Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Piątek 24-11-2017, imieniny Jana, Flory
 
Rek

UWAGA!

Rek
Telefon portElu Halo, tu portEl
512 918 555

Wiadomości

Na osiedlu

Gospodarka

Społeczeństwo

Kultura

Sport

Na uczelniach

Zbrodnia i kara

Prasówka

Jej portEl

Kina i teatr

Konkursy

Dawny Elbląg

Poradnik

Hit czy kit?

Po godzinach

Fotoreportel

11.11.2017 11.11.2017

Tuż przed Iranem

 
Rek

Leżymy nie dłużej niż pół godziny, kiedy słychać odgłos samochodu. Chyba wrócił Nesim, który wpada do domu Selima i naszego pokoju, budzi nas, każe wstawać i zabierać rzeczy. Pakujemy się do samochodu i wysiadamy pod jego domem. To „nocne porwanie” zawdzięczamy chyba temu, że Nesim jako ten, który przywitał nas poprzedniego dnia, ale też jako najważniejsza (czytaj najbogatsza) persona w osadzie, czuje się za nas odpowiedzialny – o spotkaniach z Kurdami, pogodzie, która nieźle daje w kość i roztaczających się widokach opowiada duet projektu Motogóry – Kaukaz 2013. Za nimi 5 tys. km, drugie tyle przed. Zobacz zdjęcia.

Droga do góry
     Rano budzi nas wspaniały widok na całą dolinę i krętą drogę, którą jechaliśmy poprzedniego wieczora. Kiedy się pakujemy przychodzi gospodyni domu i pyta czy chcemy czaju. Oczywiście! Po kilkunastu minutach wraca z dzbankiem pełnym herbaty oraz chlebem i masłem. Takie poranki powinny być codziennie. Ruszamy dalej w górę. Po kilkuset metrach trafiamy na kontenerowy posterunek służb mundurowych. Niestety, okazuje się, że droga dalej jest nieprzejezdna. Wracamy na dół mając okazję w blasku dnia zobaczyć drogę i okolicę, którą pokonywaliśmy poprzedniego wieczora z sercem na ramieniu. Droga już nie jest taka ekstremalna za to widoki rewelacyjne. Wracamy do drogi wiodącej wzdłuż Morza Czarnego. Po kilkudziesięciu kilometrach znowu odbijamy na południe i znowu jedziemy w góry. Mamy szczęście do przypadkowego trafiania na wspaniałe widokowo górskie drogi. Ta sięga ok 2500 metrów w najwyższej przełęczy. Za miastem Erzurum dopada nas istna nawałnica. Burza i grad, przez chwilę kompletnie nic nie widać, za to wszystko boleśnie czujemy na własnej skórze. Na szczęście do wieczora zdążamy wyschnąć. Nocujemy na polu ułożeni pod wysokim kątem.
     
     Kurdowie, czaj i ser
     Rano ruszamy w kierunku Suphan Dagi. W pewnym momencie zjeżdżamy na polną drogę i jedziemy wzdłuż góry. Mijamy kolejne wioski pasterskie. Zatrzymujemy się w tej, w której kończy się droga (ok. 2400 m n.p.m.). Spotkanego mężczyznę pytamy o wejście na Suphan Dagi. Za chwilę przybiega elegancko ubrany jegomość, wita się z nami, a my znowu pytamy o Suphana, pokazując, że chcemy tam iść. Po chwili prowadzi nas do swojego garażu gdzie każe postawić motocykle obok swojego auta. Przebieramy się i pakujemy na akcję górską. Kiedy jesteśmy gotowi mężczyzna zaprasza nas do swojego domu. Siadamy na rozłożonych na dywanie poduszkach i za chwilę pojawia się taca ze szklankami, cukier, dzbanek czaju i wrzątku. Herbaty nalewa nam córka Nesima (bo tak ma na imię nasz gospodarz) około 5-6 letnia dziewczynka. Jest obok jeszcze młodszej, uroczej dziewczynki jedyną przedstawicielką płci żeńskiej w pomieszczeniu. Pozostałe kobiety siedzą w głównej izbie i nie zaglądają do nas. Siedzi z nami również syn Nesima – Feizi oraz Rassul, wysoki mężczyzna może około 30 roku życia. Prowadzimy jakąś rozmowę na migi. O tym, że idziemy w góry, o tym, że oni są Kurdami i widać, że są z tego dumni. Niespecjalnie chyba lubią zachodnią Turcję i Amerykę, które nie chcą uznać państwa kurdyjskiego. W końcu musimy ruszać. Na drogę dostajemy sporą porcję chleba, sera i czaju oczywiście.
     
