Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Czwartek 23-11-2017, imieniny Klemensa, Adeli
 
Rek

UWAGA!

Zamknij Zamknij
Rek
Rek
Telefon portElu Halo, tu portEl
512 918 555

Wiadomości

Na osiedlu

Gospodarka

Społeczeństwo

Kultura

Sport

Na uczelniach

Zbrodnia i kara

Prasówka

Jej portEl

Kina i teatr

Konkursy

Dawny Elbląg

Poradnik

Hit czy kit?

Po godzinach

Fotoreportel

11.11.2017 11.11.2017

Z miłości do gwiazd i muzyki elektronicznej (Elblążanie z pasją, odc. 8)

 
Elbląg, Z miłości do gwiazd i muzyki elektronicznej  (Elblążanie z pasją, odc. 8) Przemysław Rudź (fot. archiwum prywatne)
Rek

Obecnie mieszka w Gdańsku, ale to Elbląg jest jego rodzinnym miastem, z którym ma wiele wspaniałych wspomnień. Na co dzień odkrywa tajemnice nieba, tworzy elektroniczną muzykę i sprzedaje… obserwatoria astronomiczne. O swojej miłości do gwiazd i najnowszej płycie, poświęconej Elblągowi, rozmawiamy z Przemysławem Rudziem.

Dominika Kiejdo: Skąd wzięło się Pana zainteresowanie astronomią?
     
     Przemysław Rudź: - To stare dzieje, sięgające głęboko do czasów mojego dzieciństwa. To był przypadek, bo wraz z rodzicami, gdy byłem sześcioletnim młokosem, pojechaliśmy na wesele do rodziny, gdzieś na wieś w okolicach Gostynina. Dorośli zajęci byli tam weselnymi "obowiązkami", a dzieciarnia miała szerokie pole do popisu. Był sierpień, piękna pogoda, naprawdę ciemne noce. Wraz z nieco starszym kuzynem wyszliśmy w szczere pole, dalej poza zabudowania gospodarskie. Pamiętam, jakie wrażenie wywarła na mnie Droga Mleczna i mrowie iskrzących się gwiazd, których z dużego miasta nijak nie mogłem dostrzec. Dodatkowo zaczęły sypać meteory roju Perseidów (wtedy jeszcze nie wiedziałem, że tak się nazywają), co dodatkowo spotęgowało we mnie ciekawość tychże zjawisk. Po powrocie do domu wiedziałem, że będzie to moja pasja na lata. Od tamtej pory czytałem wszystko, co choćby w niewielkim stopniu zahaczało o tematykę nauki o Wszechświecie. Pozostało mi to do dziś.
     
     - Drugą Pana pasją jest muzyka. Tworzy Pan muzykę elektroniczną. Gdzie można jej posłuchać?
     
     - Z koncertami jest efemerycznie, gdyż muzyka niszowa ma takież niszowe grono słuchaczy. Społeczne zapotrzebowanie na kontakt z tym rodzajem muzyki jest siłą rzeczy ograniczone. Ale nie oznacza to, że nie koncertuję w ogóle. W tym roku zagrałem cztery-pięć koncertów, w tym jeden zagraniczny. W maju zostałem zaproszony przez Rona Bootsa - guru światowej elektroniki, do holenderskiej miejscowości Oirschot niedaleko Eindhoven jako jeden z artystów występujących w ramach E-Day 2014. Inny fajny koncert zagrałem w lipcu w Cekcynie w Borach Tucholskich na cyklicznym festiwalu dla fanów klasycznej muzyki elektronicznej. Było to o tyle ciekawe wydarzenie, że na scenie pomagali mi Adam "Smok" Bórkowski oraz Krzysztof Duda, o którym jeszcze wspomnę.
     
     - Co było najpierw: miłość do muzyki czy do gwiazd?
     
     - Astronomia była pierwsza, choć szybko zorientowałem się, że muzyka elektroniczna i kosmos to dwie strony tego samego medalu. Dorastałem w czasach, kiedy kłamiąca i zaklinająca szarą rzeczywistość telewizja miała paradoksalnie znacznie bogatszą ofertę edukacyjną dla młodych ludzi niż obecna komercyjna papka, będąca starannie zaaranżowanym odmóżdżającym konglomeratem reklam i seriali. Mały Przemek był więc fanem takich programów popularnonaukowych jak Sonda, Kwant, Laboratorium, Halo Komputer i kilku innych. W tychże programach wiedza przekazywana była na tle cudownych dźwięków, jak się potem dowiedziałem takich kompozytorów jak Jean Michel Jarre, Klaus Schulze, Tangerine Dream, czy wspomniany wcześniej Krzysztof Duda. Do muzyki czynnie zwróciłem się w czasach licealnych, kiedy bycie członkiem zespołu nobilitowało i, co niebagatelne, zwiększało atrakcyjność u płci przeciwnej (śmiech).
     
