Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Niedziela 19-11-2017, imieniny Salomei, Seweryna
 
Rek

UWAGA!

Zamknij Zamknij
Rek
Rek
Telefon portElu Halo, tu portEl
512 918 555

Wiadomości

Na osiedlu

Gospodarka

Społeczeństwo

Kultura

Sport

Na uczelniach

Zbrodnia i kara

Prasówka

Jej portEl

Kina i teatr

Konkursy

Dawny Elbląg

Poradnik

Hit czy kit?

Po godzinach

Fotoreportel

Park Dolinka Park Dolinka

Kolejna podróż? To byłby plagiat

 
Elbląg, Kolejna podróż? To byłby plagiat Jednym z przystanków w podróży była Brazylia. Na zdjęciu miejscowość Alcantara (fot. arch. prywatne)
Rek

Pojechała w świat, bo to było jej życiowe marzenie. I spełniła je. - Pięknym przeżyciem było dla mnie zdobycie Kilimandżaro. Byłam wtedy w dobrej formie psychicznej i fizycznej, ale kiedy wchodziłam na tę górę pomyślałam sobie "Po co to robisz? Deszcz leje, a ty idziesz i idziesz...". Kiedy jednak po pięciu dniach doszłam na Uhuru, do tego najwyższego punktu, właśnie wschodziło słońce. Rozpłakałam się. Byłam bardzo szczęśliwa i dumna, że się udało – opowiada Małgorzata Niemietz, elblążanka, która niczym Fileas Fogg udała się w podróż dookoła świata. Tyle, że jej podróż nie trwała 80 dni, jak w przypadku bohatera powieści Juliusza Verna'a, a 18 miesięcy. Zobacz więcej zdjęć. 

- Początkowe założenie było takie, że Twoja podróż potrwa rok i zakończy się w Kanadzie. A jednak się wydłużyła. Ile krajów odwiedziłaś przez 18 miesięcy?
     - W niektórych krajach tylko "postawiłam stopę", nie zwiedzałam ich, tylko przejeżdżałam przez nie, spędziłam w nich na przykład jedną noc. Nie zaliczam tego do podróży... No dobrze, więc zaczęłam od Sri Lanki, potem byłam w Singapurze, w Malezji, w Tajlandii, w Myanmar [dawniej Birma – red.] i w Laosie. Stamtąd poleciałam do Afryki, do Tanzanii. Na początku zdobyłam Kilimandżaro, potem byłam w Kenii, w Ugandzie, jedną nogą "zahaczyłam" o Rwandę, byłam jeden dzień w stolicy. Stamtąd przeniosłam się na Zanzibar, potem przejechałam przez Malawi, Zambię, a potem pojechałam do Zimbabwe. Tam byłam dwa tygodnie. Następnie udałam się do Botswany, Namibii i RPA, a stamtąd przeniosłam się do Ameryki Południowej. Byłam w Brazylii, w Kolumbii, w Ekwadorze, w Peru i w Boliwii, zahaczyłam o północ Argentyny, ale całego kraju nie zwiedzałam. Stamtąd poleciałam do Panamy, przesiadłam się w Meksyku, a później poleciałam do Japonii. Do Europy wróciłam przez Zjednoczone Emiraty Arabskie. Okrążyłam więc świat, choć nie miałam tego w planach. Tak samo jak tego, żeby podróżować dłużej niż rok. Ale kiedy ten rok minął byłam w Amazonii. Czasowo przerosła mnie Brazylia, bo najpierw myślałam o tym, żeby ją odwiedzić. Później pomyślałam, że może jednak nie, że będzie tylko przystankiem w drodze do Boliwii. Tak się jednak złożyło i tak mi się tam spodobało, że spędziłam w Brazylii trzy miesiące. No i jak ten rok mijał, to akurat przepływałam Amazonkę, aż do granicy Kolumbii, Peru i Brazylii. Już wtedy wiedziałam, że jeszcze nie mogę wrócić do domu. Bardzo chciałam pojechać do Kolumbii, do Peru, do Boliwii, wiedziałam, że jak ich nie zwiedzę, to będę niespełniona. Szybko się przeorganizowałam, podliczyłam finanse i okazało się, że pieniędzy przeznaczonych na podróż wystarczy mi na 18 miesięcy.
     
     - Życie w podróży jest tanie? Czy aby spełnić swoje marzenie musiałaś dokładać do początkowej puli środków [cała podróż kosztowała 100 tys. zł – red.]?
     - Bardzo skromnie żyłam i podróżowałam, głównie transportem publicznym. Spałam w hostelach, w wieloosobowych pokojach, jadłam na ulicy. Żyłam tak, jak żyją mieszkający tam ludzie. Najdroższe były typowe atrakcje turystyczne, na przykład wejście na Machu Picchu [najlepiej zachowane miasto Inków, położone na terenie Peru – red.] czy na Kilimandżaro, ale jeżeli chcemy zwiedzać te piękne, wyjątkowe miejsca, to trzeba po prostu zapłacić.
     
