Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Niedziela 04-12-2016, imieniny Barbary, Jana
 
Rek

UWAGA!

Zamknij Zamknij
Rek

Gra o rząd dusz

Elbląg, Gra o rząd dusz (fot. Damian Matwiejczyk).

Rozmowa z Jerzym Chrabąszczem*, elblążaninem, autorem książki „Harcerze gorszego Boga. ZHP w okresie transformacji ustrojowej państwa lat 1989-1990”.

Książka jest zaskakująco obszerna jak na niezbyt długi okres, który opisuje.
     Jerzy Chrabąszcz: Rzeczywiście jest dość obszerna, mimo że obejmuje tylko dwadzieścia miesięcy. Niemniej tak wartki był wówczas nurt wydarzeń politycznych, że generalnie nie dało się tego materiału zmieścić na mniejszej ilości stron. Tematem książki są przemiany ustrojowe, jakie miały miejsce w 1989 i 1990 roku na tle wszystkiego, co działo się w harcerstwie i z harcerstwem. Są pokazane mechanizmy przemian na tle tej właśnie konkretnej organizacji, tego, co się w niej działo i co próbowano z nią zrobić.
     
     Polacy żyli wtedy głównie wydarzeniami politycznymi, a jak Związek Harcerstwa Polskiego zareagował na przemiany?
     Zdarzenia polityczne dotykały go bezpośrednio. Przypomnę, że zanim nastąpiło to, co później nazwano Jesienią Narodów, był Okrągły Stół. Gra o harcerstwo rozpoczęła się już przy Okrągłym Stole. Tam właśnie niejako dobito targu, że ustawa o stowarzyszeniach będzie nadal dawała Związkowi Harcerstwa Polskiego wyłączność funkcjonowania w tej grupie młodzieży. W zamian za utrzymanie tego, co później nazywano monopolem, zgodzono się na rejestrację Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Zresztą, nie do końca był to monopol. To dotyczyło nie metody harcerskiej, ale raczej tożsamości Związku. Ale wtedy dobito targu, co było działaniem czysto politycznym.
     
     Co tamten czas przyniósł ZHP? Obecnie nie jest on jedyną polską organizacją tego rodzaju.
     Walka nie toczyła się w zasadzie o to, by pozostał jedyną organizacją, ale o to, kto ma decydować o przemianach w Związku: czy my sami, czy będą one nam narzucone. I właśnie o to toczył się bój, wbrew temu, co się powszechnie mówi, że był opór przed zmianami. Oporu nie było. Już zjazd, który miał miejsce w kwietniu 1989 roku, zdecydował o przemianach i one były prowadzone. Trzeba pamiętać, że Związek liczył wtedy prawie dwa miliony osób. To nie jest organizacja, którą się z dnia na dzień przebudowuje. Spór toczył się w zasadzie o tempo przemian i metodę, czyli, kto je będzie wprowadzał: Związek własnymi siłami, czy zostaną narzucone np. administracyjnie, czy też może ZHP zostanie rozwiązane. Ostatecznie zdecydował sam Związek.
     
     To dobrze?
     Myślę, że tak. Chociaż patrząc z perspektywy, organizacje, które wtedy odpadły czy wyszły ze Związku, niczym się nie różnią od ZHP. Czyli nie ma różnic ideowych, są tylko różnice w ambicjach przywódców tych organizacji.
     
     Większości osób harcerstwo kojarzy się zapewne raczej z edukacją dzieci i młodzieży niż z polityką.
     Wydawałoby się, że tu się tak powszechnie mówi się o braterstwie, jest nawet Dzień Myśli Braterskiej - harcerskie święto. Niestety, kiedy w szybkim tempie mają miejsce głębokie przeobrażenia polityczne, zaczynają grać ludzkie ambicje, chęci, animozje. W czasie owych dwudziestu miesięcy to wszystko wypłynęło i jest pokazane w książce.
     
     Czy, według Pana, ludzie i Związek wyszli z tego burzliwego okresu obronną ręką?
     Związek wyszedł obronną ręką w tym sensie, że jest i sam zdecydował o swoich przemianach, natomiast jest poważnie poobijany. Stracił, myślę, lekko mówiąc jakieś dwa pokolenia kadry. W sytuacjach ekstremalnych załamują się nawet ludzie o silnych charakterach, a wtedy natłok tego rodzaju sytuacji był tak duży, że wielu instruktorów zrezygnowało z pracy. Część uznała, że to okazja wyjścia „z twarzą”, jak gdyby niepoddania się tendencjom lustracyjnym, jakimś tam niesprawiedliwym ocenom - patrzącym wstecz, a nie w do przodu i nie na to, co zrobiłem, tylko na to, co rzekomo myślałem. Związek jeszcze w tej chwili jest poobijany i - może to zabrzmi pompatycznie - wciąż cierpi, ale myślę, że warto było.
     
     Co jakiś czas wraca sprawa lustracji rozmaitych środowisk. Czy, Pana zdaniem, ZHP dokonał wewnętrznego oczyszczenia i auto-lustracji?
     Nie było haseł, żeby kogoś weryfikować, wertować życiorysy, określać, czy ktoś jest godnym instruktorem, czy nie.
     
