Środa 16-01-2019, imieniny Włodzimierza
 
Rek

UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

Płaczemy, ale robimy swoje

 
Elbląg, Płaczemy, ale robimy swoje Opieka nad zwierzętami to coś więcej niż wymiana karmy, wody czy uprzątnięcie nieczystości (fot. Michał Skroboszewski)
Rek

Są z nimi każdego dnia. Sprzątają im, dosypują karmę, wymieniają wodę, podają leki, szczepią, przeprowadzają niezbędne zabiegi oraz operacje. Dużo też z nimi rozmawiają, głaszczą, przytulają i starają się poznać na tyle, na ile to tylko możliwe. Przede wszystkim jednak szukają im domu, w którym będą szczęśliwe, kochane i zadbane. Pracownicy elbląskiego Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt wiedzą, że los ich podopiecznych dosłownie leży w ich rękach. Spędziłam z nimi kilka godzin po to, żeby przekonać się, jak wygląda ich praca. Zobacz zdjęcia. 

Najpierw trzeba się przywitać
     Dzień Katarzyny Silko zaczyna się od przebrania w robocze ubrania. Zakłada spodnie dresowe, bluzę, kolorową czapkę i idzie na obchód. W rękę bierze puszkę z karmą, ma też suplementy dla psów, które przygotowuje Kaja Stokłosa - lekarz weterynarii w schronisku. Nie potrzebuje do tego kartki, bo bardzo dobrze zna swoich podopiecznych. 
     - Cześć Batman! - mówi i podchodzi do pierwszego psa "na trasie" obchodu. Drapie go za uchem i głaszcze po głowie, daje palce do powąchania, rozmawia z nim. Tak będzie się witała z każdym mieszkańcem schroniska, który na to pozwala.
     - Robimy to po to, żeby wiedzieć, co się dzieje z psami. Sprawdzamy, jak się czują – dodaje.
     Tego dnia jeden z nich – Beryl – miewa się gorzej. Katarzyna wchodzi do boksu, podchodzi do psa, ogląda go. Pies jest apatyczny, prawdopodobnie w nocy miał atak padaczki. Gdy skończy obchód opowie o tym Kai.
     Tymczasem ruszamy dalej, akurat siąpi deszcz, więc niektóre psy wolą zostać w swoich budach.
     - No dobrze, widzę, że z tobą wszystko w porządku, po prostu nie chcesz wyjść – mówi do jednego z nich, po czym zamyka "wieko" budy, czyli otwierany dach.
     W jednym z boksów spotykamy Arielkę.
     - To był pies, który warczał, pokazywał zęby, a teraz proszę, uwielbia głaskanie, przytulanie – opowiada drapiąc za uchem czarną suczkę.
     Wracamy do budynku. Joanna Iwańczuk, która razem z Katarzyną Silko zajmuje się adopcją psów, ze schroniskiem związana jest od 2014 r.
     - Najpierw byłam wolontariuszką, w tym roku zaczęłam tu pracę – mówi mi w biurze, które dzieli z Katarzyną. W niewielkim pomieszczeniu stoi komputer, biurko, dwa krzesła, niezbyt duża szafa. Do nóg przytula się Tomasz, który wpatruje się w nas z uwagą.
     - To ogromny pieszczoch, uwielbia głaskanie, nie przepada za innymi psami. Tomasz powinien jak najszybciej znaleźć dom... - wzdycha i głaszcze go po głowie. - To pies stworzony do życia z człowiekiem.
     Joanna ma niespotykaną pamięć do psich mordek.
     - Pamiętam je lepiej niż twarze ludzi. Wiele razy zdarzyło mi się, że na spacerze rozpoznałam jednego z naszych Adopsiaków [Tak nazywa się grupa psów, które adoptowano ze schroniska. Ich właściciele pokazują losy swoich pupili na specjalnej, facebookowej grupie, schronisko organizuje również ich spotkania – red.] - dodaje.
     Za chwilę do pokoju wpada jedna z wolontariuszek. Zagaduje, żartuje i już jej nie ma.
     - Ewa bardzo wielu psom znalazła dom. Robi dużo zdjęć i filmików, które umieszczane są na facebooku, organizuje domy tymczasowe, przewozi zwierzęta do ich nowych domów – wylicza Joanna.
     Takich osób, które regularnie pojawiają się w schronisku, żeby pomagać jest ok. 20-30. Inni przychodzą wtedy, kiedy mogą, łącznie zawarto ok. 170 umów wolontariackich.
     - Zazwyczaj jest tak, że ci, którzy są z nami dłużej wprowadzają w obowiązki osoby nowe – wyjaśnia Agnieszka Wierzbicka, która od 2009 r. jest kierowniczką elbląskiego Schroniska.
     