     - Studiował Pan w Gdańsku geografię, jednak to nie ona dała Panu pracę. Najpierw pracował Pan w firmie, zajmującej się edukacją multimedialną, a potem zadzwonił do Pana kolega i …?
     
     - Geografia zawsze była moją pasją, co w szkole podstawowej (nr 19) uczyniło ze mnie etatowego wygrywacza konkursów z tego przedmiotu. Początkowo, jako kierunek studiów, miałem wybrać astronomię w Toruniu, ale koleje losu ostatecznie skierowały mnie do Trójmiasta, z którym związany jestem do dziś. Po studiach szybko zaangażowałem się w edukację multimedialną jako redaktor merytoryczny w Young Digital Poland (teraz Young Digital Planet). Tam spędziłem dziewięć lat. Na fali rozpoczynającego się kryzysu podziękowano mi za współpracę, co zbytnio mnie nie zmartwiło, choć oczywiście wizja braku środków do życia zaczęła się od czasu do czasu pojawiać w mojej głowie. Jakiś czas po zwolnieniu odezwał się do mnie mój serdeczny przyjaciel, który również zaczął nowy etap w swoim życiu i założył firmę produkującą... obserwatoria astronomiczne. Znaliśmy się już kilka lat w związku ze zlotami astronomicznymi, które miłośnicy tej nauki organizowali regularnie w różnych częściach kraju. Jacek zadzwonił do mnie z propozycją współpracy. Znam komunikatywnie język angielski, dzięki czemu mogłem zacząć zdobywać rynek i klientów na nasze produkty. Dziś sprzedajemy na cały świat w pełni zautomatyzowane obserwatoria dla szkół, instytucji, czy uniwesytetów. Kontaktują się z nami profesorowie wyższych uczelni, dokładamy naszą skromną cegiełkę do rozwoju nauki o Wszechświecie. I jak to w produkcji i handlu bywa, nie zawsze jest koniunktura, ale jakoś udaje nam się prowadzić ScopeDome już piąty rok. Oby tak dalej.
     
     - Zamiłowanie do astronomii zaowocowało wydaniem przez Pana kilku przewodników. Jak doszło do tego, że stał się Pan autorem książek?
     
     - To również był przypadek. Któregoś dnia spotkałem kolegę ze studiów, który założył w Warszawie firmę kartograficzną. Podczas spoktania przy piwie zapytałem go, czy nie byłby w stanie wydać atlasu nieba, którego ostatnie rodzime wydanie miało miejsce w połowie lat osiemdziesiątych, a którego miłośnicy astronomii wręcz łakną. Ten przytaknął, ale jednocześnie dodał, że fajnie byłoby połączyć to z jakąś książką-przewodnikiem. Odpowiedziałem, że ja mu mogę takie coś napisać. Mało tego - mam już w szufladzie konspekt takiej książki, gdyż już wcześniej nosiłem się z zamiarem spisania swoich doświadczeń w poznawaniu tajemnic nieba. Kilka miesięcy później (był rok 2002) dostałem zielone światło, aby zaczynać pisanie. Od tamtej pory przewodników i albumów o kosmosie napisałem coś około sześciu. Niebawem światło dzienne ujrzy nowa książka, bardzo specyficzna i wyjątkowa. Będzie to mianowicie przewodnik astronomiczny dla... niewidomych, opracowany wespół z Robertem Szajem z Fundacji Nicolaus Copernicus. Tego typu wydawnictwo, oczywiście wydrukowane alfabetem Braile's, będzie jednym z pierwszych w Polsce, a może nawet i w Europie i na świecie.
     