     - Jeśli ktoś zaglądał na Twojego bloga mógł zobaczyć, że byłaś nie tylko w miejscach typowo turystycznych, ale i w tych mniej znanych, na przykład na wyspach San Blas, u wybrzeża Panamy...
     - Do tych wysp nie można było dotrzeć inaczej niż tylko łodzią. Nie ma tam lotnisk, ludzie przypływają własnymi łódkami. Nie ma tam turystyki, niemalże nie ma hoteli. Widziałam jedną wyspę, na której stały domki, w których można było nocować, ale w moich oczach nie było to tak ładne miejsce, jak inne wyspy. Niektóre były tak małe, że stała na nich na przykład jedna palma. I takich wysp było bardzo dużo. Z kolei w RPA poznałam Michiko, z którą utrzymywałam kontakt przez dalszą podróż. Kiedyś napisałam na facebooku, pod jej zdjęciami z sushi, "przestań wrzucać takie pyszności, bo przyjadę!". Michiko odpisała: "przyjeżdżaj, ja Cię zapraszam, pokażę Ci Tokio". Bardzo spontanicznie zdecydowałam się na lot do Japonii, choć ta część podróży pochłonęła bardzo dużo moich środków. To i powrót do domu. Jak wróciłam miałam na koncie 28 zł.
     
     - Które miejsca zachwyciły Cię szczególnie?

     - W Azji ogromne wrażenie wywarło na mnie Bagan w Myanmar, które ja nazywam Miastem Czterech Tysięcy Świątyń. Codziennie, podczas wschodu słońca, startuje tam 21 balonów. To jest tak piękny widok, że zaparło mi dech w piersiach. Podobały mi się także białe plaże i turkusowy ocean w Tajlandii. Pięknym przeżyciem było dla mnie zdobycie Kilimandżaro. Byłam wtedy w dobrej formie psychicznej i fizycznej, ale kiedy wchodziłam na tę górę pomyślałam sobie "Po co to robisz? Deszcz leje, a ty idziesz i idziesz...". Kiedy jednak po pięciu dniach doszłam na Uhuru, do tego najwyższego punktu, właśnie wschodziło słońce. Rozpłakałam się. Byłam bardzo szczęśliwa i dumna, że się udało. Czerwone wydmy w Namibii, Przylądek Dobrej Nadziei oraz całe wybrzeże RPA to unikalne, piękne krajobrazy. Wyglądało to niemal surrealistycznie. Piękne były Lençóis Maranhenses w Brazylii. Te białe wydmy, z małymi jeziorkami pomiędzy i przelot nad nimi, to było tak niesamowite przeżycie, że aż się łza potoczyła z oka. W Boliwii natomiast zachwyciła mnie pustynia solna, Salar de Uyuni. Był to tak magiczny krajobraz, tak piękny, że aż płakałam. Tak samo Wodospady Wiktorii czy Wodospad Iguazu... To coś, co trudno opisać, trzeba to samemu zobaczyć.
     
     - Widziałaś wiele miejsc, zetknęłaś się z wieloma kulturami. Jaki jest świat, który wielu z nas zna tylko tylko z książek, z telewizji, z Internetu i innych źródeł. Jacy są ludzie?
     - Zawsze łatwiej porozumieć się z tymi, którzy są bliżej twojej kultury. Mi na przykład łatwiej było w Ameryce Południowej, w krajach postkolonialnych, gdzie dużo jest kultury europejskiej, łatwiej było mi się dogadać. Ale na przykład w Boliwii mało kto mówi po angielsku, wielu Indian nie mówi nawet po hiszpańsku, mają swoje języki. Trudniej było mi w Afryce. Tam ludzie są całkowicie inni. My na przykład bardzo dużo martwimy się o to, co będzie w przyszłości. W Afryce tego nie ma, ludzie myślą o tym, co jest dzisiaj, a jutro jakby trochę nie istnieje. Z jednej strony jest to negatywne, bo trudno wtedy zabezpieczyć się przed wypadkami losowymi, z drugiej to pozytywna rzecz. Bo to, co jest dzisiaj, jest najważniejsze, a jutra możemy nie dożyć. Z kolei w Azji ludzie są bardzo spokojni, mili. Wszystko idzie gładko, nie ma nacisku. Nikt nie biega za Tobą, nie zmusza cię żebyś coś kupił. Moim zdaniem nie ma tam wyścigu szczurów.
     
     - A Japonia?
     - To absolutny wyjątek, chyba na cały świat. Po ośmiu miesiącach w Ameryce Południowej Japonia przytłoczyła mnie cywilizacją. Tam jest jak w filmie science fiction. Te budynki, transport, elektronika... To był dla mnie szok. To bardzo czysty kraj, wszyscy są bardzo uprzejmi. Takiej grzeczności nie widziałam na całym świecie.
     