     Maluchy przybywają w kartonach
     Parę minut później w schronisku zjawia się mężczyzna z siatką pełną smakołyków dla psów i kotów.
     - A przyniosłem, proszę, to dla was – mówi i wręcza ją Małgorzacie Krawczyk.
     To właśnie w jej biurze, które dzieli razem z Agnieszką usłyszę najwięcej historii o tym, jak ludzie potrafią potraktować zwierzęta. Na razie pytam o to, ile właściwie ich tu mieszka.
     - Obecnie mamy około 200 psów i 95 kotów. Inspekcja weterynaryjna dopuszcza obecność maksymalnie 260 psów oraz 99 kotów – wylicza Małgorzata, która pracuje tu od dziewięciu lat, teraz pełni funkcję zastępcy kierownika.
     Opowiada mi o systemie pracy w tym miejscu. O godz. 7 przychodzą opiekunowie zwierząt, którzy sprzątają boksy, dosypują karmę, dolewają wodę, ale i naprawiają to, co się zepsuło. Dwie godziny później pracę zaczyna biuro adopcyjne, które od poniedziałku do soboty działa do godz. 17, w niedzielę od godz. 11 do godz. 14.
     - Gdy ktoś chce oddać zwierzę prosimy najpierw, żeby przez dwa tygodnie dawał ogłoszenia na różnych portalach i szukał mu nowego domu, bo schronisko to już ostateczność. Zdarza się jednak, że słyszymy "To co, mam je przywiązać w lesie?", w takich sytuacjach ręce nam opadają. Zgadzamy się przyjąć zwierzę... - wzdycha Małgorzata Krawczyk.
     Pytam, jak zachowują się ludzie, którzy oddają psy lub koty.
     - Pamiętam taką sytuację, kiedyś przyszła do nas matka i syn. Przyprowadzili psa z ogromnym guzem na szyi. Powiedzieli nam, że to nie ich pies, że przygarnęli go trzy tygodnie temu i teraz widzą, że pies ma się źle, czy nie moglibyśmy go zdiagnozować. Oczywiście przyjęliśmy go, niestety, miał wszystkie wskazania do eutanazji. Tak też się stało. I wie pani co? Ten syn bardzo płakał, widać, że przeżył ogromną stratę. Czy w ciągu trzech tygodni da się zawiązać taką więź? - opowiada mi Małgorzata Krawczyk. - Notorycznie zdarza się, że ludzie przywożą do nas kartony ze szczeniakami bądź kociakami i mówią, że je znaleźli przy drodze, na ulicy, w piwnicy. Bierzemy je i szukamy im domów, nie odmawiamy pomocy. Jednak wyraźnie prosimy, by opiekunowie zwierząt swoje własne zwierzęta, które chcą oddać do schroniska, bo z różnych względów nie mogą ich dłużej zatrzymać, przywozili w godzinach pracy biura.
     Bywa też i tak, że to pracownicy schroniska muszą odebrać zwierzę człowiekowi jeśli ten nie opiekuje się nim należycie.
     - Pamiętam taką interwencję. Przyjeżdżamy na miejsce, a tam pies, skóra i kości, przywiązany na łańcuchu, karmiony obierkami ziemniaków. Właściciel pyta nas o co nam właściwie chodzi i mówi "Ja go przecież uratowałem"... - mówi Małgorzata.
     
