Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Sobota 18-11-2017, imieniny Karoliny, Romana
 
Rek

UWAGA!

Rek
Telefon portElu Halo, tu portEl
512 918 555

Wiadomości

Na osiedlu

Gospodarka

Społeczeństwo

Kultura

Sport

Na uczelniach

Zbrodnia i kara

Prasówka

Jej portEl

Kina i teatr

Konkursy

Dawny Elbląg

Poradnik

Hit czy kit?

Po godzinach

Jakub Gniado: z Elbląga do siatkarskiego świata

 
Elbląg, Jakub Gniado: z Elbląga do siatkarskiego świata Kuba Gniado z Timem Groverem, trenerem personalnym Michaela Jordana (fot. archiwum Kuby Gniado)
Rek

Pochodzi z Elbląga, teraz pracuje w Zawierciu, a w życiu zwiedził już kawał świata. Od czego rozpoczęła się fascynacja przygotowaniem fizycznym? Jak to się stało, że współpracował z trenerem personalnym Michaela Jordana? Czym się różni współpraca z damską a męską drużyną? Czego nie widzą kibice w sporcie? Odpowiedzi poznacie w rozmowie z jedną z barwniejszych postaci w I lidze siatkówki mężczyzn w Polsce – Jakubem Gniado.

- „Zawsze mierz wysoko tak, jak tylko potrafisz.” To Twoje motto życiowe?
     
- Być może nie życiowe, ale takie które jest związane z moją pracą i z tym, co robię. Życiowo z jednej strony tak, jednak bardziej bym to podciągnął pod motto zawodowe. Czyli mierzyć tak wysoko, jak tylko potrafimy, aby nasze marzenia były tak wielkie, żeby z jednej strony się ich bać, ale z drugiej strony za wszelką cenę do nich dążyć.
     
     - Obecnie jesteś trenerem przygotowania fizycznego w siatkówce mężczyzn, w klubie Aluron Virtu Warta Zawiercie. Czy w Twoim zawodzie podejście mentalne jest istotne?
     
- Staram się oddzielić troszeczkę to, co robimy na siłowni do tego, co robimy na hali i w trakcie spotkań. Zawsze staram się obserwować zawodników, rozmawiać z nimi. Wtedy staram się przesunąć granicę, kiedy można odpuścić, poluzować. To jest również istotne, ponieważ nie możemy ciągle wywierać presji na zawodniku. Wydaje mi się, że jest to głównym kluczem do osiągnięcia sukcesu i w pracy zespołu, jak i w porozumieniu na linii trener przygotowania fizycznego – zespół. W moim fachu kontakt jest inny niż na linii pierwszy trener – zespół. U mnie współpraca musi być bardziej luźna, powinniśmy rozmawiać o różnych rzeczach, które mogą mieć wpływ na zawodnika w danym tygodniu. Tymi różnymi rzeczami jest samopoczucie, rozterki, problemy, które każdy z nas ma. Podejście mentalne, psychologiczne jest niezwykle istotne w naszej pracy. U faceta jest to nieznacznie łatwiejsze, niż np. we współpracy z kobietami, gdzie praca jest znacznie trudniejsza.
     
     - Do wątku współpracy z kobietami jeszcze wrócimy. Prowadzisz zdrowy styl życia, jesteś teraz na diecie ketogenicznej. Starasz się zawodników nakierować na zdrowe odżywianie?
     
- Czasami zdarzają się rozmowy z zawodnikami o tym, jak  wygląda odżywianie sportowców w dzisiejszym świecie. Jednak z tego, co obserwuje świadomość sportowca z roku na rok w Polsce wzrasta. Kiedyś czegoś takiego nie było. Teraz mamy dostęp do Internetu, do mediów społecznościowych, gdzie te wszystkie przepisy, wskazówki na temat regeneracji, jak się prowadzić, co jeść są dostępne. Każdy z zawodników mam wrażenie, że jest na bieżąco z tym światem. Wydaje mi się, że w naszym zespole nasi zawodnicy są na tyle profesjonalni, że wiedzą, że trening na sali oraz na siłowni to jest jedna rzecz. Drugą rzeczą jest to, co oni robią po treningu, czyli jedzenie, odpoczynek i regeneracja.
     
     - Zanim znalazłeś się w drużynie Aluron Virtu, trochę jeździłeś po świecie. Miałeś wiele razy okazję uczyć się od innych specjalistów od przygotowania fizycznego. Jednymi z nich byli obecny trener przygotowania fizycznego GKS Katowice Andrzej Zahorski oraz Tim Grover, trener personalny Micheala Jordana, Kobe Bryanta. Od którego ze swoich nauczycieli najwięcej wyciągnąłeś?
     
- Teraz tak na szybko nie potrafię jednoznacznie wskazać takiej konkretnej osoby. Każda z tych osób ma inne podejście do swojego zawodu. Miałem to szczęście w życiu, że mogłem współpracować z bardzo dobrymi, bądź najlepszymi fachowcami w swojej branży. Trener Zahorski bardzo wiele mi pokazał podczas mojego pobytu na stażu w Assecco Resovii Rzeszów. Dużo rzeczy od niego się nauczyłem, nie tylko w sferze czysto sportowej, ale również w sferze psychologicznej. Tima, jak już poznałem to był już to bardzo doświadczony trener. To jest osoba, która od wielu lat prowadzi topowych sportowców lig zawodowych w Stanach Zjednoczonych. Mam na myśli nie tylko ligę koszykarską NBA, ale też NFL, lekko atletów. Tim jest taką osobą, która jest jeszcze bardziej doświadczona i ma zupełnie inne spojrzenie na przygotowanie fizyczne niż my.
     
     - Powiedz mi o kulisach tej współpracy z Timem. Wyjąłeś telefon i zadzwoniłeś do Tima i powiedziałeś: cześć tutaj Kuba, jestem z Polski, chciałbym z Tobą współpracować.
     
- Nie, nie, nie. Z Timem to była taka przygoda trochę niespodziewana. Byłem wtedy prywatnie w Chinach i tam właśnie poznałem trenera, który współpracował z ośrodkiem sportowym w Szanghaju.
     
     - Chodzi o Szanghaj Guohua Life.
     
- Tzn. to była nazwa klubu siatkarskiego, ale ogólnie to było takie centrum, coś na wzór naszych Centralnych Ośrodków Sportowych tylko z dziesięć razy większe. To było takie małe miasteczko przygotowań, gdzie były różne dyscypliny trenowane, m.in. koszykówka, siatkówka, pływanie, kajaki, piłka nożna. Tak na prawdę było tam wszystko. Tim już jakiś czas współpracował z Chińczykami. Podczas mojego pięciomięsięcznego pobytu w Szanghaju Tim zajmował się powrotem do formy sportowej Liu Xianga, mistrza olimpijskiego w biegu na 110 metrów przez płotki. Nasza przygoda rozpoczęła się tak, że podczas którejś wizyty na siłowni w tym centrum, Tim podszedł do mnie o coś zapytać. Na początku nie wiedziałem kompletnie, kto to jest. Przedstawił się, wygooglowałem jego osobę i tak nawiązałem z nim współpracę.
     
     - Do dzisiaj utrzymujesz z nim kontakt?
     
- Jakiś kontakt istnieje. Czasem wymienimy się mejlami, obserwuję jego profil na Instagramie. Myślę, że było to ciekawe doświadczenie i taka znajomość, którą warto w kontekście wykonywanego zawodu podtrzymywać
     
     - Rok temu znalazłeś się na siłowni w Miami, gdzie przygotowywali się zawodnicy do walk w UFC. Jak z kolei znalazłeś się z Stanach Zjednoczonych?
     
- Jeśli chodzi o USA, to było troszeczkę inaczej. Wyjazd z jednej strony planowany, z drugiej strony bardziej spontaniczny. Zakończyliśmy sezon w BKS Bielsko-Biała i nie wiedziałem, co będzie dokładnie z klubem, jakie będą ruchy kadrowe na przyszły sezon. Mój menedżer był w stałym kontakcie ze mną. W pewnym momencie pojawiła się jedna opcja z pewnej drużyny męskiej, która jednak rozpłynęła się w powietrzu. Byłem bardzo bliski powrotu do Orlen Ligi. Niestety problemy finansowe dotknęły klub w dzień przed moim przyjazdem. Razem z menedżerem zdecydowaliśmy, że nie będziemy wchodzić na ten teren. A ja samemu zdecydowałem, że mam kolegę, który od dłuższego czasu mieszkał już w Stanach i zaproponował mi przyjazd na Florydę. Poleciałem, zobaczyłem, spodobało mi się. Mieszkaliśmy blisko American Top Team, czyli największego klubu w Stanach, oprócz A.K.A, który zajmuje się przygotowaniem zawodników UFC do walk. Będąc na miejscu poznałem właściciela konkurencyjnego klubu CSMMA, który miał swoją siedzibę w Pompano Beach. Zaczęliśmy rozmawiać na różne tematy i tak zaczęła się nasza współpraca.
     
