Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Czwartek 18-01-2018, imieniny Małgorzaty, Piotra
 
Rek

UWAGA!

Zamknij Zamknij
Rek

Po części czujemy się Kubańczykami!

 
Elbląg, Po części czujemy się Kubańczykami! Ewa i Sławomir Wrońscy już na elbląskiej ziemi (fot. Michał Skroboszewski)
Rek

Postawili wszystko na jedną kartę i przeprowadzili się do Hawany. Tworząc tam od podstaw ambasadę Zakonu Maltańskiego, zdążyli zakochać się w Kubańczykach, ich kulturze i… mojito. Po powrocie do kraju postanowili zamieszkać w Elblągu i zarażać innych swoją miłością do tej karaibskiej wyspy.

Anna Kaniewska: - Skąd taka decyzja, aby zamieszkać na Kubie?
     
Sławek Wroński: - Ja zacznę, bo to wszystko przeze mnie (śmiech). Polecieliśmy tam, aby otworzyć ambasadę Zakonu Maltańskiego, zajmowaliśmy się tworzeniem tej placówki od podstaw. Wszystko zaczęło się od pracy tłumacza. Osoba, która nas zatrudniła, zaproponowała nam pracę w ambasadzie. I tak to wszystko się rozpoczęło.
     
     - Długo trwały przygotowania do przeprowadzki?
     
Sławek Wroński: - Nie (śmiech). W naszym przypadku wszystko potoczyło się ekspresowo. Ewa wie o tym najlepiej, bo nas pakowała. Większość naszego dobytku została spakowana do kontenera, który przypłynął do nas później. Każdy z nas zabrał ze sobą po 2-3 walizki; najważniejsze rzeczy. Kiedy przyjechaliśmy, ambasada była jeszcze pustym budynkiem. Noty dyplomatyczne pisaliśmy na komputerze, siedząc na dmuchanej sofie (śmiech), ponieważ nie było żadnych mebli. Nasze ubrania wisiały na drzwiach.
     Ewa Wrońska: - Byliśmy tylko my i Jake – zaprzyjaźniona jaszczurka (śmiech).
     SW: - Dokumenty drukowaliśmy w kafejkach internetowych w hotelach. Wtedy na Kubie nie było powszechnego dostępu do Internetu.
     
     - Trudno było się zaaklimatyzować?
     
EW: - Ja nie mam problemów z aklimatyzacją w nowych miejscach. Jeśli mam kilka podstawowych rzeczy i jestem z najbliższą mi osobą, to jest mi dobrze. Chociaż przez cały nasz pobyt na Kubie, czyli przez ponad 3 lata, nie mogłam się przyzwyczaić do klimatu. Dla mnie było tam po prostu za gorąco. Oczywiście tęskniłam też za Polską oraz za rodziną.
     - Kubańczycy bardzo różnią się od Polaków?
     SW: - Kubańczycy są bardzo bliscy Europejczykom, Polakom. Mamy z nimi wiele wspólnych cech. W końcu nasze systemy polityczne były do siebie podobne. Tamtejsza społeczność dużo wie o historii Polski. Dlatego dobrze się tam czułem. Byłem zaskoczony, że Kubańczycy wiedzą tak wiele o filmach Kieślowskiego, o Zakonie Krzyżackim. Dla nich zamek w Malborku jest tak fantastyczny jak dla nas piramida Majów w Meksyku.
     EW: - Co jest zaskakujące - większość Kubańczyków kojarzyła nas z Janem Pawłem II, a nie z wódką (śmiech).
     SW: - Pamiętam, jak byliśmy w kinie na filmie pt. „Katyń”. Wszystkie miejsca były zajęte, niektórzy Kubańczycy siedzieli nawet na schodach. To nie była oficjalna premiera czy festiwal, nie było reżysera. Oni zrozumieli nasz los, naszą historię, powagę tego wydarzenia. Po projekcji wszyscy wstali i zaczęli bić brawo. Byliśmy wzruszeni.
     
     - A co Państwa najbardziej zaskoczyło w tym kraju?
     
