Środa 21-11-2018, imieniny Janusza, Konrada
 
Rek

UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później
Rek
Telefon portElu Halo, tu portEl
512 918 555

Wiadomości

Sport

Gospodarka

Na osiedlu

Społeczeństwo

Na uczelniach

Kultura

Zbrodnia i kara

Dawny Elbląg

Jej portEl

Kina i teatr

Konkursy

Prasówka

Poradnik

Hit czy kit?

Po godzinach

Fotoreportel

Dary lasu- gigant Dary lasu- gigant

Dlaczego wielkanocny zając urwał się z księżyca?

 
Elbląg, Dlaczego wielkanocny zając urwał się z księżyca? Dlaczego wielkanocny zając urwał się z księżyca? (fot. arch. MS)
Rek

W Wielki Czwartek obowiązkiem było zjedzenie czegoś zielonego. W Wielki Piątek smagano się rózgami - dla zdrowia i wzmocnienia sił. W Wielką Sobotę święcono wodę, po którą pędem do strumieni biegły w niedzielny poranek młode dziewczyny z zastrzeżeniem, aby nie oglądać się za siebie, nie rozmawiać, nie śmiać się. Wierzono, że woda przyniesiona wówczas domownikom ma cudowną moc. A zajączek, cóż, urwał się z księżyca. O dawnych zwyczajach wielkanocnych, którym oddawali się i elblążanie opowiada Wioleta Rudzka, etnolog z Muzeum Archeologiczno-Historycznego w Elblągu

Pogańska mentalność, umiłowanie przyrody, klasyfikacja zjawisk przyrodniczych bardzo mocno odbiły się w prastarej obrzędowości ale i zataiły się w naszych dorocznych zwyczajach. Warto czasami pochylić się nad tymi prastarymi gestami i zastanowić nad ich sensem i spójnością.
 
     Coś mokrego
     Nasi słowiańscy przodkowie bardzo mocno akcentowali momenty przesileń i równonocy słonecznych, a czas pomiędzy nimi był wypełniony różnymi zabiegami. Takimi momentami były dzień Marzanny (znany z topionych w wodzie kukieł) i noc Kupały (znanej z dzisiejszych świętojańskich ognisk oraz pozwolenia na kąpiel w zbiornikach wodnych). Święta te były na tyle ze sobą połączone, że Marzannę i Kupałę nazywano rodzeństwem.
     Czas pomiędzy nimi to tak zwany okres oczyszczania wody, co miało dokonywać się poprzez składanie ofiar. U źródła tego zwyczaju tkwiło przekonanie, że była ona „po brzegi” wypełniona niewidzialną rzeczywistością w postaci wszelkiego rodzaju dobrych i złych duchów. W praktyce prowadziło to do zgubnych następstw, gdyż  jeśli ktoś- człowiek lub zwierzę - topił się w tym czasie, nie ratowano go, bo woda widocznie „upatrzyła” sobie tę ofiarę.
     Woda  bardzo mocno przylgnęła więc do obrzędowości wiosennej i wielkanocnej. W niedzielę palmową chodzimy do kościoła z gałązkami wierzby - drzewa, które rośnie zazwyczaj przy zbiornikach wodnych, przez co posądzane zawsze było o kontakty z „tamtym” światem i otaczane szczególną czcią, co do niedawna skutkowało nawet stosowaniem bazi jako leku na gardło.
     Liturgia Wielkiej Soboty zawiera w sobie ceremoniał błogosławieństwa wody, czyli moment, kiedy kapłan zamacza paschał w wodzie i błogosławi ją. Zaraz po tym momencie -  w niedzielę rano - biegano do różnych zbiorników wodnych, najlepiej płynących i czystych, aby zdobyć tak zwaną wodę wielkanocną (niem. Osterwasser). Zabieg ten w Elblągu i okolicach miał dość złożony ceremoniał. Do strumieni biegły tylko młode dziewczyny z zastrzeżeniem, aby nie oglądać się za siebie, nie rozmawiać, nie śmiać się. Szczególnie w Topolewie koło Pasłęka przestrzegano tego zwyczaju i chroniono jak tajemniczy zabieg . Podobno zdarzały się przypadki, że starsze kobiety siedziały w krzakach, prowokując dziewczęta do złamania zakazów, co powodowało, że woda traciła swoją moc. Przy źródle kobiety myły twarz odmawiając modlitwy dotyczące zdrowia.
     Przyniesioną wodę dziewczęta dawały domownikom do obmycia się, spryskiwano nią bydło i obory. Pozostałość chowano do butelek i przetrzymywano jako cudowną wodę, która miała na zawsze zostać świeżą, przynosić błogosławieństwo i być panaceum na wszelkie dolegliwości.
     Na rdzennie polskim gruncie do dziś praktykowany jest śmingus dyungus, czyli wzajemne oblewanie się wodą mające na celu dostarczenie zdrowia, siły, witalności, a dla niektórych panien nawet matrymonialnego szczęścia.
 