     - I chyba tę ogromną grzeczność i uprzejmość często przypłacają zdrowiem...

     - W Japonii mało się o tym mówi... Widać tam silne dążenie do perfekcji, nie tylko w działaniu grupy czy społeczeństwa, ale perfekcji jednostki. Z tego, co wiem to Japonia ma najwyższą skalę samobójstw, być może to przez tę presję.
     
     - Podróż to nie tylko piękne chwile, ale i zapewne te trudniejsze. Co było dla Ciebie najbardziej uciążliwe?
     - Najbardziej negatywnie wspominam ten moment, gdy w Malezji pogryzł mnie pies. Mimo że zaszczepiłam się przeciw wściekliźnie, to tam akurat panowała epidemia. Byłam przez dziesięć dni chora, wtedy złapałam doła, bo pomyślałam, że "ta moja podróż nie stoi pod szczęśliwą gwiazdą". Drugim, negatywnym przeżyciem była utrata zęba. Ktoś pomyśli, że to nic takiego, ale to nie było miłe. W Kolumbii gryzły mnie natomiast pluskwy. Tego się nie da nawet opisać. Okazało się, że mam na nie alergię, raz nawet dostałam gorączki od tych ugryzień, było to bolesne. I to nie jest tak, że te pluskwy są tam dlatego, że jest tak brudno. To nieprawda. Pluskwy lubią stare budynki, a to właśnie z nich składają się najpiękniejsze centra miast postkolonialnych. Chowają się więc w ścianach, sufitach i jak tylko zaśniesz – atakują. Ludzie tam żyją z tym tak, jak my z muchami, ale wydaje mi się, że są bardziej odporni na ich ugryzienia.
     
     - W jednym z Twoich wpisów napisałaś, tak mniej więcej, że "ziemia jest taka piękna, a ludzie niszczą ją swoją pazernością".
     - Nasza planeta jest piękna, jest podstawą naszego życia, a my tego nie szanujemy. Nie szanujemy przyrody, akwenów wodnych, zwierząt, absolutnie niczego. Widziałam, jak wiele plastiku jest w naszych oceanach, a jak mało ryb. Jedynym, czego nie potrafimy zniszczyć, jest słońce, chyba tylko dlatego, że jest tak daleko. W ciągu ostatnich stu lat mamy ogromny przyrost naturalny, do tego wszędzie wdziera się bardzo drapieżnie zachodni styl życia. Jesteśmy nastawieni na konsumowanie, nie oszczędzając żadnych zasobów. To globalny problem. Chyba najbardziej opierają się temu Indianie z Ameryki Południowej. Wiele plemion nie chce mieć nic wspólnego z białymi ludźmi, z Zachodem. Poza tym nawet jeśli ktoś jest bardziej świadomy, to nie ma zbyt dużego wyboru. Na przykład chcę sortować śmieci, ale nie ma odpowiednich kontenerów. Więc jaki ja mam wybór? Nie, nie mam go. I tu się powinno coś zmienić na tym najwyższym szczeblu, tym politycznym.
     
     - Jak to jest, co kilka dni budzić się w innym miejscu, a cały swój dobytek nosić na plecach? Jakie to uczucie, gdy nie masz swojego azylu?
     - Moja podróż była dla mnie największym stanem wolności, jaki przytrafił mi się w życiu. Za niczym nie tęskniłam i niczego mi nie brakowało. Poza tym taki stan trzeba lubić, to nie jest dla każdego. Musisz spakować plecak, by móc zabrać ze sobą wszystko, czego potrzebujesz. Wydaje mi się, że ważną cechą, która przydaje się w podróży, jest dobra organizacja i systematyczność. Ja na przykład miałam taki system, że wszystko pakowałam w to samo miejsce. Dzięki temu, gdy czegoś potrzebowałam mogłam to szybko i sprawnie wyjąć. Czasami miałam takie momenty, że myślałam "nie, nie chce mi się pakować, nie chce mi się dalej jechać", ale to były tylko chwile. Żadna z nich nie sprawiła, żebym w jakimś miejscu została bardzo długo. Chciałam zobaczyć świat, obejrzeć go. Chęć poznawania i oglądania go sprawiała, że parłam do przodu. Czasami trzeba było gdzieś jechać 25 godzin autobusem, ale to była część podróży, trzeba to zaakceptować i nie myśleć o tym, jak o męczarni. Tak samo jak to, że czasami wodę do umycia musisz nabrać z kociołka, że trzeba iść za dom i umyć się w ogrodzie albo we wspólnej łaźni. Trzeba się również przyzwyczaić do tego, że w wielu krajach nie ma ciepłej wody, czasami nie ma prądu. Ale jeżeli chcesz poznać sposób życia innych ludzi, musisz pożyć jak oni. Ja akurat nie chciałam przesiadywać w hotelach, z ludźmi, którzy w dane miejsce przyjeżdżają na dwa tygodnie, siedzą i piją koktajle. To nie było dla mnie. Przystawałam raczej z podróżnikami takimi jak ja.
     
