Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Piątek 24-11-2017, imieniny Jana, Flory
 
Rek

UWAGA!

Zamknij Zamknij
Rek
Rek
Telefon portElu Halo, tu portEl
512 918 555

Wiadomości

Na osiedlu

Gospodarka

Społeczeństwo

Kultura

Sport

Na uczelniach

Zbrodnia i kara

Prasówka

Jej portEl

Kina i teatr

Konkursy

Dawny Elbląg

Poradnik

Hit czy kit?

Po godzinach

Fotoreportel

11.11.2017 11.11.2017

Dotarliśmy do Kapadocji

 
Rek

Wykute w skałach miasta to najbardziej charakterystyczne elementy tutejszego krajobrazu. Tym cudom nie poświęciliśmy zbyt wiele czasu, pokręciliśmy się przy nich jedynie na motocyklach, bez schodzenia z siodeł. Udało nam się za to znaleźć fantastyczne wzgórza, na których dostrzegliśmy tajemnicze ruiny czy obeliski – piszą dwaj elbląscy motocykliści. Ich plan? Przejechać 10 tys. km i zdobyć najwyższe szczyty Kaukazu. Zobacz zdjęcia z wyprawy.

W drodze są od 17 dni. Z Elbląga wystartowali 7 września, za nimi pierwsze wrażenia i kilometry, przed nimi droga do celu. Tomasz Sulich oraz Ernest Jóźwik, czyli duet projektu Motogóry – Kaukaz 2013, właśnie minęli Turcję, o której opowiadają:
     
     Ruiny? A może współczesna forma sztuki?
     Kiedy wjechaliśmy na górę mieliśmy panoramę na całą Kapadocję. Widok był niesamowity a owe tajemnicze budowle dodawały mu smaczku. Przemieszczanie się pomiędzy poszczególnymi wzgórzami zajęło nam trochę czasu, na których znajdowaliśmy coraz to inne elementy dziwnej architektury. Przez chwilę myśleliśmy, że to jakieś starożytne ruiny. Potem jednak zaczęliśmy podejrzewać, że to budowle współczesne, może jakaś forma sztuki a może po prostu dodatkowa atrakcja turystyczna, która musi szczególnie interesująco prezentować się z powietrza. Tego dnia w międzyczasie załatwiliśmy sobie po dosyć korzystnej cenie rozrywkę na następny poranek,a krótką noc spędziliśmy pod opuszczonym skalnym domem.
     
     Wrażenie niesamowite, widok przepiękny
     Wstaliśmy o godz. 3 w nocy. Szybko spakowaliśmy obóz i ruszyliśmy ku miejscowości Goreme do siedziby firmy zajmującej się lotami balonowymi. Tam zostawiliśmy motocykle i przesiedliśmy się do busa. Po około 20 minutach dojechaliśmy na miejsce, w którym za chwilę jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się coraz to większe balonowe czasze. Kiedy balony podniosły się do pionu, mogliśmy zająć miejsce w koszu. Było nas tam około 20 osób z pilotem. Powoli kolejne balony zaczęły odrywać się od ziemi, w końcu przyszła pora i na nas. Zaczęliśmy unosić się nad Kapadocją, a na horyzoncie stopniowo pojawiało się wschodzące słońce. Z góry było doskonale widać, że miejsce z którego startowaliśmy to jedynie kropla w morzu balonów. Im wyżej się wznosiliśmy tym więcej było ich widać. W pewnym momencie doliczyliśmy około 70 balonów na niebie! Wrażenie niesamowite, widok przepiękny. Wznieśliśmy się na wysokość 800 m nad ziemią, lot trwał około godziny. Wylądowaliśmy na polu, obsługa rozstawiła stół, na którym za chwilę pojawiły się kieliszki i szampan. Pilot zebrał gratulację za lot i wszyscy wznieśliśmy toast.
     Tak wyglądało spełnienie marzeń o locie balonem. Zaraz po nim wróciliśmy do naszych motocykli bo droga czekała.
     
