Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Czwartek 23-11-2017, imieniny Klemensa, Adeli
 
Rek

UWAGA!

Rek
Telefon portElu Halo, tu portEl
512 918 555

Wiadomości

Na osiedlu

Gospodarka

Społeczeństwo

Kultura

Sport

Na uczelniach

Zbrodnia i kara

Prasówka

Jej portEl

Kina i teatr

Konkursy

Dawny Elbląg

Poradnik

Hit czy kit?

Po godzinach

Fotoreportel

Szpital Miejski ul.Komeńskiego Szpital Miejski ul.Komeńskiego

Strażacy z żelaza

 
Elbląg, Strażacy z żelaza Od lewej: Michał i Jerzy Pawlyta - razem w straży, razem w ekstremalnych zawodach (fot. Michał Skroboszewski)
Rek

Zrobili to, by się sprawdzić. - Czasami faceci tego potrzebują i lubią sobie udowodnić, na ile ich stać – mówią. A łatwo nie było. Bieg po szyję w wodzie, przedzieranie się przez wąskie kanały, pokonywanie przeszkód na wysokościach, taplanie się w błocie z ciężką bronią i ekwipunkiem. Dla braci Michała i Jerzego Pawlyta, elbląskich strażaków, nie ma rzeczy niemożliwych. A przed nimi jeszcze wiele wyzwań. Zobacz zdjęcia z zawodów.

Wyzwania to ich żywioł na co dzień, jednak okazuje się, że ryzykowna praca strażaka to dla nich za mało. W wolnych chwilach biegają po lesie z ciężkim sprzętem, by sprawdzić swoją wytrzymałość i tę fizyczną, i psychiczną. W nazwaniu ich ludźmi z żelaza nie ma cienia przesady. Ani w tym, że są dumą dla swojej jednostki. Bracia Michał i Jerzy Pawlyta, elbląscy strażacy z jednostki Ratowniczo-Gaśniczej nr 2 niedawno wybiegali sobie wysokie miejsca w katorżniczym Biegu Morskiego Komandosa.
     A nie jest to bieg dla każdego. Wzięło w nim udział 170 śmiałków, jednak tylko dziesięciu ukończyło go w wyznaczonym limicie czasu, który wynosił 4,5 godziny. Jerzy zajął trzecie, a jego brat Michał siódme miejsce. Nie obyło się bez bratniej solidarności. Gdy jeden z nich doświadczył chwili słabości na 7 km przed metą, drugi przerwał bieg, by pomóc bratu.
     - Nie jestem typem biegacza tak jak Jurek i na trasie przytrafił mi się kryzys – mówi sekc. Michał Pawlyta. - Było siedem kilometrów do mety, biegliśmy we dwójkę po trzecie miejsce, z dość dużą przewagą. I wręcz kłóciliśmy się, żeby Jurek mnie zostawił i biegł po miejsce na podium. Długo trwała ta namowa, w końcu dało mi się go przekonać i zostałem sam. Ostatecznie przybyłem na metę jako siódmy.
     Zmagania z samym sobą strażacy rozpoczęli na gdyńskiej plaży. Najpierw brodzili po szyję w wodzie, biegali z ciężkim sprzętem i plecakiem po lesie, przedzierali się przez wąskie kanały, czołgali się w błocie, wspinali się na wysokości.
     - Start był na plaży w Gdyni Orłowie, biegliśmy trochę po piasku, potem był 800-metrowy etap w wodzie z przeszkodami, brodziliśmy w wodzie po szyję, czasami nawet trzeba było popłynąć, pływające wokół nas motorówki dodatkowo ochlapywały nas wodą – mówi Michał Pawlyta. - Następnie wbiegliśmy do lasu, trasa prowadziła przez potoki, połowa biegu odbyła się po wodzie, czołgaliśmy się w błocie, przez kanały ściekowe, wąskie szczeliny. Przeszkody były trudne do pokonania nie tylko pod względem fizycznym ale też psychicznym. Trzeba było pokonać swoje słabości.  

  (fot. archiwum prywatne Michała i Jerzego Pawlyta) (fot. archiwum prywatne Michała i Jerzego Pawlyta)


     Bieg Morskiego Komandosa jest organizowany przez jednostkę wojskową Formoza, impreza adresowana jest głównie do służb mundurowych i ma miano jednego z najtrudniejszych biegów terenowych w Polsce.
     - Człowiek z klaustrofobią na pewno by sobie nie poradził w tym biegu – dodaje sekc. Jurek Pawlyta. - Trzeba było też wejść po bardzo wąskiej i chwiejnej drabince na wysokość sześciu metrów, także osoba z lękiem wysokości też by sobie tutaj nie poradziła.
     To nie jest jeszcze ostatnie słowo elbląskich strażaków. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc bracia już dziś zapowiadają, że za rok spróbują powtórzyć swój wyczyn. A kto wie, być może uda im się zdobyć najwyższą lokatę? - Na pewno będziemy się solidnie to tego przygotowywać. Powalczymy o pierwsze miejsce – obiecuje Michał Pawlyta.

dk
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
Reklama