż wracałem do alkoholu. Po ostatnim, dwutygodniowym cugu tak naprawdę wyglądałem jak osoba bezdomna – opowiada Piotr Grzeszczuk.
     - Miałam dosyć takiego życia, moje serce pragnęło czegoś innego. Wiedziałam, że poza tym wszystkim jest coś więcej. Tak szukałam Boga – mówi jego żona.
     Jak twierdzą ich życie zmieniło się w momencie, gdy oboje się nawrócili.
     - Chciałam otworzyć jadłodajnię dla ubogich, to było moim marzeniem od zawsze. Dokładnie 15 czerwca 2014 roku na naszej drodze stanął człowiek, prosto ze śmietnika. Brudny, zarośnięty, pochylony, uzależniony. To bardziej zmieniło życie Piotra, coś w nim ożyło, pękło, poczuł miłość do tego człowieka – mówi dalej Beata. ­ - Bóg nikogo nie rzuca na głęboką wodę, wiele miesięcy wcześniej przygotowywał nas na to zadanie. Działy się rzeczy niesamowite, ale jeszcze wtedy tego nie rozumiałam.
     Od tego momentu małżonkowie zaczęli działać. Piotr zaczął wychodzić na miasto, do śmietników i pustostanów, tam szukał bezdomnych.
     - Pytali skąd się wziąłem i o co tu chodzi, czy to jakaś ukryta kamera - opowiada. - Takiej osobie mówiłem, że Bóg ją kocha i że jest dla niej nadzieja. Podczas tych krótkich spotkań opowiadałem, kim byłem. Na początku odmawiali, ale ja mówiłem im: "Masz ochotę przyjść? Przyjdź. Jest zimno, napijesz się ciepłej herbaty". Jak już ją nalewałem mówiłem "Nie musisz tak żyć, jest dla Ciebie nadzieja.Obojętnie, co robiłeś w swoim życiu, ale wiedz, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych". Słyszałem wtedy "Tak, Bóg, Bóg... Ty mi znowu o Jezusie".
     
     Nie samym chlebem żyje człowiek
     
Na placu przy dworcu pojawili się w listopadzie 2014 r., z ciepłą herbatą, kanapkami, później była też zupa. Są tam w każdy piątek, o godz. 17. Modlą się, wydają jedzenie, a na koniec sprzątają.Na początku przychodziło kilka osób, z czasem coraz więcej. Inicjatywa rozrosła się, dołączyli inni ludzie, którzy też zaczęli pomagać.
     - Przychodziły momenty krytyczne, bo na wszystko trzeba pieniędzy. Czasami nie mieliśmy skąd ich wziąć. Pamiętam ten dzień, to była środa w styczniu 2015 r. Wydrukowałam nasze rachunki do zapłaty i pomyślałam wtedy "Panie, nie zapłacę tego, nie ma takiej możliwości", przyszła troska, co zrobimy z piątkiem. Co zrobiłam? Po prostu pomodliłam się – opowiada Beata Grzeszczuk. ­- Wracając do domu w sercu usłyszałam, że mam otworzyć skrzynkę pocztową. Była w niej koperta, myślałam, że to rozliczenie za wodę, otworzyłam, a tam było 100 złotych. Wielbiłam Boga, wiedziałam, że to pieniądze na piątek.
     Jak zgodnie twierdzą te copiątkowe spotkania mają nie tylko nakarmić ciało, ale i duszę. Piotr opowiada więc o swoim nałogu i o tym, jak wyglądał proces zdrowienia. Nazywa to świadectwem.

  Piotr i Beata - ludzie, którzy pomagają innym (fot. Michał Skroboszewski) Piotr i Beata - ludzie, którzy pomagają innym (fot. Michał Skroboszewski)

- Wiemy, że jesteśmy potrzebni również dlatego, by wysłuchać daną osobę, ale nie naciskamy, nie wyciągamy szczegółów z życia intymnego – opowiadają. ­ - Nikt nie planuje bezdomności, uzależnienia i utraty pracy. Tak naprawdę cała lawina tych problemów sprawiła, że taki człowiek nie ma siły podnieść się sam.
     Czasami takiemu spotkaniu przygląda się patrol policji czy straży miejskiej i mówi "tak trzymać".
     