     Problemy z wizą i błotem, ale wciąż do celu
     Kierunek na jezioro Van i górę Suphan Dagi. Kiedy dojeżdżaliśmy do miasta Keyseri głównym elementem krajobrazu na długi czas stał się potężny masyw Erciyes Dagi o wysokości ponad 3900 metrów. Wyglądał majestatycznie kiedy jego wierzchołek tonął w chmurach. Droga, którą jechaliśmy, pięła się w górę i potem przez wiele kilometrów nie schodziła poniżej 1500 m n.p.m., w najwyższym miejscu przekraczając 1900 metrów. Krajobraz przytłaczał ogromem przestrzeni. W mieście Gurun zrobiliśmy przerwę na obiad, przy okazji skorzystaliśmy z dostępu do Internetu. Po sprawdzeniu maila okazało się, że kod referencyjny niezbędny do uzyskania wizy do Iranu, został przesłany do konsulatu w Trabzonie. Wcześniej mogliśmy go odebrać w Warszawie i tam starać się o wizę, niestety nastąpiło to za późno, a wyrobienie wizy w stolicy trwałoby tydzień. Na szczęście agencja która pośredniczyła między nami a irańskim Ministerstwem Spraw Zagranicznych załatwiła ponowne przesłanie kodu właśnie do Trabzonu. I to bez żadnych dodatkowych opłat. Oczywiście po krótkiej dyskusji między sobą oraz telefonicznej rozmowie z konsulem Iranu, zmieniliśmy chwilowo kierunek. Ruszyliśmy na północ nad Morze Czarne. Po kilkuset kilometrach już po zmroku zjechaliśmy na kawałek pola na tym ogromnym górzystym terenie i rozbiliśmy obóz.
     Ponieważ nie chcieliśmy tracić czasu (ambasada przyjmuje od 9 rano), ponownie wstaliśmy o trzeciej w nocy aby dotrzeć tam jak najwcześniej. Niestety okazało się, że nie będzie to takie łatwe. Obładowany motocykl Tomasza zakopał się w polu, które po deszczu dnia poprzedniego zamieniło się w błotnistą breję. Błoto i skoszona słoma dostały się pod przedni błotnik Transalpa kompletnie unieruchamiając koło. Trzeba było zdjąć bagaże i rozkręcić błotnik. Dopiero tak udało się wyjechać na drogę. Teraz z powrotem przykręcenie błotnika i załadunek. Przejechanie około 60-70 metrów zajęło tym samym niemal dwie godziny. W trasę ruszyliśmy więc dopiero o godz. 6. Cali w błocie.
     
     Czego chcieć więcej?
     Szybko jednak zapomnieliśmy o porannych trudach, fantastyczna droga i góry skąpane w świetle wschodzącego słońca, mieniące się tysiącami kolorów wynagrodziły nam wszystko. Kilka godzin jazdy stanowiącej marzenie motocyklisty. Piękny asfalt, niemal zerowy ruch na drodze i niesamowite widoki. Czego chcieć więcej? Dopiero jakieś 60 kilometrów przed Trabzonem zrobiło się nieciekawie. Na drodze mnóstwo remontów, co drastycznie obniżyło nasze tempo, a do tego temperatura mocno się podniosła i zrobiło się nieznośnie gorąco. W końcu jednak dojechaliśmy pod konsulat. I niestety okazało się, że konsul wyjechał i musimy przyjść następnego dnia. Mocno nas to zmartwiło bo oznaczało zmarnowany dzień, a czasu coraz mniej. `Wykorzystaliśmy go na kontakt ze światem via Internet po czym ruszyliśmy za miasto szukać noclegu. Znaleźliśmy go na zboczu górskiej doliny pośród wielu mniejszych osad, stanowiących jednak nadal administracyjną część miasta. Kiedy rozbijaliśmy obóz przyszedł do nas człowiek. Przywitał się i zaczął obserwować, pytać co robimy. Po chwili zaproponował nam abyśmy udali się do niego, pytał czy mamy co jeść i czy mamy herbatę. Po czym wziął nasz termos i zniknął. Wrócił za pół godziny z dwoma termosami herbaty oraz stolikiem i jedzeniem. Przywiózł chleb, twarożek, oliwki, jabłka i coś słodkiego co w smaku przypominało nasze dawne kolorowe (chyba najczęściej czerwone), przezroczyste lizaki. Przy jedzeniu i czaju upłynęły nam kolejne 2 godziny. Rozmawialiśmy z Suleymanem łącząc słowa czterech języków: angielskiego, niemieckiego ( jego ojciec pracował w Austrii) oraz naszych języków rodzimych czyli polskiego i tureckiego. I jakoś się dogadywaliśmy. Na początku Suleyman nieco się zniesmaczył kiedy Ernest wyskoczył zza namiotu w samych majtkach, pokazał na migi, że tak nie dobrze, pokazując palcem do góry i trzeba było Ernestowi wytłumaczyć, że chyba właśnie obraża jego uczucia religijne. Turek ewidentnie się o nas martwił, mówił, że tu niebezpiecznie, że zdarzają się rozboje. Patrzył czy mamy potrzebne rzeczy jak latarka, czy zapasowa dętka. W międzyczasie dał nam swój adres i prosił o przesłanie zdjęcia. Zostawił nam resztę jedzenia i serdecznie się pożegnał. Między innymi dlatego się podróżuje – dla spotkań z takimi ludźmi.

