Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Piątek 24-11-2017, imieniny Jana, Flory
 
Rek

UWAGA!

Rek
Telefon portElu Halo, tu portEl
512 918 555

Wiadomości

Na osiedlu

Gospodarka

Społeczeństwo

Kultura

Sport

Na uczelniach

Zbrodnia i kara

Prasówka

Jej portEl

Kina i teatr

Konkursy

Dawny Elbląg

Poradnik

Hit czy kit?

Po godzinach

Fotoreportel

Otwarcie nowego odcinka trasy tramwajowej. Otwarcie nowego odcinka trasy tramwajowej.

Pasję odziedziczyłem po dziadku (Elblążanie z pasją, odc. 7)

 
Elbląg, Pasję odziedziczyłem po dziadku  (Elblążanie z pasją, odc. 7) Piotr Krupski podczas 37. Międzynarodowego Jarmarku Folkloru w Węgorzewie (Kazimierz Zajko)
Rek

„Było cymbalistów wielu”... dziś muzyków grających na starodawnym instrumencie jest zdecydowanie mniej. Do grupy nielicznych, którzy potrafią uderzać w struny cymbałów należy Piotr Krupski, bohater dzisiejszego odcinka naszego cyklu „Elblążanie z pasją”.

Rodzinne tradycje dziedziczymy jak posag. Czasem z sentymentem, niekiedy mimo woli powracamy do zwyczajów naszych przodków. O Piotrze Krupskim można powiedzieć, że swoją pasję otrzymał w spadku. Elblążanin długo bronił się przed przeznaczeniem... aż w końcu, trzy lata temu chwycił za pałeczki i zaczął grać na cymbałach wileńskich. Mimo niedługiego stażu, nasz pasjonat zdążył już zaprezentować swoje umiejętności na Międzynarodowym Jarmarku Folkloru w Węgorzewie. Podczas debiutanckiego występu, Piotr Krupski na osiemdziesięciu pięciu strunach swego instrumentu wygrał sobie... nominację do udziału w Ogólnopolskim Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu Dolnym.
     
     -Granie na cymbałach wileńskich można nazwać tradycją Pana rodziny.
     -Tak. Tradycja ta sięga jeszcze czasów przedwojennych, ponieważ wujek mojego dziadka też grał na cymbałach. Wujek mieszkał w miejscowości Żeściuny pod Wilnem i właśnie on nauczył dziadka gry na tym instrumencie. Dziadek powrócił do gry dopiero w wieku emerytalnym. Gdy miał więcej czasu mógł poświęcić się swojej pasji i robił to na tyle dobrze, że zajmował pierwsze miejsca na festiwalach muzyki ludowej.
     
     -Na cymbałach gra Pan od trzech lat. Co sprawiło, że zdecydował się Pan spróbować?

     -Słyszałem opinię, że do muzyki tradycyjnej trzeba dorosnąć. Bardzo często młodzież i dzieci traktują taką muzykę jako obciachową lub nieciekawą. Jednak z wiekiem przychodzi chęć popłynięcia trochę innym nurtem niż większość i to był pierwszy czynnik, który spowodował, że zacząłem grać na cymbałach. Drugim impulsem były rozmowy z moją babcią, czyli żoną dziadka, która zachęciła mnie, zmotywowała do nauki. Trzecim czynnikiem była wizyta u rodziny pod Wilnem, a dokładnie u wujka, który uczył gry na cymbałach mojego dziadka.
     
     -Jestem ciekawa jak wyglądają początki gry na cymbałach. Na pewno nie jest łatwo.
     -Nauka na początku wydaje się trudna, ale gdy uporządkujemy sobie już wiedzę dotyczącą gry na cymbałach to ten instrument jest łatwy do opanowania. Tylko naukę trzeba podjąć samemu. W tym momencie nie ma na naszym terenie osoby, która mogłaby uczyć gry na cymbałach. Akurat ja uczyłem się gry na podstawie nagrań mojego dziadka.
     
     -Ze słuchu?
     -Tak. Odtwarzałem sobie kilka melodii, które najbardziej przypadły mi do gustu i w takim ślimaczym tempie próbowałem zagrać to po swojemu. Dążyłem jednak do tego, żeby jak najwierniej odtworzyć te melodie i mniej więcej po miesiącu nauki wyszedłem na elbląskie Stare Miasto i już mogłem coś zagrać ludziom. To były walczyki, oberki, marsze, polki. Dziadek pozostawił po sobie bardzo dużo nagrań, więc na razie skupiam się na nauce jego repertuaru, myślę, że zajmie mi to jeszcze kilka lat.
     
     -Zastanawiam się jakie są reakcje przechodniów, gdy gra Pan na elbląskiej starówce?
     -Większość ludzi pyta, co to jest za instrument, jak się nazywa. Bywają też bardzo zaskakujące pytania na przykład; gdzie w tym instrumencie są głośniki albo ile czasu mogę grać na jednym komplecie baterii. Generalnie przechodnie bardzo chwalą tę muzykę i zachęcają do tego, żeby częściej grać. Jak wiadomo, elbląska starówka jest jeszcze bardzo młoda i wymaga ciągłego ożywiania. A ja cieszę się, że mogę wnieść jakiegoś ducha na nasze stare miasto.
     
