Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Środa 25-04-2018, imieniny Marka, Jarosława
 
Rek

UWAGA!

Nigdy nie wiem, kiedy znów wyjadę (Podróże małe i duże, odc. 4)

 
Elbląg, Nigdy nie wiem, kiedy znów wyjadę  (Podróże małe i duże, odc. 4) Olga Lesz (fot. Anna Dembińska)
Rek

Lubi ruch i aktywność, dlatego od 30 lat pracuje w przedszkolu i podróżuje. Swoje wyprawy publikuje w fotoksiążkach, aby podzielić się swoimi przeżyciami i zainspirować inne osoby. Olga Lesz najmilej wspomina ukochaną Australię. Zobacz zdjęcia. 

- „Póki oczy widzą, dusza chce, a ciało może, to należy z tego korzystać” – przyznała Pani, że to zdanie poniekąd jest Pani mottem.
     - Olga Lesz: Tak. Dlatego w mojej rodzinie wszystko to, co zarobimy zamieniamy na bilety i podróżujemy.
     
     - Jak to wygląda w praktyce?

     - Z rodzicami podróżuję od drugiego roku życia. Nasze wyjazdy odbywały się w czasach głębokiego socjalizmu. Moi rodzice są osobami bardzo oszczędnymi i za odłożone pieniądze podróżowaliśmy dużym fiatem do krajów ościennych. W pierwszą moją podróż bez rodziców wybrałam się kiedy miałam 18 lat. Wraz ze znajomymi pojechałam nad jezioro Dejguny. Teraz zapewne moje młodzieńcze wyjazdy nie zrobiłby na nikim wrażenia, ale wtedy to było coś. Pierwszą poważną podróż odbyłam, gdy moja starsza córka miała trzy lata. Wzorem moich rodziców pojechaliśmy autem do Szwajcarii. Wówczas byłam młodą gospodynią i nie potrafiłam dobrze zapeklować jedzenia. Musieliśmy jeść suchy chleb (śmiech). Starałam się często wyjeżdżać, aby zaszczepić w naszych córkach miłość do bycia w drodze. Jednak myślę, że dopiero w 2002 roku nasze podróżowanie nabrało tempa, zaczęło być bardziej zaplanowane. M.in. dlatego, że miałam możliwość dostępu do Internetu.
     
     - Jakie kraje ma Pani na swoim koncie?
     - Trochę tego jest. Zwiedziłam m.in. Niemcy, Austrię, Szwajcarię, Czechy, Słowację, Grecję, Egipt, Tunezję, Turcję, Chorwację, Skandynawię, Danię, Anglię, Rosję, Francję, Alaskę, Florydę, Hawaje, Vanuatu, Polinezję, Nową Zelandię, Australię, Singapur, Hiszpanię, Włochy.
     
     - Sporo tego…

     - Tak. Jednak miałam dwie podróże, które były dla mnie szczególne. Słuchając radiowej Trójki i opowieści Marka Niedźwieckiego, który tak cudownie opowiadał o Australii, utarło się we mnie przekonanie, że to musi być fantastyczny kraj. Australia wydawała mi się prawdziwą egzotyką. W 2014 roku wraz z mężem i młodszą córką opłynęliśmy dwie wyspy Nowej Zelandii i zwiedziliśmy Sydney. Byłam bardzo podekscytowana innością. Niedźwiecki nie przesadzał, tam nawet powietrze inaczej pachnie.
     
     - Jak pachnie powietrze w Australii?
     - Każdy kraj ma swój zapach. Gdy wysiadłam w Sydney i poczułam zapach gorąca, suchości. Jednak było to inne gorąco, niż te, które znamy w Europie. Gdy opuściłam Sydney i pojechałam na wycieczkę w Góry Błękitne, powietrze bardzo intensywnie pachniało eukaliptusem. Jaki to zapach? Proszę sobie wyobrazić zamknięty autobus, w którym ktoś wylał olejek eukaliptusowy (śmiech). Gorąco, mnóstwo innych zapachów i przez nie wszystkie przebija się eukaliptusowa nuta.
     