EW: - Wszystko po kolei nas zaskakiwało. Ja jako gospodyni domowa, kiedy chciałam przygotować jakieś potrawy, to wszystko zaczynało się od wielkich poszukiwań produktów. Wiele rzeczy przywoziliśmy z Polski oraz ze Stanów Zjednoczonych, z Miami. W Polsce robimy listę zakupów, z którą idzie się do sklepu. Tam nasze menu trzeba było dostosować do produktów, które były akurat w sprzedaży. Przez cztery lata od naszego powrotu sytuacja się zmieniła. Zaskoczyło nas również to, że dla każdej Kubanki posiadanie kozaków jest czymś wyjątkowym, luksusem. Dla nas takim luksusem była piękna pogoda i wysoka temperatura. Nawet jeśli pada deszcz, to jest to ciepły deszcz, przyjemnie uderzający o liście palm.
     Kuba to przede wszystkim piękna przyroda. Morze, roślinność, zwierzęta, architektura Hawany – to nas zachwycało. Mieszkaliśmy w Hawanie. To jest naprawdę piękne kolonialne miasto, z pięknymi kamienicami; po ulicach jeżdżą stare amerykańskie samochody.
     SW: Kubańczycy są dobrze wykształceni. Większość jest skromnie, ale elegancko ubrana. Mimo że nie mają powszechnego dostępu do środków czystości, dużą wagę przykładają do higieny osobistej. Dla nich towarem pierwszej potrzeby są perfumy, woda kolońska, szampon, dezodorant. Jeśli chodzi o mnie, zawsze byłem pozytywnie zaskoczony. Nawet jeśli coś mnie rozczarowało, to nie przywiązywałem do tego większej wagi. Tak jak wtedy kiedy pojechałem pierwszy raz do ministerstwa, wydawało mi się, że skoro znam angielski, to jestem królem świata (śmiech). Pan z recepcji poinformował mnie, że tu jest Kuba i tutaj mówimy po hiszpańsku. I bardzo dobrze, że mi tak powiedział, bo musiałem nauczyć się języka hiszpańskiego.
     
     - Jaką pracę wykonywaliście dla ambasady?
     SW: - Podróżowaliśmy po całej wyspie i przede wszystkim zajmowaliśmy się pomocą medyczną. Dostarczaliśmy leki, sprzęt medyczny, organizowaliśmy misje medyczne. W czasie naszego pobytu były dwa silne huragany, które poczyniły wiele zniszczeń. Jeździliśmy do tych miejsc, aby zobaczyć, jakie są potrzeby. Następnie wysyłaliśmy tam transporty z najpotrzebniejszymi rzeczami. W naszej pracy najważniejszy był kontakt z człowiekiem. Odbyliśmy wiele spotkań z członkami korpusu dyplomatycznego, z przedstawicielami rządu kubańskiego jak i z lokalnymi urzędnikami, z władzami Kościoła kubańskiego, ale przede wszystkim ze zwykłymi ludźmi.
     
     - Dlaczego zdecydowaliście się wrócić?
     
SW: - Wróciliśmy, bo uznaliśmy, że te prawie 4 lata nam wystarczyły. Stwierdziliśmy, że na płaszczyźnie zawodowej nie będziemy mogli niczego więcej osiągnąć, chociaż mieliśmy zeszyt pełen pomysłów i inicjatyw. Wiemy, że część z nich została zrealizowana po naszym wyjeździe. Chcieliśmy także powalczyć tutaj w Polsce. Wybraliśmy Elbląg.
     
     - A dlaczego akurat Elbląg?
     
SW: - To pytanie, które ciągle zadaje mi moja żona (śmiech).
     EW - Może teraz się w końcu dowiem (śmiech).
     SW: - Urodziłem się i wychowałem w Elblągu. Jestem lokalnym patriotą. Wierzę, że w Elblągu można wiele zrobić. Wiadomo, że nie zawsze jest łatwo, znów trzeba było się przestawić. Zdaliśmy sobie sprawę, że na Kubie było całkiem przyjemnie. Wyjechałem na studia z Elbląga w 2000 roku. Grupa moich znajomych rozpierzchła się po Polsce i świecie, więc od nowa trzeba było zbudować grono najbliższych osób. Jest tutaj spokojnie, nie stoi się w korkach, do pracy mam na piechotę 15 minut.
     