     Czy o tym się w ogóle mówiło? Czy to był, jest, istotny temat?
     Oczywiście, były próby narzucenia nam lustracji czy auto-lustracji. Związek się przed tym obronił, co nie znaczy, że ludzie sami nie dokonali ocen, przewartościowań, stwierdzeń, że nie bardzo pasują albo nie chcą pasować do nowej sytuacji, albo że czas ich Związku skończył się. Tacy ludzie w większości odeszli. Czy to jest lustracja? Myślę, że nie. Jest to normalna przemiana pokoleniowa, która nastąpiła bardzo gwałtownie, w krótkim czasie i stąd mówię, że wypadły nam te dwa pokolenia instruktorów. Młode kadry często „odkrywają Amerykę”, wprowadzają jako nowatorstwo to, co już wielokrotnie było robione, ale takie jest prawo młodości. Młodzi mają prawo także do potknięć - i robią to, a Związek jest nieco mniejszy, może naturalnie mniejszy.
     
     Trudno nie zapytać jeszcze o tytuł Pana książki.
     To zapożyczenie z filmu „Dzieci gorszego Boga”. Pracując nad książką, po prostu nie miałem lepszego pomysłu, żeby w krótkich słowach zamknąć coś, co miało obrazować pokazywanie w opisywanym okresie Związku Harcerstwa Polskiego jako czegoś gorszego w całym ruchu harcerskim.
     
     Jakie ma być przesłanie tego tytułu?
     Takie, że to harcerstwo było psute, niszczone właściwie bez przyczyny. Ze względów ideologicznych, a więc względów, które nie są do zaakceptowania.
     
     Niszczone przez kogo?
     Przez organy państwa, Kościół katolicki, a także swoich wychowanków, instruktorów.
     
     W jakim sensie niszczone?
     W takim, że kiedy tworzyły się alternatywne do ZHP organizacje, powstała w tych organizacjach potrzeba, grzech wieku młodzieńczego, żeby pokazać swoją wyższość, pokazać, że jest się lepszym od tego „starego”, „zepsutego” harcerstwa. Robiono to poprzez deprecjację Związku, po prostu. Padał również pomysł rozwiązania ZHP. To hasło pojawiło się już na początku 1989 roku, było dość często powtarzane przez wszystkie środowiska, co nasiliło się w roku następnym. Niestety, bardzo mocno podnosiły je środowiska kościelne. W tym przypadku była to, powiedziałbym, niszcząca rola Kościoła. Niszcząca w zasadzie bez przyczyny. Kościół przyjął hasła Krajowego Komitetu Odrodzenia ZHP, może nie do końca poddając je refleksji intelektualnej. Po prostu przyjęto te hasła i próbowano realizować. W książce są podane przypadki, kiedy to robiono, podaję także dokumenty, chociażby korespondencję między premierem Mazowieckim i biskupem Dąbrowskim, a w zasadzie listy, które słał biskup do premiera.
     
     Nie obawia się Pan ataków np. za sposób podejścia do tych trudnych spraw?
     Niebezpieczeństwo takie oczywiście istnieje. Miałem tego świadomość, przystępując do pracy, stąd tak obszerne cytaty i aneksy.
     
     Jest Pan zadowolony z tego, co się obecnie w ZHP dzieje?
     To trudne pytanie. Myślę, że w tej chwili nie do końca jest to już mój Związek. Moje wyobrażenie o nim jest nieco inne, natomiast nie chcę odmawiać mu prawa do bycia takim, jaki jest. Istnieje oddolna potrzeba, żeby on był taki i niech będzie. Nie zamierzam obrażać się na Związek ani na jego ludzi właśnie dlatego, że dostrzegam, iż jest oddolna potrzeba takiego jego kształtu, choć, jak powiedziałem, nie do końca on jest już moim związkiem.
     
     * Jerzy Chrabąszcz urodził się w Braniewie, ma 55 lat; politolog, harcmistrz; w latach 1979-82 zastępca, a od 1982 do 1989 roku komendant elbląskiej Chorągwi ZHP; w latach 1989-90 zastępca, a później pierwszy zastępca naczelnika ZHP.
     

Rozmawiała Joanna Torsh
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
..., a moim zdaniem
Pokazuj od
najnowszych
  • Pan Chrabąszcz cierpi na amnezję albo uważa że wszyscy mają sklerozę. Dobrze pamiętam czym było harcerstwo za komuny. Propagandowe wieczornice, zloty ku czci, przysięga z hołdem dla Wielkiego Brata ze wschodu. Było tego wiele. Gdzie był wtedy harcmistrz Chrabąszcz? Na pierwszej linni frontu partyjnego. Lata stanu wojennego gdy inni odchodzili, on był wierny. Po co lustracja? Jeszcze by się coś wydało i wtedy trudno udawać autorytet i wydawać książki ze swoją wersją zdarzeń. Kto wie z czytelników co dziś robi nasz bohater?
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0 0
    (2006-03-23)
  • I znowu odsmażanie przeszłości i obrzucanie się pomyjami. Pan J. Chrabąszcz m.in. pięknie odnowił budynek komendy ZHP przy ul. Kos. Gdyńskich i zaraz potem zacharapciła go miejscowa parafia na swoją siedzibę. Ciągle przeszłość determinuje myślenie wielu - jak tego wyżej. W Niemczech, w wielu jednostkach Bundeswehry byli żołnierze Wehrmachtu mają swoje koła kombatanckie, spotykają się regularnie i wzajemnie wspierają. Uzyskują pomoc od "czynnej służby". U nas jest to nie do pomyślenia, ciągle są "tamci" i "ci" i nieważne, że niektórzy z nich są już grubo po 80.tce. trzeba im po prostu dopier..... Ale tacy są Polacy nie tylko w kraju, na obczyźnie jest tomsamo. Książka Pana Chrabąszcza jest istotną cegiełką w poznawaniu naszej, małej lokalnej, rzeczywistości. Jest dokumentem, koło którego obojętnie przejść się nie da.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0 0
    rec.(2006-04-01)
Reklama