     - Jednak to była jedna z dwóch wymarzonych podróży. Co z tą drugą?

     - Myślałam, że już lepszej podróży nie jestem sobie w stanie wymarzyć. A jednak się wydarzyła. Była to podróż do Honolulu, na Hawaje, Tahiti, Bora-Bora, do Nowej Zelandii, Nowej Kaledonii, Vanuatu i mojej kochanej Australii, z której ostatecznie poleciałam do Polski. Ta podróż zajęła mi 33 dni. Doświadczaliśmy wielu nowości: nowych smaków, nowych zapachów. Podróżowaliśmy w październiku. Wtedy na Wyspach Polinezyjskich panowała wiosna, nadchodziło lato. Dla Europejczyków najbardziej charakterystycznym symbolem Hawai jest kwiat Lei, z którego robi się wieńce. Zawsze się zastanawiałam, dlaczego oni rwą te kwiaty, przecież ogołocą całą wyspę (śmiech). Okazało się, że wyspa jest bardzo bogata w te kwiaty, które rozkwitają bladym świtem. W nocy kwiaty spadają, więc zerwanie niczemu nie szkodzi. Poza tym na wyspach polinezyjskich są pewne zasady dotyczące strojenia się w te kwiaty. Włożenie kwiatu za odpowiednie ucho świadczy o stanie cywilnym i ewentualnej chęci zdradzenia partnera. A na wyspach Vanuatu „kartą kredytową” mężczyzn są pióra wpięte we włosy i kły zawieszone lub zamocowane w przedramię (śmiech). My dążymy do posiadania jak największej ilości rzeczy, do życia w pędzie. Natomiast tamtejsi ludzie robią wszystko, aby obronić się przed cywilizacją. Niewiele potrzebują, aby być szczęśliwymi. Ich apteka to rośliny rosnące obok. Ja nie chciałabym żyć tak jak oni. Niemniej jednak patrząc na nich, myślę, że moje życie jest dobre. Oni pewnie myślą to samo o swoim życiu, gdy porównują je do mojego (śmiech). W Nowej Zelandii żyją Maorysi, którzy stanowią kulturę i tradycję tego kraju. To rdzenni mieszkańcy jak Aborygeni w Australii. Kultura maoryska była przez wiele lat tłamszona. Dziś traktowana jest jako dobro narodowe. Maorysi mają m.in. bardzo ciekawą tradycję tatuowania się. Dla nich tatuaż jest odpowiednikiem drzewa genealogicznego swego rodzaju formą sztuki i obrządkiem.
     
     - Również dobrze wspomina Pani Alaskę.

  fot. Anna Dembińska fot. Anna Dembińska

 - Na Alasce byłam dwa razy. Na początku wylądowałam w Kanadzie w Vancouver. Jest to bardzo piękne miasto, które idealnie wpasowało się w wiktoriański klimat. Ma bardzo dużo parków, fontann. Ludzie są uśmiechnięci, spokojni. Nie ma takiego hałasu, gdyż wiele osób jeździ samochodami hybrydowymi. Mówiąc krótko- gdybym miała jeszcze jedno życie, chciałabym tam zamieszkać. Potem byłyśmy w innych miejscach, m.in. w Seward, Ketchikan, Ice Strait Point. Zieleń jest soczysta jak u nas na wiosnę. Jeśli rosną tam te same gatunki roślin, są one z trzy razy większe. Miałam tam dosyć ciekawe przeżycie związane ze zwierzęciem. Wraz z córką byłam w porcie jachtowym. Siedziałyśmy na pomoście i obserwowałyśmy wodę oraz piękne widoki. Nagle na wodzie pokazały się bąbelki. Oglądałam sporo filmów i wiedziałam, co może się zaraz wydarzyć. Okazało się, że był to wielki humbak, który łapał ryby. Cała sytuacja działa się ok. 50 metrów od nas. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Potem widziałyśmy więcej humbaków, ale nigdy już nie tak blisko. Po raz drugi byłam na Alasce z moimi rodzicami, którzy mieli 50-lecie ślubu i postanowili uczcić to wymarzoną wyprawą. Wtedy pojechaliśmy do Anchorage, gdzie spotkaliśmy prawdziwych Indian. Moi rodzice bardzo mnie pozytywnie zaskoczyli . Są już trochę wiekowi, a m.in. jedli lokalne jedzenie, latali helikopterem, trzymali w ręku żywego kraba, spacerowali i doświadczali tak samo jak ja. Myślę, że nie jest to standardowe zachowanie ludzi po 70-tce. Teraz marzą o podróży na Kubę. I super! Trzymam za nich kciuki.
     
