Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Środa 17-01-2018, imieniny Antoniego, Jana
 
Rek

UWAGA!

Zamknij Zamknij
Rek

Znowu w siodle!

 
Elbląg, Znowu w siodle! fot. nadesłane
Rek

Po ciężkich bojach na irańskiej granicy w końcu ruszamy dalej na naszych motocyklach. Po zaledwie kilkunastu kilometrach zatrzymujemy się na naszej ulubionej stacji benzynowej. Znowu zostajemy zaproszeni na herbatę, a później również i na pyszny obiad w firmowej stołówce - relacjonuje Tomasz Sulich w kolejnym odcinku opowiadającym o projekcie Motogóry- Kaukaz 2013. Zobacz zdjęcia.

Przy obiedzie Musa proponuje, że możemy spać u niego w domu, na wsi 15 kilometrów od stacji. Oczywiście przyjmujemy zaproszenie. Musa jedzie ze mną na motocyklu. Nieduża wieś w cieniu Araratu, nieduży dom i rodzina Musy. Oczywiście wszyscy przyjmują nas bardzo sympatycznie. Znowu wypijamy morze herbaty i w końcu idziemy spać. Wstajemy z samego rana. Z drogi przebiegającej pod domem Musy widać Ararat, tradycyjnie w chmurach. Pakujemy się i razem z naszym gospodarem wracamy na stację. Jeszcze załapujemy się na śniadanie i tym razem już na dobre żegnamy się z załogą stacji.
     Musa proponuje, że jakbyśmy kiedyś chcieli zmierzyć się z Araratem to mamy się do niego odezwać, a on podejmie się roli naszego przewodnika (obowiązkowego przy wchodzeniu na ten szczyt). Jest więc szansa, że jeszcze się spotkamy, bo Ararat przyciąga.
     Po tylu dniach bez motocykla sunąc fantastycznymi tureckimi drogami, pośród pięknych krajobrazów odczuwam ogromną radość. To jest to uczucie wolności, kiedy to ja decyduje gdzie mam jechać i jestem w zasadzie niezależny. Nie muszę polegać na innych, nie muszę czekać na okazję, szukać autobusu, sam wyznaczam sobie kierunek i tempo i tak naprawdę ogranicza mnie tylko konieczność zjeżdżania na stacje benzynowe. W Iranie niestety mogliśmy sobie tylko popatrzeć, jak inni tankują benzynę do swoich pojazdów zdecydowanie tańszą od wody, w Turcji możemy tankować sami tylko, że benzyna kosztuje 8 złotych.
     Tak się delektujemy jazdą i widokami, że nawet nie zauważamy, kiedy jedziemy w zasadzie osobno i przez kilka godzin się nie widzimy. Jak się później okazuje jechaliśmy innymi drogami, dlatego kiedy mówię do Ernesta, że to jezioro, które mijaliśmy było fantastyczne ten pyta: jakie jezioro?
     Otóż jezioro Cildir w pobliżu miasta o tej samej nazwie. Jazda drogą wiodącą wzdłuż jego brzegów, przy wietrznej i pochmurnej pogodzie sprawiała, że przez chwilę czułem się jak w Szkocji. Asfalt wił się pięknie jakby przyklejony do jego brzegów, które w wielu miejscach wyglądały niczym skaliste wybrzeże krainy mężczyzn w kiltach. Spotkaliśmy się ponownie na kilkanaście km przed granicą.
     Niestety okazało się, że przejście na które się kierujemy jest nieczynne. Musimy więc nadrobić 100 km, aby dotrzeć do przejścia w pobliżu gruzińskiego miasta Vale. Po drodze krajobrazy przeistaczają się w zdecydowanie bardziej zalesione, oczywiście cały czas górzyste.
     Na granicy nie napotykamy żadnych problemów i przekraczamy ją błyskawicznie. Pierwsza gruzińska stacja benzynowa wywołuje uśmiech na twarzy, cena benzyny jest dwa razy niższa niż w Turcji. Powoli zaczyna zmierzchać, a pogoda idzie ku gorszemu. Znowu przez jakiś czas jedziemy osobno, bo Ernesta nawigacja poprowadziła ku bardziej wymagającej drodze. Cel – Tbilisi. Jest ciemno, wzdłuż drogi cały czas drzewa i skały. Z tego powodu prędkość jest raczej symboliczna. Spotykamy się ponownie dopiero w Borjomi przy okazji tankowania. Droga jeszcze przez jakiś czas pozostawia wiele do życzenia. Dopiero od Khashuri jedziemy dwupasmową dobrze oznaczoną drogą i

 

zdecydowanie zwiększamy tempo. Około północy meldujemy się hostelu Opera, gdzie wita nas jego właściciel Jakub. Chwila na rozpakowanie i Jakub zaprasza nas na szklankę wina. Wznosi przy tym fantastyczny gruziński toast za nasze zdrowie. Po ponad 20 dniach picia czaju pierwsza szklanka wina smakuje dziwnie, każda następna już tylko lepiej. Kolejny dzień poświęcamy na poznanie miasta. Do centrum przemieszczamy się metrem. Stoliczna starówka robi na nas bardzo dobre wrażenie, spod pomnika
     Matki Gruzji rozciąga się wspaniały widok na całe miasto i okalające je góry. W jednej z knajp próbujemy gruzińskiego specjału – chaczapuri oraz lokalnego ciemnego piwa. Wracamy do hostelu aby zdecydować, co robimy dalej. Prognozy pogody dla Gruzji są nie najlepsze, w przeciwieństwie do tych dla sąsiedniej Armenii. Ruszamy więc na południe.
     
     

Patronat medialny nad wyprawą objęła Elbląska Gazeta Internetowa portEl.pl
     

Tomasz Sulich
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
..., a moim zdaniem
Pokazuj od
najnowszych
Reklama