Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Czwartek 18-01-2018, imieniny Małgorzaty, Piotra
 

UWAGA!

Palcem po mapie, kółkiem po drodze

 

Ponad 22 tys. przejechanych kilometrów, kilkanaście krajów Azji i Europy oraz 63 dni w samochodzie. Czwórka Polaków, na stałe mieszkających w Melbourne ruszyła w nietypową podróż, a na trasie ich wyprawy znalazł się również Elbląg.

Jak przeżyć przygodę życia? Wystarczy pomysł, opracowana logistycznie trasa oraz samochód, który da maksimum bezpieczeństwa. Podróż Michała Gintera, Joanny Ginter oraz dwójki ich dzieci – Tymona i Niny rozpoczęła się pod koniec marca tego roku. Oficjalnie zaczęła się we Władywostoku i prowadziła przez takie kraje jak Rosja, Mongolia, Kazachstan, Kirgistan, Uzbekistan i Ukraina, po to, aby zakończyć się w Trójmieście.
– Mieszkam w Australii od pięciu lat, ale o takiej podroży marzyłem jeszcze przed wyjazdem. Chciałem jechać do Władywostoku, tak daleko na wschód, gdzie kończy się asfalt, to tkwiło w mojej głowie. Tak się złożyło, że znalazł się na to czas, pojawiły się możliwości, żeby taką trasę przejechać, chociaż trzeba przyznać, że nieco odwrotną. Wzięło się to także z chęci poznania świata oraz innych kultur, ale nie na zasadzie lotu samolotem i jazdy autobusem, ale jazdy samochodem, takiej obserwacji życia zza kierownicy – opowiada o swoim marzeniu Michał Ginter. – Zdawałem sobie sprawę, że jedziemy w taką część świata, gdzie drogi są, nazwijmy to „różne”. Trzeba jednak powiedzieć, że jechaliśmy samochodem terenowym, który jest przystosowany do jazdy tam, gdzie dróg nie ma. Dlatego też wybór samochodu nie był przypadkowy, nic nas w tej podróży nie zaskoczyło, nie wydarzyło się nic takiego, żeby samochód nagle stanął.
     Wybór podróżników padł na samochód marki Toyota, model - Land Cruiser VDJ76R, który bardzo dobrze sprawdza się w bardzo trudnych i nietypowych warunkach.
– Moja żona jest specjalistką od bezdroży, ale im bliżej cywilizacji, tym częściej oddawała mi kierownicę. Prowadziła przez pustynię Gobi oraz Mongolię, tam była bardzo trudna nawigacja, trzeba było interpretować wiele różnych znaków, przeglądać szczątki map i domyślać się, gdzie te drogi mogą być. Człowiek nie ma bladego pojęcia, którą dojedzie do następnego miasta, w trasie nie ma żadnej wioseczki, czasami zdarzają się gery [mongolski namiot, jurta – red.], w których mieszkają pasterze. Trzeba przyznać, że na takich podróżników jak my reagowali przyjaźnie, zwłaszcza, że jechaliśmy z dziećmi, one ułatwiały komunikację. Dodatkowo ciekawość wzbudzał sam fakt, że samochód pochodził z Australii, widać było zupełnie inne tablice rejestracyjne, kierownica znajdowała się po innej stronie – wyjaśnia Michał Ginter, który tłumaczy jednocześnie skąd w takiej podróży bierze się staranny dobór serwisu. – Nie można sobie powiedzieć „A tam, jak czegoś nie dokręcą to zajedziemy znowu, jutro albo za tydzień”. To tak nie działa. Dziennie robiliśmy ok. 300 km, bywały i takie dni, że i 900. Gdybyśmy coś zrobili rano, a poszłoby to nie tak, taka usterka mogłaby wyjść dopiero paręset kilometrów dalej. Na przykład w Uzbekistanie, w kraju, gdzie zrobiliśmy ponad 2 tys. km nie ma ani jednego serwisu Toyoty. Gdyby po drodze było coś nie w porządku, nie byłoby się do kogo zwrócić. Stąd taki staranny dobór serwisów, do których zajeżdżamy, bo to, co zostanie zrobione w kilka godzin na podnośniku musi nam służyć przez wiele dni.

 

Na trasie rodziny podróżników znalazł się również Elbląg, a dokładniej salon Toyota Knedler, serwis oraz sklep położony w Kazimierzowie 4B. Jak tłumaczył Michał Ginter Toyota Land Cruiser to samochód nietypowy, który nie jest sprzedawany w Europie, trzeba tu zatem rozwiązań niestandardowych.
– Potrzebowałem zatem serwisu, który podejmie takie wyzwanie – wyjaśnia Michał Ginter. – Mój znajomy, Marcin Kornacki, który od wielu lat pracuje w branży i ma rozeznanie rynku powiedział mi „Michał, może to nie jest pod nosem, ale do Elbląga nie jest aż tak daleko. Wiem natomiast, że są tam ludzie, którzy doskonale się tym zajmą”.
     Przeglądu dokonano w ciągu doby, był to pierwszy samochód w historii serwisu z taką ilością przejechanych kilometrów na liczniku (ponad 100 tys.), dlatego też jego właściciele otrzymali specjalny puchar Toyoty.
     Żeby spełniać swoje marzenia potrzeba jakości, fachowej obsługi oraz perfekcyjnego przygotowania, ale przede wszystkim odwagi, by jechać tam, gdzie wzrok nie sięga.
– Ale czego tu się bać? – dodaje na koniec Michał Ginter i zapowiada, że nie jest to jego ostatnia podróż.
     Jak podkreśla Jacek Knedler z salonu Toyoty w Elblągu, wizyta Michała Gintera oraz jego Toyoty Land Cruiser jest dla niego szczególnie ważna i wyróżniająca, bowiem niecodziennie samochód z taką ilością kilometrów na liczniku przybywa do salonu.
– Chciałbym podziękować panu Michałowi za zaufanie, którym obdarzył nasz serwis – mówił Jacek Knedler. – To dla nas ogromne wyróżnienie.
     
     Szczegółowe informacje o wyprawie można znaleźć na stronie internetowej wyprawy
     

     

-------Reklama-------
     
     

,
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl