Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Piątek 24-11-2017, imieniny Jana, Flory
 
Rek

UWAGA!

Zamknij Zamknij
Rek
Rek
Telefon portElu Halo, tu portEl
512 918 555

Wiadomości

Na osiedlu

Gospodarka

Społeczeństwo

Kultura

Sport

Na uczelniach

Zbrodnia i kara

Prasówka

Jej portEl

Kina i teatr

Konkursy

Dawny Elbląg

Poradnik

Hit czy kit?

Po godzinach

Fotoreportel

11.11.2017 11.11.2017

Nie mogę spokojnie spać, gdy wiem, że zwierzę cierpi (Zawody znane i nieznane, odc. 55)

 
Elbląg, Nie mogę spokojnie spać, gdy wiem, że zwierzę cierpi (Zawody znane i nieznane, odc. 55) - Bez powołania nie wytrzymałabym w tym zawodzie. Czasami to ludzi ma się bardziej dość, zwierząt nigdy - mówi Anna Wiktoruk (fot. Anna Dembińska)
Rek

Można o niej powiedzieć „kocia mama”. Jednak oprócz kotów kocha i inne zwierzęta. Sama jest właścicielem kilku czworonogów, bez których nie wyobraża sobie życia. Zwierzęta widuje i w domu, i w pracy. Od szóstego roku życia wiedziała, że zostanie weterynarzem. Rozmawiamy z Anną Wiktoruk.

Dominika Kiejdo: Nigdy nie byłam u weterynarza. Nigdy nie miałam zwierzęcia.
     
Anna Wiktoruk: Nie wie pani, co traci.
     
     - Niech mi Pani powie.
     
- Mogę powiedzieć nie z perspektywy lekarza weterynarii, a posiadaczki gromadki zwierząt.
     
     - Nie da się chyba być weterynarzem i nie kochać zwierząt...
     
- Nie wyobrażam sobie, by było inaczej, choć wiem, że są lekarze bez powołania. Bo dziadek czy mama byli weterynarzami i jest to rodzinny biznes. Wiem, że zdarzają się tacy lekarze. Ja od szóstego roku życia wiedziałam, że zostanę weterynarzem. Już wtedy wiedziałam, co chcę robić w życiu.
     
     - Jest Pani szczęściarą, bo niektórzy nie wiedzą tego i po skończonej maturze.
     
- Moja mama chciała, żebym została lekarzem medycyny, ale dla mnie zawsze liczyło się tylko jedno. Miałam klapki na oczach i tak zostałam weterynarzem.
     
     - Kiedyś usłyszałam od studenta weterynarii, że studia te są trudniejsze od medycyny, ponieważ na weterynarii poznaje się anatomię wielu zwierząt, a przecież jednostki chorobowe dla poszczególnych gatunków również są inne...
     
- Z jednej strony tak jest, jednak po medycynie trzeba zrobić jeszcze specjalizację, a po weterynarii można już od razu zająć się leczeniem zwierząt. Ciężko to porównać, bo każde studia są na swój sposób trudne. Dla mnie praca to zawsze przyjemny obowiązek. Często się słyszy: „nie lubię poniedziałku” lub „jutro znów jest poniedziałek”. Ja tego nie mam. Chyba, że jestem bardzo wyczerpana pracą, jednak zdarza się to bardzo rzadko. Mnie myśl o poniedziałku nie boli.
     
     - Z jakimi najczęściej chorobami trafiają do Pani zwierzęta?
     
- Nie jest to konkretna jednostka chorobowa. Najczęściej trafiają do mnie psy i koty. Rzadziej gryzonie, sporadycznie gady.
     
     - Leczenie ludzi i zwierząt - czym się różni?
     
- W pewnym sensie trudniej leczy się zwierzęta. Porównałabym to do leczenia dziecka, czyli nie powie, jak, gdzie, kiedy i co boli. W przypadku dzieci rodzice są bardziej wyczuleni i więcej są w stanie wnieść w wywiadzie lekarskim. Jeśli chodzi o zwierzęta, gdy pytam właściciela o biegunki, wymioty, często słyszę: „nie wiem”. Najgorzej jest z kotami, które wychodzą często na dwór. Dostaję wtedy informację, że kot nie chce jeść i na podstawie tego muszę postawić diagnozę.
     
     - Ludzie mają lekarzy kardiologów, neurologów, internistów, weterynarz musi znać się chyba na wszystkim...
     