     Pozwolenie mamy od Nesima, wystarczy
     Na Suphan Dagi nie ma szlaku. Podobno, żeby na niego wchodzić trzeba uzyskać pozwolenie administracyjne w jednym z miast. My pozwolenie uzyskaliśmy od Nesima, wystarczy. Droga do góry idzie nam dosyć mozolnie, jednak od ponad 10 dni siedzimy głównie w siodłach motocykli. Do tego cały czas musimy kombinować którędy iść, aby było dobrze. Po sześciu godzinach na niewielkim wypłaszczeniu rozbijamy namiot (ok. 3500 m n.p.m.). Cały czas towarzyszyło nam słońce, ale na tej wysokości, gdzie otworzył się kawałek widoku na południową stronę góry wieje już silny i zimny wiatr. Od strony wioski cały czas towarzyszy nam wspaniały rozległy widok. Pakujemy się do namiotu. W nocy wiatr się wzmaga do tego stopnia, że namiot niemal kładzie się na nas, w zasadzie nie da się spać. Nad ranem zaczyna padać, kiedy w końcu wychylamy głowy z namiotu jest biało. Do godz. 10 wiatr nie ustępuje i co chwila pada świeży, zmrożony śnieg. Korzystając z chwilowego wypogodzenia ruszamy w górę. Namiot zostaje, idziemy na lekko. Pogoda w dalszym ciągu nie nastraja pozytywnie, chmury przetaczają się przez grań, w oddali co raz słychać grzmoty. Na 3750 metrach dopada nas burza śnieżna z piorunami. Chowamy się w skalnym zagłębieniu i analizujemy co dalej. Atak na szczyt nie ma sensu, nawet jeśli na chwilę śnieżyca odpuści. Czekamy aż odpuszczą grzmoty i zaczynamy schodzić. Szybko dochodzimy do namiotu i chowamy się w śpiwory nieźle już wyziębieni. Czekamy jeszcze dwie godziny i korzystając z kolejnego chwilowego wypogodzenia pakujemy dobytek i zaczynamy schodzić. Za chwilę napływają gęste chmury, widoczność spada do kilku metrów i zaczyna padać śnieg. Na szczęście prowadzi nas gps. Najgorszy odcinek za nami. Kluczymy między skałami, a w chwili przerzedzenia chmur obieramy azymut na wioskę, którą na ułamek sekundy nam się ukazała.

 


     
     Jesteście moimi gośćmi

     Po pięciu godzinach dochodzimy do osady. Witają nas Rassul i Mehmet, okazuje się, że Nesima nie ma w domu, pojechał do miasta. Chcemy rozbić sobie namiot na uboczu i iść spać. Dostajemy jednak zaproszenie do domu Selima. Ten gości nas herbatą i kolacją. Siedzimy w sporej grupie osób. Oprócz Selima jest jego syn Efe, który nalewa nam czaju (szklanka nawet na chwilę nie może stać pusta), Feizi (syn Nesima), oraz Rassul i Mehmet. W końcu dochodzimy do tego, że pokazujemy sobie różne przedmioty, Rassul  mówi nam ich nazwy po kurdyjsku, a my jemu po polsku. Po wielu szklankach herbaty idziemy spać. Selim przygotowuje nam posłania w osobnym pokoju. Leżymy nie dłużej niż pół godziny, kiedy słychać odgłos samochodu. Chyba wrócił Nesim, który wpada do domu Selima i naszego pokoju, budzi nas, każe wstawać i zabierać rzeczy. Pakujemy się do samochodu i wysiadamy pod jego domem. To „nocne porwanie” zawdzięczamy chyba temu, że Nesim jako ten, który przywitał nas poprzedniego dnia, ale też jako najważniejsza (czytaj najbogatsza) persona w osadzie, czuje się za nas odpowiedzialny Oczywiście musimy wypić kolejną porcję czaju nim będziemy mogli pójść spać.
     Rano pogoda znowu w kratkę. Przez okno dosłownie na chwilę widać szczyt Suphana. Potem aż do naszego wyjazdu zasłaniają go gęste chmury. Jemy śniadanie z Nesimem i pakujemy nasze bagaże na motocykle. Robimy ostatnie zdjęcia i żegnamy się ze wszystkimi, którzy nam towarzyszą.
     Ruszamy, a z każdej strony otaczają nas deszczowe chmury. Kierujemy się na granicę irańską aby tam zostawić motocykle i zamienić się w backpackerów.
     Za nami przejechane 5 tys. km.
     
     

Patronat medialny nad wyprawą objęła Elbląska Gazeta Internetowa portEl.pl
     

Tomasz Sulich, Ernest Jóźwiak
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
..., a moim zdaniem
Pokazuj od
najnowszych
Reklama