     - Podobno ma Pan jeszcze wiele „astronomicznych” planów? Chce Pan zobaczyć zaćmienie słońca w USA, zorzę polarną w Islandii czy zwiedzić Europejską Organizację Badań Jądrowych CERN…
     
     - Projektów jest mnóstwo, czasem trudno je pogodzić z brutalną rzeczywistością, w której najpierw trzeba myśleć o zapewnieniu podstawowych potrzeb, a dopiero potem snuć dalekosiężne plany. Owszem, zaćmienie Słońca (byłoby to już moje trzecie całkowite zaćmienie po zjawiskach z 1999 roku w Rumunii i 2006 roku w Turcji) chciałbym połączyć z dłuższą wycieczką po całych Stanach Zjednoczonych, bo ten kraj po prostu trzeba zobaczyć. Zorza polarna w jej ojczyźnie też jest niezmiernie kusząca, zwłaszcza gdy słucham wspomnień przyjaciół i znajomych, którzy byli i widzieli. Moja dobra przyjaciółka jest fizykiem jądrowym i w tym roku jedzie na kilkutygodniowy staż do CERN w Genewie. Mam nadzieję, że uda się jej załatwić kilka przepustek, żebyśmy mogli zobaczyć urządzenie (LHC - Large Hadron Collider), na którym najwięksi uczeni badają, jak wyglądał Wszechświat w kilka miliardowych części sekundy po Wielkim Wybuchu, czy też, z czego zbudowane są kwarki. Oczywiście to tylko niektóre z planów. Gdyby udało się dożyć czasów turystyki kosmicznej, oczywiście natychmiast odkładałbym fundusze na lot orbitalny, żeby przyjrzeć się naszej cudownej planecie z szerszej perspektywy. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość.
     
     - Życzę więc, by te wszystkie zamierzenia i plany doszły do skutku. Podobno ma Pan w domu swoje własne studio nagrań?
     
     - Owszem, tylko że to nawet nie jest studio, ale bardziej studyjko. Udało mi się wygospodarować w mieszkaniu jeden kąt na klawiatury, komputer i całą niezbędną dodatkową elektronikę, która umożliwia mi nagrywanie, miksowanie i masterowanie materiału dźwiękowego z najwyższą jakością. Długo na to pracowałem, ale teraz mogę być zupełnie niezależny i pracować komfortowo nad kolejnymi płytami.
     
     - Wydał Pan jedenaście płyt. Każda wyraża coś innego. Proszę o tym opowiedzieć…
     
     - Generalnie staram się muzycznie ilustrować moje spojrzenie na świat, z jednej strony konserwatywno-liberalne w sferze światopoglądowej, z drugiej wyrażające zachwyt nad technologią, postępem nauki, odkrywaniem nowych horyzontów i naturalnym parciem człowieka ku nieznanemu. Mój debiut "Summa Technologiae" to ukłon w stronę ukochanego pisarza Stanisława Lema. Kolejne płyty rozwijają ten jego charakterystyczny sceptycyzm i mocno podkopaną wiarę w człowieka, do których wprowadzam jednak element osobiście rozumianej nadziei, że mimo wszystko rozum wygra z wszechobecnym populizmem, kłamstwem i obłudą. Cieszę się też z udokumentowanych płytami kooperacji z największymi postaciami polskiej sceny elektronicznej. Wymienię tu ich w kolejności - Władysław Gudonis Komendarek, Krzysztof Duda, Józef Skrzek, a w planach jest jeszcze współpraca z Mikołajem Hertlem. To niesamowite, że kiedyś słuchając z pasją płyt Exodusu, SBB, czy oglądając wspomnianą już Sondę, nigdy nie przypuszczałem, że kiedyś dane mi będzie spotkać się i zrobić coś nowego z tymi legendami. A tu nagle okazuje się, że jesteśmy na TY, dzwonimy do siebie, mailujemy, zapraszamy wzajemnie na koncerty. Zainteresowanych odsyłam na mój muzyczny profil Bandcamp, gdzie można posłuchać kompletu moich dotychczasowych wydawnictw.
     