- Mamy specjalizację taką jak choroby psów i kotów, jest też specjalizacja chorób bydła. Lekarze weterynarii zajmują się także nadzorem nad produktami pochodzenia zwierzęcego itd. Oczywiście są lekarze, którzy zgłębiają dziedzinę kardiologii zwierzęcej czy dermatologii, ale jest to na zasadzie ich „konika”. Jeżdżą na poświęcone tym zagadnieniom warsztaty, nie istnieje jednak coś takiego jak specjalista od kardiologii zwierzęcej.
     
     - Przeprowadza Pani operacje?
     
- Przeprowadzam zabiegi chirurgiczne. Jednak tylko niektóre, ze względu na ograniczone możliwości sprzętowe, ale także i wiedzowe, bowiem na studiach nie uczyli nas przeprowadzania operacji na przykład na otwartej klatce piersiowej. Wykonuję takie zabiegi jak sterylizacja, kastracja, udrożnienie przewodów pokarmowych, zabiegi ortopedyczne czy zabiegi usuwania guzów listwy mlecznej u suczek.
     
     - Zwierzęta wymagają hospitalizacji czy od razu są zabierane do domów?
     
- W Elblągu jest trochę inny klient, a hospitalizacja jest dość droga. Nie ma w Elblągu szpitala dla zwierząt. Dlatego też pacjentów, którzy wymagają hospitalizacji, odsyłamy do Gdańska, gdzie taki szpital się znajduje. Mamy tutaj możliwość hospitalizowania tylko małych zwierząt takich jak koty.
     
     - Zdarzyły się Pani jakieś szczególnie trudne przypadki?
     
- Oj, ten zawód ma dwie strony. Z jednej strony są pacjenci, którzy nie rokują lub słabo rokują, a dzięki naszej pracy i swoim opiekunom wychodzą z tych schorzeń. I to jest jedna z przyjemniejszych stron tego zawodu. Niestety zdarzają się jednak takie przypadki, że zwierzęcia nie da się ocalić. Nieraz zdarzały się takie sytuacje, że płakałam razem z właścicielem. Zdarzają się tacy pacjenci, którzy na przywitanie merdają radośnie ogonem, a nagle okazuje się, że psa trzeba uśpić. Na myśl przychodzi mi jedna z takich smutniejszych historii, kiedy to suczka miała nowotwór listwy mlecznej, odpowiednik nowotworu piersi u kobiet, usunęłam nowotwór listwy mlecznej a także macicę. Niestety nastąpiły przerzuty, suczka cierpiała i trzeba było ją uśpić. Właściciel płakał, ja próbowałam się jakoś trzymać, bo trochę nie wypadało, żebym stała i z właścicielem ryczała. No, niestety ta łza w oku czasami się zakręci. Ten zawód ma swoje dobre i złe strony.
     
     - Często zdarzają się takie sytuacje, że zwierzę trzeba uśpić?
     
- Na szczęście nie. Bardzo dużo eutanazji muszę odmawiać.
     
     - Właściciele przychodzą już z postawioną przez siebie diagnozą?
     
- Przychodzą i mówią: „Chcę uśpić psa”. A u mnie nie ma eutanazji na życzenie. Ja muszę wiedzieć, że zwierzę realnie kwalifikuje się do eutanazji. Gdy pytam, dlaczego chcą uśpić psa, słyszę często: „bo zwierzę jest stare, ślepe i głuche”. Ja nie życzę takim ludziom, by ich dzieci któregoś dnia chciały ich zabić, bo są starzy, ślepi czy głusi. A takie przypadki zdarzają się dość często. 60-70 proc. eutanazji odmawiam, bo nie zgadza się to z moim sumieniem a także i z prawem.
     
     - A co mówi prawo na temat eutanazji zwierząt?
     
- Przepisy mówią, że eutanazji można dokonać na ślepych miotach, czego też się nie podejmuję, bo kosztuje mnie to za dużo emocji. Wtedy najczęściej kieruję klientów do innego lekarza. Dopuszczalna jest eutanazja zwierząt chorych, cierpiących, których leczenie nie rokuje. Są to sprawy nowotworowe, przerzutowe, kiedy widać, że zwierzę cierpi. Dopuszczalna jest też eutanazja zwierząt agresywnych, czyli takich, które zagrażają człowiekowi. Pieniądze są dla mnie ważne, bo przecież muszę opłacać rachunki, utrzymanie gabinetu też jest drogie, ale etyka zawodowa i sumienie są dla mnie ważniejsze. Poza tym zdarza mi się wiele rzeczy robić albo za darmo, albo za pół ceny.
     
     - Z dobroci serca...
     