     - Pochodzisz z Elbląga, zwiedziłeś już pół świata. Płynie w Tobie krew podróżnika...
     
- Lubię podróżować i ten tryb pracy, który mam odpowiada mi. Ok, człowiek jest coraz starszy i czasami te wyjazdy męczą, zwłaszcza kiedy są to wyjazdy na drugi koniec Polski.
     Później jednak w ciągu jednego, dwóch dni wolnego jestem w stanie się zregenerować. Rozumiem chłopaków, którzy też mówią, że są zmęczeni, ponieważ jest to ciężki kawałek chleba.
     
     - Kibice często mówią, że praca sportowca to tylko i wyłącznie trening i koniec. Ty widzisz pracę od środka. Jak to wygląda na co dzień?
     
- Ludzie, którzy nigdy nie mieli styczności ze sportem nawet w formie amatorskiej, którzy nigdy nie trenowali dwa razy dziennie, którzy nigdy nie przejeżdżali setek kilometrów na jednym wyjeździe, zastanawiają się, dlaczego i czym zawodnik jest zmęczony. Przychodzi dwa razy dziennie poodbija piłkę i zarabia nie wiadomo, jakie pieniądze.
     Ja tych chłopaków zawsze będę bronił, jestem z tej drugiej strony. Czasami mi jest po prostu szkoda, kiedy pojawiają się jakieś informacje, że zawodnik odmówił gry w kadrze, czy ma słabszy okres. Zaraz się wylewa na niego fala pomyj, przykrych komentarzy. Zawodnik to nie jest maszyna, on też nie będzie przez 365 dni w roku na najwyższych obrotach. Zawsze trafi się dołek. Podziwiam od lat zawodników, którzy jeżdżą klub, kadra, klub, kadra. Jest to straszny wysiłek nie tylko fizyczny, ale i psychiczny. Znaczna większość zawodników jest ukształtowana, która ma swoje rodziny, dzieci. Takie rozłąki nie są przyjemne. Załóżmy, że zawodnik gra za granicą. Może ma możliwość zabrania swojej partnerki ze sobą, choć nie zawsze to tak wygląda. Jeśli np. zawodnik ma rozłąkę ze swoją rodziną cały sezon, gdy jest w Turcji, Rosji czy w Japonii. Potem zawodnik wraca na dwa tygodnie do domu i wyjeżdża dalej na trzy miesiące na kadrę. Jest to olbrzymie poświęcenie dla sportowca.
     
     - Swoją pracę nazywasz pracą w siatkówce czy karierą w siatkówce?
     
- Kariera to zdecydowanie za duże słowo. Mam nadzieję, że kiedyś będę mógł powiedzieć o tym, że była to kariera.
     
     - Za dzieciaka grałeś w koszykówkę. Teraz pracujesz w siatkówce. W którym momencie życia zdecydowałeś, że chcesz pracować przy tej drugiej dyscyplinie?
     
- W koszykówkę dosyć długo grałem. To była taka moda na koszykówkę. Jestem z lat 80.
     
     - Słynne „Hej, hej tu NBA”.
     
- Tak jest. Kiedyś miałem możliwość oglądania NBA na Dwójce. Wstawanie w nocy, rano do szkoły, człowiek zaspany, ale robiło się wszystko, aby obejrzeć Chicago Bulls i Jordana. Praktycznie cała klasa żyła tamtymi spotkania. Patrząc na to z perspektywy czasu, był to bardzo fajny okres. Trochę beztroski, była to szkoła podstawówa. Nie miałem gimnazjum, miałem osiem lat podstawówki, czyli  są to na prawdę dawne czasy.
     
