Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Środa 17-01-2018, imieniny Antoniego, Jana
 
Rek

UWAGA!

Zamknij Zamknij
Rek

Zorro zdemaskowany (Młodzi zdolni, odc. 41)

 
Elbląg, Zorro zdemaskowany  (Młodzi zdolni, odc. 41) Zorro, czyli Dominik, Artur, Mario i Muzyk (fot. Anna Dembińska)
Rek

Czterech kolegów, miłość do muzyki i dużo zapału. Co powstanie z takiej mieszanki? Elblążanie: Dominik, Artur, Mario i Muzyk opowiadają o swoim nowym zespole – Zorro. - Teraz bardzo ciężko o oryginalną nazwę dla zespołu. Cokolwiek by człowiek nie wymyślił, po wpisaniu w facebookową wyszukiwarkę okazuje się, że takie zespoły są już trzy – w USA, Francji i Jemenie… Zorro jest jedyny na świecie, a znaczenie po głębszych przemyśleniach też się znalazło - mówią młodzi muzycy. 

- Jak zaczęła się wasza przygoda z muzyką?
     
Dominik (wokalista): - Od kasety Red Hot Chili Peppers, którą dostałem od wujka. Z początku tylko jej słuchałem, ale po pewnym czasie zwyczajnie zachciało mi się śpiewać, więc korzystając z tekstów zamieszczonych w załączonej do kasety książeczce. Próbowałem coś tam nucić, a właściwie bardziej piać, bo w końcu trochę czasu było trzeba na nauczenie się tego i owego w śpiewaniu. Kilka lat później razem z bratem złapaliśmy zajawkę również na gitarę i tak to wszystko trwa do dziś.
     Artur (gitarzysta): - W sumie ciężko to nazwać przygodą, bo wszystko zaczęło się w domu. Stara gitara akustyczna, młody chłopak zajarany jakimiś banalnymi zespołami, no i chęć podbicia światowej sceny muzycznej. Ojciec pokazał mi jakieś podstawowe chwyty i jazda. Tak to poleciało.
     Mario (basista): - Ojej, a to długa historia... to było jakoś w czasach podstawówki. Siódma klasa, a właściwie wakacje poprzedzające siódmą klasę, kiedy to dostałem zaproszenie na próbę zespołu mojego starszego kolegi. On grał na basie i pamiętam, że strasznie mi to zaimponowało, a ich entuzjazm podczas gry zaraził mnie i trzyma aż do dzisiaj. Wspomnę tylko, że to wtedy pierwszy raz trzymałem elektryczną gitarę w dłoniach. Miała tylko cztery struny, ale nie bez powodu.
     Muzyk (perkusista): - Najprościej rzecz ujmując: za sześć strun chwyciłem po usłyszeniu utworu „Disposable heroes” zespołu Metallica, ale muzyka była obecna w moim życiu od zawsze. Mój ojciec był fanem Queen, The Beatles, Status Quo i do tego jeszcze grał na gitarze, więc oprócz kaset miałem pod ręką również instrument. Nie ma przypadku.
     
     - Jak się poznaliście?
     
Artur: - Muzyk i Mario poznali się w czasach liceum i od tamtej pory są przyjaciółmi. Następnie, kilka lat później mój zespół – No Excuses - wynajmował salę prób w tym samym miejscu co As We Speak – zespół Muzyka. Potem była sytuacja typu „Trudne sprawy”, a właściwie „Dlaczego on?” i po obietnicy wbicia śrubokręta w plecy padła propozycja rozwiązania konfliktu w staropolskim stylu… Trzy dni później chłopaki byli już przyjaciółmi i właściwie od tamtej pory rozpoczęła się ich współpraca muzyczna (Koszerny Wymiar, As We Speak, Beer and Steel oraz okazyjnie Patologii Oblicza). Dominik występował z Mariem w chałturniczym Alternatywy 5, więc to była tylko kwestia czasu, aż wypróbujemy go w Zorro. Przyszedł, zaśpiewał i pozostał. Znamy go najkrócej, ale już osiągnął status „może być”.
     