     Chcemy być profesjonalni

     Ich pomoc nie skończyła się na piątkowych spotkaniach. Zaczęli zdobywać ubrania dla swoich podopiecznych, umożliwiać im kąpiel, jeździć po mieście i rozmawiać z bezdomnymi, w parku albo na dworcu. Pomagać w załatwianiu formalności osobom zdecydowanym na odbycie terapii w ośrodku.
     - Spośród przychodzących osób zaczęli wyłaniać się ci, którzy zapragnęli czegoś więcej. Chcieli podążać za Bogiem, wierzyli w to, że ich życie może się zmienić, potrzebowali pomocy, rozmów i kolejnych spotkań. W piątki jest fajnie, ale oni sami mówią, że wracają do swojego środowiska i problemy wracają – mówi Beata. ­ - Dzięki naszej Ewie, która udostępniła mieszkanie zrodziła się grupa wsparcia, tam zaczęliśmy się spotykać. Ale jej mieszkanie ma ograniczoną powierzchnię, więc wiedzieliśmy, że tak nie może być.
     Pomysł na to, by stworzyć elbląski oddział Teen Challenge, jak to określają małżonkowie, "zrodził się w sercach" podczas Dni Nowej Szansy w Kutnie. Oficjalnie pod tym szyldem zaczęli działać w październiku ubiegłego roku.
     - Chcieliśmy bardziej sformalizować te działania. Wiedzieliśmy, że jesteśmy tylko wolontariuszami, którzy wychodzą na ten Elbląg – opowiada Beata. ­ - A chcemy czegoś więcej dla tych ludzi, żeby ich życie naprawdę się zmieniało aby działania naszej grupy były profesjonalne i kompleksowe. Pragniemy rozwijać współpracę z innymi instytucjami, które działają na rzecz osób uzależnionych i ich rodzin, potrzebujących, dotkniętych wykluczeniem.
     Znaleźli miejsce, czyli były hotelowiec przy ul. Jaszczurczego i tam otworzyli punkt konsultacyjny.
     - Wierzę w to, że będą przychodzić tu ci, którzy mają różne problemy, a my będziemy mogli z nimi rozmawiać i motywować do zmiany – opowiada Beata.
     Małżonkowie wraz z grupą chcą rozwijać to miejsce. Wszyscy w stowarzyszeniu przeszli specjalny kurs dotyczący prowadzenia tego punktu, a Beata (pracowała jako pośrednik pracy, skończyła resocjalizację) ostatnio zrobiła studia podyplomowe – poradnictwo i terapia osób uzależnionych.
     - Chcę zrozumieć czym jest nałóg i wiedzieć jak dobrze pomagać, zdobyć też narzędzia pracy dzięki którym będę mogła właściwie i skutecznie nieść pomoc – opowiada.
     Oboje podkreślają, że skrupulatnie rozliczają się z pozyskanych środków.
     - Jesteśmy oddziałem terenowym, piszemy sprawozdania, rozliczamy się z każdej złotówki, która jest dawana, są raporty kasowe. Więc to nie jest tak, że to płynie do kieszeni Piotra, Beaty, czy innej osoby. Teen Challenge w Elblągu to grupa wspaniałych osób, które kochają Boga i drugiego człowieka. Jesteśmy wdzięczni, że możemy działać razem. ­ Bez Was kochani nie dalibyśmy rady­ - mówią Piotr i Beata.
     Członkowie stowarzyszenia zapraszają każdego, kto chciałby pomagać, jak mówią "nikogo nie odrzucamy, a zachęcamy do tego, żeby spróbować".
     
     Teen Challenge to chrześcijańska misja społeczna. Jej początki sięgają lat 50. XX wieku – wtedy to pastor Dawid Willkerson rozpoczął pracę wśród gangów młodzieżowych. W Polsce inicjatywa ta pojawiła się w 1988 r., ale nazwę Teen Challenge i formę stowarzyszenia przyjęła w 1993 r. Jej celem jest otoczenie ludzi uzależnionych kompleksową opieką, od motywowania aż do leczenia.

Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
Reklama