     - A w którym momencie wybór padł na siatkówkę?
     
- Siatkówkę zawsze lubiłem oglądać. Jest to dyscyplina bardzo trudna wbrew pozorom. Obserwator z boku zawsze będzie to inaczej oceniał na zasadzie: odbić piłkę, przebić i zaatakować, albo co, jak niektórzy mówią ściąć :). To jest jedno. Druga ważna rzecz w siatkówce to taktyka. Ustawianie bloku, obrony itp. To nie jest dyscyplina jak piłka nożna, czy koszykówka, gdzie mam czas z piłką przy nodze, ręce i mogę popatrzeć, co chcę zrobić. W siatkówce decydują ułamki sekund. Piłka leci, jest przyjęta. Jeśli jest dobrze przyjęta, to rozgrywający wtedy może się bawić, jeśli niedokładnie, to rozgrywający musi za nią biec i już w głowie mieć plan, co z nią zrobić. Tak samo w ataku to są ułamki sekund, aby zobaczyć blok, jak go minąć, obić. Dużo znajomych właśnie mówi, że bardzo fajnie ogląda się siatkówkę, ale jak już dojdzie do samej gry to niekoniecznie. 
     
     - Kuba ponowie pytanie: w którym momencie wybór padł na siatkówkę? 
     
- Być może wtedy, gdy oglądałem kadrę to nie było wielkich sukcesów, ale mieliśmy bardzo dobrych zawodników, jak Piotr Gruszka, Sebastian Świderski, Paweł Papke i inni. To była taka kadra, którą większość kojarzy. Zaczęło się pod koniec studiów i związku, w którym byłem i to spowodowało „zarażenie się” siatkówką.
     
     - Idąc na studia AWFiS w Gdańsku wiedziałeś, że chcesz być trenerem przygotowania fizycznego?
     
- Wyszło w trakcie życia. Nic tutaj nie było planowane. Ze sportem byłem związany całe życie. Pamiętam, że u nas w szkole były organizowane zawody lekkoatletyczne, na które bardzo lubiłem chodzić. Startowałem w biegach sprinterskich, w biegach na 60 metrów, 100 metrów i skok w dal. Już będąc na samych studiach ćwiczyłem na siłowni. Zawsze fascynowało mnie to, jak zawodnik wygląda oraz fascynowało mnie to, jak zawodnik w NBA jest w stanie zagrać tyle spotkań w sezonie grając, co dwa, trzy dni i zmieniając strefy czasowe. To mnie właśnie interesowało, jak zawodnik wytrzymuje takie obciążenie. Zacząłem czytać, zagłębiać swoją wiedzę.
     
     - Kibic oglądając mecz widzi efekt końcowy mikrocyklu, w którym zawodnik wychodzi na boisko. Twoim zadaniem jest jak najlepsze przygotowanie zawodnika właśnie do tego. Ty doskonale wiesz, co się działo w tygodniu poprzedzającym mecz. Opinie na temat Twojej pracy są pozytywne, chłopaki chwalą Twój profesjonalizm, Twoje podejście. Jaka jest recepta na zbudowanie relacji z graczami?
     
- Miło to słyszeć i dziękuje im za to. Naszą bazą są rozmowy. Jest grupa zawodników, która bardzo lubi duże ciężary i bazuje na tych większych ciężarach. Są również zawodnicy, którzy drugą siłownie robią minimalnie lżejszą niż tą pierwszą. I są też tacy, którzy na drugiej siłowni robią znacznie lżej niż na pierwszej. Mimo tego, że dostają ode mnie rozplanowany trening, zawsze jeśli coś jest nie tak podchodzą do mnie i mówią, że np. nie wyspali się, czy mogą zrobić mniej powtórzeń, czy mogą zmniejszyć ciężar. Nie mam z tym żadnego problemu. Rozmową i naszymi czynami budujemy nasze wspólne zaufanie. To też nie jest tak, że nad nimi stoję i liczę, czy każdy zrobił 10 przysiadów.

  (fot. Patrycja Bargieł) (fot. Patrycja Bargieł)


     
     - Rozmowa i zaufanie to podstawa.
     