     - Założenie zespołu było spontanicznym pomysłem, czy zastanawialiście się nad tym dłuższy czas?
     
Dominik: Prawda jest taka: zawsze wiedzieliśmy, że skończymy razem w zespole. Muzykowi i Mariuszowi rozpadło się Eskimo Brothers, a Artur odszedł z Asterii i chyba doszliśmy do wniosku, że to jest właśnie ten moment. Jedynym spontanicznym aspektem było porzucenie przez Muzyka gitary na rzecz perkusji.
     
     - Kto z was wymyślił nazwę? Kojarzy się głównie z bohaterem w masce. Czy ma też jakieś inne znaczenie?
     
Artur:- Teraz bardzo ciężko o oryginalną nazwę dla zespołu. Cokolwiek by człowiek nie wymyślił, po wpisaniu w facebookową wyszukiwarkę okazuje się, że takie zespoły są już trzy – w USA, Francji i Jemenie… Zorro jest jedyny na świecie, a znaczenie po głębszych przemyśleniach też się znalazło. Przedszkole okresu transformacji było okrutnym miejscem. Strojów na bal przebierańców raczej się nie kupowało, bo po pierwsze ich nie było, a po drugie, kogo było na nie stać? Rodzice, a konkretniej rodzicielki, podejmowały się robienia strojów samemu i rzecz jasna, kto był wtedy na topie wśród przedszkolaków? Oczywiście Zorro! Maska, kapelusz, peleryna, biała koszulka… Wszystko było w tamtym czasie „do zrobienia” w domu, więc na takim balu każdy chciał być meksykańskim Robin Hoodem. Muzyk był nim trzy razy… Mario raz… Dominik w sumie nie musiał, bo wystarczy mu wąsa markerem dorobić i już wygląda jak Zorro bez maski… Nasz lider, niestety takim Zorro nie był nigdy. Chyba wszystko jasne nie?
     
     - Powiedzcie kilka słów o waszej muzyce...
     
- Ogólnie chcielibyśmy, żeby ludzie postrzegali nas jako zespół grający rock progujący. Celowo nie używam zwrotu rock progresywny, bo kojarzy nam się to z zespołami z lat 70., potrafiącymi ciągnąć swoje utwory w nieskończoność. Mimo że słuchamy takiej muzyki, nie jest ona naszym głównym celem. Przede wszystkim chcemy pisać piosenki, oczywiście uciekające jak najdalej od klasycznych schematów i rytmów, ale jednak piosenki. Wychodzimy z założenia, że w czterominutowym utworze można zawrzeć równie wiele treści, co w dwudziestominutowym. Piosenki są w całości nasze, a póki co, gramy jeden cover.
     
     - Do tej pory mieliście okazję wystąpić w Elblągu i Wejherowie. Jakie są wasze odczucia po pierwszych, wspólnych koncertach? Jak przyjęła was publika?
     
- Na razie badamy teren, czy w ogóle jest miejsce na tego typu podejście do grania i ewentualnie, gdzie można by z nim wyskoczyć. Poza tym uczymy się cały czas ogrania scenicznego, eksperymentujemy z kolejnością utworów, pracujemy nad konferansjerką. Odczucia są bardzo pozytywne, komentarze ludzi też, ale zdajemy sobie sprawę, że jeszcze długa droga przed nami, jeżeli chodzi o ostateczny szlif koncertowy.
     
     - Kiedy można spodziewać się kolejnego koncertu?
     
- Na pewno zagramy w elbląskiej Mjazzdze w połowie czerwca. Może też uda się nam pokazać na większej scenie pod koniec maja, ale póki co, wszystko w fazie planów.
     
     - A inne plany?
     
- Właśnie jesteśmy w trakcie rejestracji czteroutworowej EP-ki. Praktycznie do nagrania został już sam wokal. Rzecz powinna się ukazać w sieci na przełomie maja i czerwca, może trochę później. Poza tym chcemy nabrać szlifu koncertowego, napisać jeszcze ze cztery utwory i nauczyć się grać jakiegoś kawałka Prince’a, bo Ziggy Stardust już nam się znudził.

Rozmawiała Sandra Milcarz
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
Reklama