- Nigdy nie jest mi szkoda ludzi, bo zdarza się, że ludzie płaczą, że nie mają pieniędzy, albo dzwonią po nocy i mi dziękują, ale ja nie robię tego dla nich. Robię to dla tych zwierząt, bo potem w nocy spać nie mogę, myśląc, że ktoś nie pomógł temu zwierzakowi w cierpieniu.
     
     - Zdarzają się też telefony po godzinach pracy?
     
- Tak.
     
     - I wtedy przyjmuje pani pacjenta?
     
- W miarę możliwości tak.
     
     - Jak to lekarz z powołania...
     
- Bez powołania nie wytrzymałabym w tym zawodzie. Czasami to ludzi ma się bardziej dość, zwierząt nigdy.
     
     - Porozmawiajmy może o czymś przyjemniejszym. Zdarzają się też porody?
     
- Tak, choć nie jest tego dużo. Na szczęście świadomość opiekunów się zwiększa i sterylizują oni swoich pupili, by zapobiegać bezdomności zwierząt. Częściej trafiają do nas suczki, które mają problemy porodowe, kiedy trzeba przeprowadzić cesarskie cięcie. Zdarza się to często w przypadku małych ras takich jak yorki czy shih tzu. Z reguły z porodem zwierzęta radzą sobie same.
     
     - Czym różni się leczenie domowego zwierzęcia od rolnego?
     
- Gdy pies złamie łapę, to składamy ją i leczymy, gdy krowa złamie kończynę, idzie na ubój, bo jest to zwierzę typowo konsumpcyjne i jeżeli przestaje być użyteczne, idzie na ubój. Podobnie dzieje się, gdy krowa jest stara i nie daje mleka.
     
     - A jak jest z końmi?
     
- Konie się leczy, bo jest to jednak zwierzę towarzyszące człowiekowi.
     
     - Ma Pani na co dzień kontakt ze schroniskiem?
     
- Z Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami mieliśmy sporo sterylizacji kotek wolno bytujących. Leczę też zwierzęta z Ośrodka Rehabilitacji Dzikich Zwierząt w Gronowie Górnym. Trafiają do nas jeże, ptaki, wśród nich bociany. W tym roku akurat nie mieliśmy żadnego jeża, za to dużo ptaków jerzyków.
     
     - Ile ma pani swoich własnych zwierząt?
     
- Trzy koty i psa. Każdy z nich ma swoją własną historię. Nie do końca ja je wybrałam, to one mnie same wybrały. Psa wzięłam ze schroniska jeszcze za czasów studiów. Ma już trzynaście lat. Nazywa się Maja. Jeden z kotów trafił do mnie do uśpienia jako ślepy miot, a ja go odkarmiłam na butelce. Ludzie, którzy zajmują się bezdomnymi zwierzętami, by mnie za to zrugali, ale nie miałam serca, by go uśpić. Nazwałam go Kizio. Kolejny kot to Edziu, kot perski, który mieszkał kiedyś u mnie razem z moją mamą, a po jej wyprowadzce już u mnie został. Kiedyś mieszkał przez dwa lata u pewnych ludzi, a że wzięli oni sobie jeszcze psa i pies z kotem nie mogli się dogadać, musieli oddać kota.
     
     - A Tuptuś?
     
- Tuptuś to kot ze schroniska. Miał być u mnie tylko na domu tymczasowym, ale tego kota nie da się nie kochać. Najpierw trafił jednak do schroniska. Są dwie historie, nie wiem, która jest prawdziwa. Pierwsza mówi, że właściciele oddali go do schroniska, bo chodził w nocy po domu i tuptał (stąd jego imię Tuptuś) i nie pozwalał dzieciom spać. Druga wersja jest taka, że zwalił telewizor. Niestety, jak ma się zwierzęta w domu, trzeba liczyć się z tym, że będą i straty, trzeba też odpowiednio zabezpieczyć sprzęty. Po dwóch tygodniach pobytu Tuptusia u mnie, zadzwoniła do mnie jego pierwsza właścicielka mówiąc, że chce kota z powrotem. Kota jej oczywiście nie oddałam, bo takie zachowanie wydawało mi się nieodpowiedzialne.
'
     - Widzę, że kolczyki też ma Pani w koty...
     
- Mam kilka takich par. Te akurat kupiłam na bazarze w Gdańsku od fundacji Kotangens, która zbiera pieniądze na koty wolno bytujące, czyli na zwierzęta, które nie mają właścicieli, żyją na dworze, są półdzikie lub dzikie, ale oswojone i karmione na dworze. Takie koty zostawia się wolno, jedynie leczy się je, a potem wypuszcza na wolność.

Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
Reklama