     - Nie bałaś się, że coś Ci się może stać?
     - Uważam, że człowiek z natury jest dobry. Większość ludzi nie czyha na Twoje życie, jeśli już, to chcą ci coś ukraść, ale to też dlatego, że są skrajnie biedni. Aczkolwiek najdroższą rzecz, jaką miałam, czyli iPada, ukradziono mi Singapurze, w jednym z najbogatszych państw świata. Raz, w Ekwadorze, wyciągnięto mi 100 dolarów ze schowka. Większość z tych rzeczy należała do normalnego, życiowego ryzyka, to może spotkać Cię wszędzie, tu w Elblągu też.
     
     - Byłaś jednak ostrożna, miałaś nawet fałszywy portfel, który mogłabyś oddać w razie napadu.

     - To była dodatkowa portmonetka, w której miałam sto fałszywych dolarów, trochę drobnych i niepotrzebną kartę. Ten portfel oddałabym w razie kradzieży lub napadu. A tak naprawdę kartę kredytową i gotówkę chowałam bardzo często w... biustonoszu. Wyrzuciłam z niego zbędne poduszeczki i tę przestrzeń wykorzystywałam jako schowek. Paszport i telefon trzymałam w saszetce, blisko ciała. Nic złego mi się jednak nie stało, nikt mnie nie skrzywdził. Starałam się pozytywnym myśleniem i wiarą w tę ludzką dobroć nie przyciągać do siebie zła. Wręcz przeciwnie, ludzie bardzo mi pomagali. Bardzo często, widząc, że podróżuję sama, czuli się za mnie odpowiedzialni. Doprowadzali mnie do hostelu, gdy nie mogłam znaleźć drogi, podwozili w jakieś miejsce. Wielu dziwiło się, że podróżuję samotnie. Słyszałam na przykład "Jedziesz do Kolumbii? Nie jedź tam, bo tam wycinają nerki" od tych, którzy nigdy tam nie byli. Myślę, że duża w tym zasługa mediów, że wszyscy się boją, to tworzy jakąś taką kolektywną paranoję strachu. Wydaje się, że chce się tego, żeby ludzie się bali, bo jak się boją wydają dużo pieniędzy na zabezpieczenia. Nie ma z tego biznesu, jak ludzie są szczęśliwi i niczego się nie boją.
     
     - W naszej rozmowie, tuż przed wyjazdem, mówiłaś, że ta podróż to Twoje życiowe marzenie. Jakie to uczucie – spełnić je?

     - Te ostatnie miesiące mojej podróży były bardzo emocjonalne. Czułam, że trzeba będzie wracać, bo i czas się kończy, i pieniądze. Ogromnie bałam się powrotu, zakończenia tego mojego życiowego marzenia. Chciałam, żeby trwało. Jak przyjechałam do Niemiec, do mojej siostry, złapałam post-podróżniczą depresję. Przez pierwszy tydzień płakałam. Spałam nawet w śpiworze, bo brakowało mi tego uczucia bycia w drodze. Wciąż nie jestem w formie, mimo że jestem w domu, śpię w swoim łóżku. Czuję się odcięta od życia, które tutaj prowadziłam, a wolność tego typu, takie kompletne odłączenie od systemu, zmienia człowieka. Powrót jest naprawdę ciężki, nie myślałam, że będzie aż tak źle. Potrzebuję czasu, by zaakceptować zmiany, które we mnie zaszły. Wiem jednak od innych podróżników, że też mieli takie doświadczenia. Koleżanka z Australii pisała do mnie, że przez miesiąc leżała w łóżku, inna, że nie mogła sobie znaleźć miejsca, że płakała. Wielu już po krótkim czasie snuje plany, jakby to zrobić, żeby znów gdzieś pojechać... W każdym razie nie da się wrócić do tego, co było. To spełnienie życiowego marzenia sprawia, że na końcu jest jakaś pustka. I wtedy myślisz "i co teraz?".
     
     - Zawsze można jechać dalej...
     - Na razie patrzę na to tak, że byłby to plagiat. Choć trudno wyobrazić mi sobie, że już nigdy nigdzie nie pojadę. Gdyby jednak tak się stało, to i tak jestem bardzo spełniona.
     
     Całą historię podróży prześledzisz na facebookowym profilu Woman goes nomad. 

rozmawiała Marta Wiloch
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
..., a moim zdaniem
Pokazuj od
najnowszych
Reklama