 


„Nie” dla roweru i motocyklu

     Kolejnego dnia w konsulacie byliśmy już po 9. Spotkaliśmy tam hiszpańską parę podróżującą na motocyklu, którą widzieliśmy kilka dni wcześniej gdzieś przed Aksaray. Wychodzili z konsulatu bardzo niezadowoleni. Okazało się, że w ciągu ostatnich kilku dni zmieniły się irańskie przepisy i teraz przy aplikowaniu o kod referencyjny trzeba zaznaczyć, że wjazd będzie odbywał się motocyklem. Jak się okazuje nie ma problemu z samochodem, autobusem czy czymś innym, tylko z motocyklem i rowerem. Oni chcieli jechać do Indii więc dla nich był to duży problem, dla nas nieco mniejszy. Decydujemy się na wyrobienie wizy z założeniem, że jeśli przez granicę nie przepuszczą nas z motocyklami to poszukamy jakiegoś bezpiecznego miejsca aby je zostawić i do Iranu ruszymy na stopa. W konsulacie wypełniamy niezbędny formularz i ruszamy do miasta szukać banku w którym mamy przelać po 75 euro. Wracamy z potwierdzeniem dokonania przelewu i teraz pozostaje nam czekać do 16.40 na odbiór wizy. Ernest idzie do kafejki internetowej łączyć się ze światem, Tomasz w tym czasie przysypia na krawężniku przy motocyklu. Po godz.15 wychodzi pani z konsulatu i pyta Tomasza gdzie jego przyjaciel, bo wizy już są. Ernest zjawia się dopiero sporo po godz. 16. W tym czasie Tomasz rozmawia z napotkanym chińskim studentem o trudach podróżowania z paszportem chińskim i kosztach wynikających z konieczności posiadania wizy do w zasadzie każdego państwa a także o łatwości „łapania stopa” w Turcji oraz gościnności osób, które zabierają autostopowicza. W międzyczasie z konsulatu wychodzi chłopak, mocno zaskoczony tym, że nie dostanie wizy irańskiej na wjazd rowerem, a właśnie tak podróżuje. Mówi, że przejechał Syrię bez problemu. W końcu zjawia się Ernest. Odbieramy wizy i wyjeżdżamy z miasta. Kierunek: Suphan Dagi. Nawigacja prowadzi nas dosyć dziwnie i po zmroku trafiamy na górską drogę, bez kategorii, pełną kałuż i błota. Droga pnie się coraz wyżej idąc skrajem potężnego wąwozu. W zasadzie jest to jazda na krawędzi, bo droga nijak nie jest zabezpieczona a jej skraj jest zarazem skrajem przepaści. Jest ciemno i ślisko, nagle ta błotna droga zamienia się w polbruk i wjeżdżamy do jakiejś wioski. Wrażenie surrealistyczne, na ulicy ludzie, sporo domów, sklepy, jakieś herbaciarnie. Po kilkuset metrach ten miraż znika, znowu jest ciemno, znowu jest błoto, a droga coraz bardziej ekstremalnymi serpentynami wije się dalej do góry. W końcu wymiękamy. Widzimy kawałek trawnika tuż ponad jakimś domostwem. Stajemy, a Ernest idzie zapytać czy możemy się tam rozbić. Matka wraz z dzieckiem są dziwnie przestraszeni naszym widokiem. Po krótkiej rozmowie mówią że nie ma problemu. Po takiej dawce adrenaliny zapadamy w sen.
     
     

Patronat medialny nad wyprawą objęła Elbląska Gazeta Internetowa portEl.pl
     

Tomasz Sulich, Ernest Jóźwik
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
..., a moim zdaniem
Pokazuj od
najnowszych
Reklama