     Coś zielonego
     Obrzędowość wielkanocna była bardzo mocno przepełniona nowo rodzącym się życiem w postaci zieleni. Katolicy na tych terenach chodzili do kościołów z palmami, w które wplatali nie tylko wyżej wspomnianą wierzbę, ale i jedną z roślin będącą cały rok zieloną, np. bukszpan, bądź gałązki ze świeżo wypuszczonymi listkami. Uderzano się palmami wzajemnie, co miało przynieść zdrowie. Elbląg pamięta też niemiecki schmecktenoster, który jak wiemy z malborskich kronik, był już kultywowany w XV wieku. Dawni mieszkańcy dość barwnie wspominają ten zwyczaj, który polegał na tym, że młodzi chłopcy chodzili od domu do domu z zielonymi gałązkami, nazywanymi rózgą życia i smagali nimi dziewczęta. Używali zarówno  zielonych gałązek z delikatnymi listkami, ale i cały rok zielonych gałęzi jałowca, które nieźle kłuły. Uderzano panie w okolice pośladków i w nogi, mówiono przeróżne wierszyki z życzeniami tego, co chciało się dostać, czyli kilka jajek, pisanek, kawałek boczku, trochę ciasta, trochę piwa albo parę groszy. 
     Wielki czwartek w języku niemieckim to po prostu zielony czwartek. W ten dzień obowiązkiem  było też zjedzenie czegoś zielonego. Jeden z byłych mieszkańców okolic Elbląga pamięta, jak spod śniegu wydobywał zielone listki, które mama wkładała do zupy.
     Na Kaszubach wielki piątek był dniem zwanym „płaczebóg” i wiązał się z obrzędem polegającym na smaganiu zielonymi gałązkami domowników w celu wzmocnienia zdrowia i dodania sił.
     
     O zajączku, co się urwał z księżyca

     Z prac etnologicznych dowiadujemy się, że króliczek wielkanocny pojawił się w naszej obrzędowości dość późno, bo dopiero w XIX wieku, co nie oznacza, że nie ma on prastarej i ciekawej metryki.
     Napisałam o tym, że zajączek urwał się z księżyca nie bez kozery. Wiele podań mówi, że siedzi on na księżycu z jajeczkami. Wpisując w sieci angielskie słowa księżyc i zajączek wyskoczy nam wiele obrazków zaświadczających, że plamy na księżycu tworzą właśnie postać króliczka.
     W językach germańskich Wielkanoc to Ester lub Oster – nazwa pochodzi od imienia boginki Oester. Miała ona być bóstwem księżycowym; czasami malowano ją z króliczą głową z jajeczkiem w ręku.
     O tym, że to zajączek przynosi jajka, dowiadujemy się tylko z jednej i to ukraińskiej bajki, według której Oester miała znaleźć zranionego ptaszka i żeby go uratować, zamieniła go w zajączka. Niestety zmiana była niekompletna i zwierzę zamiast mnożyć się na potęgę, jak to zajączki i króliki mają w zwyczaju, zaczęło jak ptaszek znosić jajka. Było jednak wdzięczne za dar życia, co przejawiało się w malowaniu zniesionych jaj i przynoszeniu ich a w dowód wdzięczności bogince.
     Piszę o tym, gdyż tutaj w Elblągu, nieodłącznym aspektem wielkanocnych świąt była zabawa organizowana dla dzieci, polegająca na szukaniu kolorowych jajek, które zwierzątko miało zostawiać w różnych miejscach. W niedzielny poranek organizowano poszukiwania tych darów w ogrodach, na spacerach w Bażantarni, w pobliskich lasach. Rodzice bardzo dbali o tę tradycję. W rodzinie Marty Lineau pamięta się historię, kiedy to chłopiec został obudzony przez mamę wiadomością, że widziała zajączka i trzeba szybko przeszukać pobliski lasek, bo tam w gnieździe zostawił on jajeczka. Chłopiec odnalazł gniazdo i przyniósł zdobycze do domu. Kazał je sobie przygotować i po zjedzeniu stwierdził z przekonaniem, że te królicze jajka są o wiele smaczniejsze niż kurze.
     Ze wspomnień elblążan dowiadujemy się, że dziadkowie, babcie czy rodzice chowali jajka w przeróżnych miejscach; można je było znaleźć na szafach, pod stołami a nawet na żyrandolu.
 
     Garstka gołych głupotek
     O tym, że ludowa wyobraźnia nie zna granic, wie każdy etnolog.  Nie dziwi nas fakt, że nasze sąsiadki z Mazur nie mogły w pewnych momentach zajmować się szyciem, gdyż wtedy zwierzęta mogły rodzić się z zaszytymi pupami. Okres wielkanocny również ma swoje bardzo stare smaczki dotyczące nagości. W niektórych regionach chodziło się w wielkanocny wieczór do zbiorników wodnych, rozbierano się do naga i tam oblewano wodą. Istnieją wspomnienia, że podczas Schmackenostern zdarzały się smagania niektórych kobiet zieloną różdżką po nagich pośladkach. Mieszkanki Mazur w czasie wielkiego tygodnia siadały gołą pupą na jajku, by kury się lepiej niosły. Na Kaszubach z kolei, w wielki piątek rano, jedna z domowniczek miała rozbierać się do naga i zamiatać izbę.
     Czasy te oczywiście bezpowrotnie minęły i etnolodzy podpisują się pod tym, że nie każdą tradycję warto kultywować, choć pamięć o tym nie zaszkodzi.
Wioleta Rudzka, etnolog Muzeum Archeologiczno-Historycznego w Elblągu
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
Reklama

To kupisz w pasażu portElu

Kuchnia, a aneks kuchenny
Kuchnia nowoczesna
Kuchnia inna niż inne
RTV + SZAFA