     - Niedawno urodził się Wam syn, więc pewnie powrót na Kubę to nie jest plan na najbliższy czas. Czy myślicie o powrocie?
     
EW: - Małe dziecko nie jest dla nas problemem (śmiech). Co jakiś czas lubimy zmieniać miejsca zamieszkania, więc może tak. Poza tym mamy tam również naszych „przyszywanych” rodziców: Alinę i Piro, którzy pomagali nam podczas całego naszego pobytu na wyspie. Chcielibyśmy, aby poznali naszego synka.
     SW: - Na pewno chcielibyśmy tutaj coś zorganizować. Fajnie byłoby, aby miastem partnerskim Elbląga zostało jakieś miasto kubańskie. Miło byłoby również zawiązać współpracę z organizacjami, które poznaliśmy podczas naszego pobytu. Chętnie zorganizowalibyśmy wycieczkę na Kubę. Na razie zaczęliśmy od prowadzenia portalu o kulturze kubańskiej – www.cubaart.pl.
     
     - Skąd pomysł na założenie takiej strony internetowej?
     
EW:- Mówi się, że potrzeba jest matką wynalazków. Nasza strona internetowa cubaart.pl powstała z moich dwóch wielkich potrzeb. Przede wszystkim chciałam mieć nadal do czynienia z kulturą kubańską. Podczas naszego pobytu na Kubie staraliśmy się finansować drobne projekty przykościelne. Wraz z lokalnym artystami zorganizowałam charytatywne aukcje sztuki. Artyści oddawali swoje prace, które brały udział w licytacji podczas przyjęć dyplomatycznych. W ten sposób nawiązałam znajomości ze światem artystycznym. Aby być w ich oczach osobą bardziej profesjonalną, zapisałam się, będą jeszcze na Kubie, na kurs historii sztuki kubańskiej. Szczególnie zainteresowało mnie malarstwo. Gdy wróciłam, miałam potrzebę podzielenia się swoją wiedzą z Polakami. I tak od dwóch lat działa ta strona internetowa.

  Jedna z ulic Hawany (fot. archiwum prywatne) Jedna z ulic Hawany (fot. archiwum prywatne)


     
     - W jaki sposób zachęcilibyście elblążan, aby zainteresowali się sztuką kubańską?
     
EW: - Chciałabym zorganizować w Elblągu wystawę prac artystów kubańskich, szukam sponsora. Warto zobaczyć prace artystów kubańskich. Uważam, że sztuka kubańska jest naprawdę na wysokim poziomie. Jest radosna, przeważają intensywne kolory, jak te występujące w otaczającej przyrodzie, jak intensywne kolory kubańskich dusz.
     SW: - Zapewne elblążanie zetknęli się ze słynnym „Buena Vista Social Club”. Na żywo te rytmy robią o wiele większe wrażenie. Przede wszystkim zachęcam do odwiedzenia Kuby. Osoby, które nurkują, będą zachwycone. Jest wiele pięknych miejsc, gdzie pływa się 30 metrów od brzegu i natrafiamy na ścianę z rafy koralowej. Odnajdą się tam również osoby zainteresowanie trekkingiem i wspinaczką. Kuchnia jest również smaczna. Jesteśmy miłośnikami kubańskiego mojito, rumu i cygar.
     
     - Czego mogę Państwu życzyć na koniec tej rozmowy?
     
EW: - Żebyśmy szybko wrócili na Kubę; mogli odwiedzić naszych znajomych i odpocząć.
     SW: - Lub żeby nam się udało tutaj trochę rozpropagować kulturę kubańską. Po części czujemy się Kubańczykami i nie jest to kokieteria z naszej strony.

Anna Kaniewska
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
Reklama