     - Z Pani podróży powstają fotoksiążki. Dlaczego postanowiła Pani publikować swoje zdjęcia w książkach?

     - Żyjemy w czasach zdjęć cyfrowych. Ciągle robimy fotki, mamy ich mnóstwo, a potem giną one w naszych komputerach i zapominamy, że w ogóle istnieją. Osoby mojego pokolenia mają jeszcze albumy ze zdjęciami. Jednak zdjęcia się odbarwiają. Moje zdjęcia sprzed 30 lat są już w kiepskim stanie. Dlatego postanowiłam z moich wyjazdów robić fotoksiążki. W każdej fotoksiążce znajdują się oczywiście zdjęcia i podpisy, w których komentuję fotografie. Staram się zrobić taką książkę do ok. sześciu miesięcy po powrocie z podróży, bo nigdy nie wiem, kiedy znów wyjadę. A nie chcę, aby nałożyły się na siebie wrażenia i doświadczenia z dwóch różnych miejsc. Na razie mam więcej niż 10 takich fotoksiążek. Jedna taka książka kosztuje mnie niecałe 60 zł. Myślę, że takie fotoksiążki zaspokajają moją potrzebę podzielania się swoimi przeżyciami, lecz także są formę inspiracji dla innych osób.
     
     -„Nigdy nie wiem, kiedy znów wyjadę” – co na to Pani pracodawca? (śmiech)

     - Mam bardzo dobrego pracodawcę (śmiech). Poza tym jestem zdalnie dostępna. Niektórzy mogą powiedzieć, że jestem pracoholikiem.
     
     - Jakich rad udzieliłaby Pani osobom, które wybierają się w podróż swojego życia?

     - Ja bardzo lubię czytać o miejscach, w które jeżdżę. Dobrze jest, aby przygotować się na tzw. „jet lag” i odpowiednio przed dotarciem na miejsce, łykać melatoninę. Należy pamiętać o naładowanym aparacie. Jeśli chodzi o kupowanie pamiątek z podróży, mam prostą zasadę. Kupuję pierwszą rzecz, która mi się w danym miejscu podoba. Nie myślę, że może, jak pojadę dalej, to tam znajdę coś lepszego, tańszego. Zazwyczaj takiego przypuszczenia się nie sprawdzają. Nie chodzi o to, aby szastać pieniędzmi, ale żeby sobie nie żałować, bo wtedy podróż traci swoją spontaniczność. Należy również wykazać się dużą przezornością i uważać na złodziei.
     
     - Jakie kraje jeszcze przed Panią?

     - Chciałabym zwiedzić Japonię. Planujemy z mężem odwiedzić naszego przyjaciela w Portoryko oraz zobaczyć Florydę i Kubę , która na razie zostaje w obszarze marzeń.
     
     - W takim razie powodzenia!

     - Dziękuję!

rozmawiała Anna Kaniewska
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
..., a moim zdaniem
Pokazuj od
najnowszych
Reklama

To kupisz w pasażu portElu

Pieczątki Trodat
Długopis i Pióra z Grawerem
Clinex Stronger
Clinex Grill