     - Od pana Tomasza Stężały wiem, że planuje Pan wydanie materiału z okazji siedemdziesiątej rocznicy zdobycia Elbląga. Proszę zdradzić, co to za płyta. Czy Pana koncert w Galerii El, prezentujący utwory z najnowszej płyty, jest realny?
     - Płyta jest na etapie finalizowania ostatnich kompozycji, a czy ujrzy światło dzienne w przyszłym roku, w dużej mierze zależy od przychylności lokalnych władz, które wspierają finansowo przedsięwzięcia kulturalne. Płyta "Elbing 1945" jest muzyczną ilustracją do dwutomowego opracowania autorstwa Tomka Stężały, który jak się okazało, jest również wielkim fanem muzyki elektronicznej, w tym również tego, co wychodzi spod moich palców. To on skłonił mnie, abym wziął pod uwagę jego pomysł i się w niego zaangażował. Stosowny wniosek o stypendium jest już przygotowany i mam nadzieję, że w ten nietypowy sposób, pięknie wydanym krążkiem, będę mógł uczcić moje rodzinne miasto, z którym wciąż jestem przecież mocno związany. To przecież tylko 60 km, chętnie tu przyjeżdżam, jak tylko czas na to pozwala.
     Co do koncertu w Galerii El, to pomysł jest świetny, choć jego realizacja to znowu koszta. Muzyka elektroniczna wymaga specjalnego klimatu, oprawy świetlnej i scenografii. To w dużej mierze muzyka kontemplacyjna, wymagająca od słuchacza skupienia, oderwania się od wszystkiego, co zostawił poza murami sali koncertowej. Nie jest to widowisko rodem ze sceny rockowej, gdzie poza pochłanianymi decybelami widz obserwuje artystów w ruchu, bez przerwy zmieniających miejsce, co jest nieodłącznym elementem tego typu eventów. A propos Tomasza Stężały. Nie wiem, jaka jest świadomość elblążan o istnieniu i działalności tego człowieka, ale robi on coś absolutnie fenomenalnego. Elbląg, miasto o skomplikowanej historii, naznaczone przez los, które ledwo podniosło się z ruin, piękniejące z roku na rok, ma osobę, która z pasją opisuje jego dzieje, zbiera materiały, przeszukuje archiwa, daje świadectwo. Niejedno miasto chciałoby mieć tak oddanego kronikarza.

Rozmawiała Dominika Kiejdo
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
..., a moim zdaniem
Pokazuj od
najnowszych
  • Techno techno techno technooooo, jazda jazda jazda jazdaaa!!! Techno techno. .. XD moja przygoda z muzyka elektroniczna zaczęła sie gdy dorwałem zegarek elektroniczny z melodyjkami to byl wypas, potem male pianinko ma baterie zegarkowe z gumowymi przyciskami z ruskiego rynku, a potem kaseta magnetofonowa z Oxygane Mialem 4 latka, i tak do dzisiaj jestem biernym odbiorca muzyki, tworzyc muzyke to dopiero cos, odkrywac a nie odbierac. .. .
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    3 3
    CebulaczekzElblagaalezgustemXD(2014-10-05)
  • może na Resonances/Wydźwięki w przyszłym roku go?
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    4 1
    (2014-10-05)
  • Szkoda, że artykuł z takimi błędami. Wstyd. Warto najpierw przeczytać to co się napisze i wtedy puścić do obiegu. Chociażby z szacunku dla osób, które są bohaterami artykułów.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    3 1
    elementarz(2014-10-05)
  • Tekst został sprawdzony co najmniej trzy razy przez dwóch dziennikarzy. Po powyższej uwadze, przeczytany został ponownie. Znaleziony jeden (niewielki) błąd został niezwłocznie poprawiony. "Nie robi błędów tylko ten, który nic nie robi". Nie publikujemy tekstów z "takimi" błędami, a przeoczenia się zdarzają. Wytykać błędy jest łatwo, szczególnie, jak pisze się anonimowo.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    2 1
    (2014-10-05)
  • A co anonimowość ma do faktu popełnianych błędów? Jeśli się pisze sensownie i na temat to nie trzeba się "ujawniać", jednak proszę pamiętać, że nikt nie jest anonimowy, bo mamy cyfrowy, tajny podpis IP i inne dane, ale one są ukryte przed kryminalistami, ochrona danych i inne sprawy więc zamiast wykorzystywać słaby argument na popełnianie błędów, radzę lepiej pisać ze korektorem; ) Anonimowe merytotryczne komentarze mają sens bo przeciez piszemy w internecie a nie w realu więc smiesza mnie argumenty, że w realu nie powiedziałbyś, ałabyć tego czy owego, bzdura! Real to real, a sieć to sieć. Jezuu jakie to banalne.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    3 1
    (2014-10-05)
  • Jakbyś przyszła z tekstem do redakcji to w twarz by ci powiedzieli to czy owo, a teraz sama dodajesz teksty więc nie ma kto z naczelnego cię sprawdzić, ot cała przygoda i śmieszność argumentu, żę anonimowo. .. głupie są ataki niepodparte faktami, a gdy ktoś pisze sensownie to co zmienia brak podpisu? Nic! Podpisze się tobie bo inaczej nie zrozumiesz aha a kto ręczy, że podpisy są prawdziwe? Właśnie hehe życie w sieci, taki urok.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    3 1
    JaadziaKlemmińska(2014-10-05)
  • Wspaniała muzyka, która powinna być wspierana przez Ratusz. Ale jak na razie jeden z najlepszych kompozytorów pochodzących z miasta jest przez władzę naczelną ignorowany
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    2 0
    Słuchający(2014-10-08)
Reklama