     Zwierzaków na prezent nie zapakujesz

     Jakiś czas później do schroniska przychodzi kobieta, z synem i prawie rocznym psem, którego musi oddać. Powód? Silna alergia u młodszego dziecka.
     - Ta pani próbowała szukać domu dla psa samodzielnie, poza tym, co się bardzo rzadko zdarza, pokazała nam zaświadczenie o alergii. Pies jest zadbany, zachipowany, szczepiony – mówi Katarzyna Silko. Udaje mu się znaleźć dom, o czym dowiem się następnego dnia.
     Na razie wciąż jestem w schronisku, nagle do biura wpada mężczyzna i krzyczy:
     - Jesteście zwykłe hycle, oddajcie mi mojego psa!
     - Wypuszcza pan psy z domu i się nimi nie interesuje! One nie mogą biegać luzem, bez żadnej opieki, za takie zachowanie może pan dostać mandat! – odpowiada mu Małgorzata Krawczyk. - Kiedyś się przecież prawie utopiły w rzeczce, bo nie mogły z niej wyjść. To już czwarty czy piąty raz! Raz panu pomogliśmy, pracownik przywiózł panu psa, ale tak nie może być cały czas! Tłumaczyłam panu przez telefon, że musi go pan odebrać i usłyszałam, że to nasz "zasr...y obowiązek", żeby go do pana przywieźć.
     - Byłem chory, dlatego nie przychodziłem! Oddajcie mi psa!
     - Musi pan zapłacić za jego pobyt, 10 zł za każdą dobę.
     - Nie zapłacę, nie stać mnie!
     - A jak pies będzie chory i będzie wymagał leczenia to będzie pana stać na jego opłacanie?
     - Tak! Będzie mnie stać!
     Mężczyzna próbuje jeszcze negocjować, później wybiega z budynku, próbuje otworzyć boks, w którym znajduje się pies. Powstrzymują go pracownicy, obywa się bez wzywania policji. W regulaminie schroniska widnieje zapis: "Nie wolno wydawać zwierząt osobom nietrzeźwym lub innym osobom, co do których istnieje uzasadnione podejrzenie, że nie zapewnią zwierzęciu należytej opieki".
     - Takie sytuacje zdarzają się często? - pytam Agnieszkę.
     - Zbyt często – mówi. - Wiele razy wzywaliśmy policję, bo bywa też tak, że pijani "eks-właściciele", którzy zrzekli się psa, próbują wejść i go odzyskać. Raz nawet zdarzyło się, że ktoś chciał nam ukraść szczeniaka. Zapytaliśmy tego pana dlaczego zamierzał to zrobić, odpowiedział: "Gdzie ja teraz znajdę lepszy i tańszy prezent na Wigilię?". A my nie wydajemy w okresie przedświątecznym szczeniaków i kociaków.
     - ?
     - Właśnie dlatego, żeby nie stały się niechcianym prezentem, a poza tym to nie jest najlepszy czas na adaptację zwierzęcia w nowym domu. W tym czasie wszyscy są zajęci czymś zupełnie innym, rodziną, świętami, jest dużo ruchu i hałasu. Prosimy wtedy, żeby taka osoba wróciła do nas po świętach – wyjaśnia Agnieszka.
     Dziś przyjechała do pracy... z garnkiem zupy.
     - No tak, czasami gotuję dla pracowników, zdarza się. Ostatnio Kasia tak chodziła i mówiła "ale bym zjadła kapuśniaku...". No to im go ugotowałam i dziś jest zupa – mówi.
     
     Kocie życie nie jest usłane różami

     Przerywamy naszą rozmowę, do schroniska przychodzi para, która chciałby adoptować kota. Idą na wybieg, oglądają wszystkie, zastanawiają się. To nie jest ich pierwszy raz, wcześniej również mieli kota w domu.
     - Miał 14 lat, to już był jego czas... - mówią i dodają, że brakuje im obecności zwierzęcia.
     Oprowadza ich Swietłana Barszcz, która w schronisku pracuje od 2010 r.
     - Przyszłam tu na zastępstwo za koleżankę, tak na chwilę, i zostałam – wspomina.
     Do Polski przyjechała 15 lat temu z Rosji, z wykształcenia jest muzykiem. Pytam, czy trudno było jej się nauczyć języka polskiego.
     - Ojej, na początku słyszałam tylko "szcz". Kiedyś uczyłam się niemieckiego, więc było mi chyba dzięki temu jakoś łatwiej, ale wciąż uważam, że polski to trudny język – mówi.
     Swietłana zajmuje się kotami. Najbardziej żal jej tych, które kilka lat temu znaleziono na działkach, w lesie czy na ulicach i przyjęto do schroniska. Część z nich nigdy nie oswoiła się z człowiekiem.
     - Dla nich kontakt z nami to ogromny stres, więc adopcja to nie jest najlepsze wyjście – tłumaczy Swietłana. 
     Z kolei Kaja wspomina, że w schronisku bardzo przydałby się szpitalik dla kotów, jest wręcz niezbędny. Dzięki niemu można by było izolować od siebie chore i zdrowe zwierzęta. 
     - Sprawiłoby to, że koty nie zarażałyby się od siebie i udałoby się zmniejszyć ilość zachorowań na bardzo niebezpieczne dla nich choroby zakaźne - mówi Kaja. - Mniej zachorowań to mniej cierpienia, a przecież o to najbardziej nam chodzi, żeby zwierzaki były zdrowe i mogły jak najszybciej znaleźć kochający dom.
     Jak wyjaśnia gabinet weterynaryjny jest czynny codziennie, od godz. 9 do 17, a także we wszystkie święta, od godz. 10 do 13. Do zwierząt ciężko chorych i potrzebujących przyjeżdża niezależnie od pory, nawet w nocy. 
     - Pod opieką gabinetu są wszystkie zwierzęta przebywające w schronisku oraz zwierzęta adoptowane, które zachorują w ciągu dwóch tygodni od dnia adopcji, a także te przywiezione z interwencji. W schronisku kontynuowane jest również leczenie oraz opieka nad bezdomnymi psami i kotami, które uległy wypadkom komunikacyjnym na terenie miasta - wylicza Kaja. - Pracy w gabinecie weterynaryjnym jest zawsze bardzo dużo. To nie tylko podawanie chorym zwierzętom leków, kroplówek, ale także konieczne operacje i wszelkie zabiegi. To również nadzór nad zwierzętami zdrowymi, działania profilaktyczne takie jak m.in. szczepienia oraz sterylizacje, kastracje wszystkich zwierząt przebywających w schronisku. Często nie ma czasu nawet na przerwę, a praca trwa do wieczora. Nigdy nie wychodzę z gabinetu zanim nie zrobię wszystkiego, co najważniejsze. Jesienią zdarzało mi się pracować 30 dni w miesiącu, w tym kilkanaście dni nawet do godziny 23. Taka sytuacja spowodowana była bardzo dużą ilością zachorowań na panleukopenię wśród kociaków – opowiada lekarz weterynarii. 
     Kaja musi wracać do gabinetu, tymczasem pytam Swietłanę o jej psiego ulubieńca – kilkuletniego Chipsa - z którym, jak mówią pracownicy schroniska, zaprzyjaźniła się. 
     - Kiedyś, gdy wróciłam do pracy po urlopie, na jednym z wybiegów zauważyłam psa. Ja idę w jedną stronę, on za mną, ja w drugą – on też. Trochę się przestraszyłam, ale on był po prostu zainteresowany. Zapytałam wtedy jednej z pracowniczek: "co to za pies?" i usłyszałam: "To przecież Chips". "A jeśli wejdę do niego to nic się nie stanie?", "Nie, nie" – wspomina. - Zawiązała się między nami jakaś taka więź. I tak już zostało.
     