     -Czy Pana dziadek grał na cymbałach wyłącznie tradycyjną muzykę?
     -Dziadek był nagrywany między innymi przez Polskie Radio, a wiadomo, że instytucje radiowe preferowały tradycyjną muzykę. Ale są też nagrania domowe, gdzie dziadek wykonuje bardziej popularne melodie z lat trzydziestych. Był młody i wtedy to były aktualne przeboje.
     
     - A czy Pan również próbował grać na cymbałach muzykę absolutnie nietradycyjną?
     -Jasne, że tak (śmiech). Przechodziłem etap od muzyki elektronicznej do tradycyjnej, więc chociażby niektóre utwory Jeana Michela Jarre'a próbowałem odtworzyć na cymbałach - zresztą z powodzeniem. Nawet podobało mi się to, ale nie prezentuję tych utworów publicznie.
     
     -To znaczy, że Pana przygoda z muzyką zaczęła się już wcześniej?

     -Moja przygoda z muzyką zaczęła się w szkole podstawowej, gdy uczestniczyłem w chórze szkolnym. Można powiedzieć, że moim pierwszym instrumentem był własny głos. Później zainteresowałem się muzyką elektroniczną i przez wiele lat grałem na syntezatorach analogowych i cyfrowych. Nagrałem kilka płyt, miałem kilka występów na poważnych festiwalach związanych z tą muzyką. Dopiero po wielu latach przyszło pragnienie grania na cymbałach wileńskich.
     
     -Zdarza się Panu wracać do elektroniki?
     -W tym momencie już tylko słucham, nie komponuję. Oczywiście część instrumentów jeszcze mi pozostała, więc być może kiedyś do tego powrócę.
     
     -Wróćmy jeszcze na chwilę do cymbałów wileńskich. Ponoć na takim instrumencie grał Jankiel.
     -Nie jest to do końca prawdą. Ja gram na cymbałach wileńskich, a Jankiel, przynajmniej na obrazach, przedstawiany jest z cymbałami żydowskimi. One były nieco mniejsze, bardziej poręczne. Można było je przenosić, a nawet grać na nich idąc. Tymczasem cymbały wileńskie ważą około 10 kilogramów i trudno byłoby dźwigać taki ciężar, jednocześnie grając.
     Jeszcze odnośnie „Pana Tadeusza” przypomniała mi się pewna ciekawostka. O ile mi wiadomo istnieje praca naukowa, w której starano się udowodnić, czy jest możliwość zagrania w taki sposób jak opisał to Adam Mickiewicz. Okazało się, że poecie popuściły wodze fantazji. Najlepsi cymbaliści próbowali odtworzyć melodię z tekstu, ale było to niewykonalne.
     
     -Oprócz grania na cymbałach ma Pan inne zainteresowania. Jest Pan członkiem PTTK - od jak dawna?

     -Było to, zdaje się, cztery czy pięć lat temu. Pamiętam, że zrobiłem sobie prezent na własne urodziny i wstąpiłem do PTTK. Po prostu zapragnąłem poznać ludzi, którzy wyciągnęliby mnie z domu. Wówczas prowadziłem bardziej osiadły tryb życia i zapragnąłem jakieś aktywności.
     
     -Gra na cymbałach, muzyka elektroniczna, turystyka. Jestem ciekawa czy ma Pan jeszcze jakieś pasje.
     -Ja mam tych pasji bardzo wiele, z niektórych musiałem zrezygnować, kosztem innych, które uważałem za bardziej priorytetowe. Moją pasją są chociażby zwierzęta. Mam w domu trzy koty, które traktuję jak własne dzieci (śmiech). Jest w moim życiu również koń, a właściwie klacz, ma na imię Branka. Trzymam ją w Kadynach, w stajni. Staram się mieć kontakt z tym zwierzęciem. Nie chodzi o treningi czy też jakąś zaawansowaną pracę z koniem. Bardziej interesuje mnie przebywanie ze zwierzętami, poznawanie ich natury.
     
     -Ma Pan wiele pasji, które umie Pan doskonale pogodzić, również z pracą. Ale są ludzie, którzy nie mają żadnego hobby i mimo tego ciągle brak im czasu.

     -Wydaje mi się, że ludzie nie potrafią sobie zorganizować wolnego czasu albo ten czas pożytkują na inne sprawy, które może nie do końca rozwijają człowieka i są raczej przyziemne, codzienne. Wiadomo, że ludzie, którzy posiadają rodziny mają tego czasu znacznie mniej, bo trzeba być z dzieckiem, pomagać choćby w odrabianiu lekcji. Ale myślę, że każdy jest w stanie znaleźć chwilę w ciągu dnia na realizację własnych planów, marzeń. Naprawdę, nie ma co czekać do wieku emerytalnego.

Aleksandra Szocik
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
..., a moim zdaniem
Pokazuj od
najnowszych
Reklama