- Dokładnie. Czasem jest tak, że sami sobie odejmą czy dołożą. Istotnym elementem w całej naszej układance jest okres przygotowawczy, w którym budujemy siłę. Siła jest bazą do innych cech motorycznych takich, jak szybkość, wytrzymałość, dynamika. Nad tym skupialiśmy się w tym okresie. Niektórzy zawodnicy np. poszli w ciągu 6 tygodniu 20 kg do przodu na przysiadzie. Zawsze będę powtarzał, że w siatkówce najważniejsza jest siatkówka. Trzeba rozgraniczyć swoje profesje, aby odpuścić coś, aby móc wykonać elementy techniczne w siatkówce.
     
     - Pracowałeś w swoim życiu w klubie damskim BKS Stal Bielsko Biała. Teraz pracujesz z mężczyznami. Zauważasz różnicę we współpracy pomiędzy kobietami, a mężczyznami?
     
- Zdecydowanie inny jest tryb pracy u kobiet. Po pierwsze wśród pań trzeba być również bardzo dobrym psychologiem i potrafić je podejść. Z facetami pracuje się zdecydowanie łatwiej. Jednak zawsze trzeba wziąć pod uwagę, że np. w grupie 20 osób pięć będzie niezadowolonych, pięć będzie zadowolonych, dziesięć na plus, dwie, trzy powiedzą, że jest tragedia. Z tym trzeba się liczyć, ale nie można też się tym przejmować. Liczy się dobro zespołu. Trzeba z każdym indywidualnie porozmawiać, ponieważ mecz w pojedynkę wygrać można, ale mistrzostwa wygrywa cały zespół. Z kobietami trzeba bardzo uważać na liczbę powtórzeń, ciężaru. Czasami 5-10 kg potrafi zawodniczkę wyrzucić z dobrego cyklu na dwa tygodnie.
     Oczywiście dużo osób też myśli, że faceta nie można „zajechać”. Za chwilę odpuści mu się i będzie świeży, jak nowo narodzony. Nie do końca tak też jest. Organizm męski szybciej się regeneruje, co jest zasługą większej ilości testosteronu. Nauczyłem się, że jeśli ktoś powie, że coś boli, czy czuje dyskomfort, to odpuszczam i obserwujemy. Praca z kobietami jest również fajna, ciekawa. Dużo można dowiedzieć się interesującego od kobiet. Bardzo sobie chwalę rok w Bielsku. Fajne miasto, fajny zespół. Być może wynik sportowy pozostawia niedosyt, ale mimo wszystko wspominam pozytywnie ten pobyt.
     
     - W swoim dorobku masz jeszcze współpracę z reprezentacją Polski B oraz chwilowo z A. Jak można podpatrzyć główną drużynę w kraju?
     
- Miałem styczność współpracy z Kadrą B, chwilę również mogłem podpatrzeć Kadrę A przed Ligą Światową w Gdańsku. Wojciech Janas był wtedy trenerem przygotowania fizycznego i dzięki dobrej znajomości głównym menedżerem kadry Hubertem Tomaszewskim zapytałem, czy istnieje możliwość podpatrzenia reprezentacji Polski. Hubert się skontaktował ze sztabem szkoleniowym i nie mieli nic przeciwko, więc miałem możliwość obserwacji kadry.
     
     - Dużo da się wyciągnąć z takiej tygodniowej obserwacji?
     
- Dużo. Jeśli człowiek chce, to bardzo dużo może wyciągnąć. Chciałem zobaczyć kulisy relacji Wojtka z chłopakami, jak to wygląda, jak pracują, rozgrzewają się, co robią, jakie obciążenia.
     
     - Gdzie siebie widzisz za parę lat?
     
- Marzenie to współpraca z kadrą narodową. Bycie w sztabie szkoleniowym i w zespole, który gromadzi najlepszych sportowców w Polsce. Jeździć po świecie  i dumnie reprezentować kraj. Gdyby do tego doszedł medal, to byłoby idealne zwieńczenie marzeń.
     
     Wywiad z Kubą Gniado jest przedrukiem z bloga kulisysportu.eu, prowadzonego przez Krzysztofa Juraka. Dziękujemy za jego udostępnienie. Tytuł pochodzi od redakcji portEl.pl
     

Rozmawiał Krzysztof Jurak, kulisysportu.eu
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
..., a moim zdaniem
Pokazuj od
najnowszych
Reklama