     Petarda nad głową psa? Na to się nie zgadzamy

     W biurze trwa sesja fotograficzna. Rolę studia pełni kocyk położony na szafce i roleta okienna, zamocowana na ścianie, która jest tłem. Tym razem modelem jest malutki, czarny szczeniak, który nieco się wierci. Trzeba go zachęcić, żeby spojrzał do góry albo na wprost, w obiektyw. Chodzi o to, aby dobrze było widać mordkę. Kobiety wydają różne odgłosy, popiskują, robią "psst", "mrrt", "miau", piszczą zabawkami. W końcu Małgorzacie udaje się zrobić kilka ładnych zdjęć, które znajdą się na stronie. Co ciekawe to właśnie dzięki pracy w schronisku zainteresowała się fotografią.
     - Kilka lat temu kierowniczka stwierdziła, że to będzie w zakresie moich obowiązków. Wtedy to się zaczęło, z czasem stwierdziłam, że to cudowne zajęcie – opowiada.
     Teraz jej pasja nie ogranicza się tylko do robienia zdjęć zwierzętom, jej modelami są również ludzie: córki, koleżanki, rodzice, pracownicy schroniska.
     Maluchy wracają do swoich izolatek, jest trochę czasu na to, żeby porozmawiać.
     - Każdy pracownik ma psa, który zapadł mu szczególnie w pamięci – mówi Małgorzata.
     Dla niej był nim Betowen, który siedem lat temu wylądował w schronisku jako szczeniak. Był poturbowany przez samochód, miał zmiażdżoną łapę, którą trzeba było amputować.
     - Dużo szczekał, wyciągał mi różne rzeczy ze śmietnika, no i zawsze spał pod moim biurkiem – wspomina. - W końcu znalazł dom, z czego się oczywiście ucieszyłam, a jednocześnie trudno mi było się z nim rozstać... No, ale tak to już tutaj jest.
     Teraz dla wielu pracowników takim psem jest Bimber.
     - Są psy, które bardzo cieszą się na widok niektórych ludzi, na innych trochę mniej – mówi Kaja. - A Bimber ma tak ze wszystkimi, to pies, który lubi ludzi.
     Tego dnia przechodzi kastrację, więc trzeba go zważyć, żeby weterynarz mogła ustalić odpowiednią dawkę narkozy do jego wieku i wagi. Pies już nie jest młody, ma około 10 lat, ale znalazł dom. Za kilka dni przyjadą po niego nowi właściciele.
     Na korytarzu trwa zamieszanie, kilka osób przywiozło koce i karmę. Wszystko się przyda, bo zima to nie jest lekki czas w schronisku. A sylwester to dla nich horror.
     - Nasze psy bardzo dobrze słyszą sygnały karetek jadących do szpitala, niektóre bardzo źle znoszą burzę, wichury. A co dopiero huk petard, to dla nich ogromny hałas... - mówi Agnieszka.
     I przypomina sobie pewną historię.
     - Kiedyś przyszedł do nas pan, chciał adoptować psa, który miał z nim chodzić na polowania. I wie pani, jak chciał sprawdzić, czy pies zniesie huk? Miał taki pomysł, żeby...strzelać psu nad głową petardami. Nie zgodziliśmy się na to – opowiada kierowniczka.
     
     To nie pies, a... worek śmieci albo maskotka
     Codziennie dwóch pracowników ma dyżur nocny. Jeden zostaje na noc w schronisku i m.in. odbiera telefony. Drugi, który jest kierowcą, jest z nim w kontakcie i jeździ we wskazane miejsce. Każdy z nich następnego dnia przychodzi do pracy.
     - Schronisko w Elblągu jest prowadzone przez Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Zwierząt Animals. Zgodnie z umową zawartą z miastem Elbląg jesteśmy zobowiązani do przyjmowania bezdomnych psów i kotów oraz takich, nad którymi właściciele nie mogą już sprawować opieki, a także do pomocy weterynaryjnej kotom wolno żyjącym. Prowadzimy również pogotowie całodobowe, w ramach którego wyjeżdżamy do rannych lub agresywnych bezdomnych psów i kotów oraz tych wolno żyjących. Swoim zasięgiem, zgodnie z umową, obejmuje ono jedynie teren Elbląga – wylicza Agnieszka. - Mamy również umowę z gminą Elbląg, z gminą Rychliki oraz z gminą Milejewo, ale tylko i wyłącznie na przyjmowanie psów oraz kotów.
     Czasami, w sytuacjach bardzo wyjątkowych, zagrażających życiu psa lub kota, pracownicy jadą na miejsce nawet jeśli znajduje się ono na terenie, który nie jest objęty umową, czyli poza Elblągiem.
     A co ze zwierzętami dzikimi? Ptakami, sarnami, nietoperzami itp.?
     - W żaden sposób nie możemy się nimi zajmować, nie pozwalają nam na to przepisy – wyjaśnia Agnieszka.
     Czasami to ranne lub agresywne zwierzę okazuje się być czymś zupełnie innym, niekoniecznie żywym.
     - Kiedyś zadzwoniła do nas pani, która powiedziała, że pod drzewem na jej podwórku od kilku godzin leży pies. Pracownik pojechał na miejsce, okazało się, że to był... worek śmieci. Albo jak wtedy, gdy ktoś do nas zadzwonił, że na klatce, pod schodami, siedzi duży, agresywny kot. Tymczasem była to... ogromna maskotka – mówi. - Cieszymy się, że wielu ludziom los zwierząt nie jest obcy i że reagują, ale bardzo prosimy o to, by w miarę możliwości sprawdzać takie sytuacje.
     
     Czasami jest nam ciężko, ale robimy swoje

     W trakcie naszej rozmowy Joanna przyprowadza do biura kilkumiesięcznego szczeniaka. Trzeba mu zrobić zdjęcia, żeby jak najszybciej znalazł dom. Suczka jest ciekawska, wesoła i ma duże uszy. Kilka dni wcześniej trafiła do schroniska. Osoba, która ją przywiozła powiedziała, że była przywiązana drutem do drzewa w Bażantarni.
     - Jak Ty masz na imię? Sofi? Masz na imię Sofi? Jesteś Sofi - mówi do niej pieszczotliwym tonem Agnieszka.
     Maluch jest uroczy, trudno się nie uśmiechnąć patrząc na tę scenę. Pytam, jak sobie radzą z tyloma emocjami: radością, gdy zwierzę znajdzie dom, smutkiem, gdy to się nie udaje, wdzięcznością za każdy gest poprawiający warunki zwierząt, z poczuciem bezsilności i złości wobec ludzkiego okrucieństwa.
     Agnieszka: - Nie ma tygodnia, żeby ktoś z nas nie płakał... Czasami bywa ciężko. Tłumaczymy sobie jednak, że jesteśmy tu po to, żeby stworzyć zwierzętom jak najlepsze warunki i znaleźć im jak najlepszy dom. My jesteśmy tutaj dla nich.
notowała Marta Wiloch
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
Reklama

To kupisz w pasażu portElu

POLO z HAFTEM
Naszywka HERB ELBLĄGA
Naszywka GODŁO
Polar z haftem