Środa 20-02-2019, imieniny Leona, Ludomira
 
Rek

UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

Głos prosto z serca

 
Elbląg, Głos prosto z serca
Urszula Zajko- Olejniczak (fot. Michał Skroboszewski)
Rek

- Najbliższa jest mi muzyka, która potrafi dotknąć do szpiku kości, która wyzwala emocje i ma smak. Emocje to markery pamięci, dzięki nim muzyka potrafi cofnąć w czasie, to wspaniałe uczucie – mówi Urszula Zajko-Olejniczak, chórzystka zespołu „Cantata” i prezes zarządu Stowarzyszenia Miłośników Muzyki Cantata. Rozmawiamy o początkach przygody ze śpiewem, miłości do opery i o tym, jakie to uczucie śpiewać solo przed publicznością.

- Skąd wziął się w Pani życiu pomysł na śpiewanie?
     - Urszula Zajko-Olejniczak: Miłość do muzyki mam zakodowaną organicznie, nie jest to pomysł, ale naturalna potrzeba, którą podświadomie zaspokajam od najmłodszych lat. Jako mała dziewczynka w swoim pokoju bywałam gwiazdą muzyki pop z udającym mikrofon dezodorantem w ręku i w za dużych szpilkach mojej mamy.
     
     - Czym więc jest dla Pani śpiewanie?
     - To trudne pytanie. Kiedyś marzyłam, aby śpiewanie stało się moim zawodem. Dzisiaj wolę określić je jako najbliższą formę kontaktu z samą sobą, czas, kiedy zatrzymuję się i nie myślę o troskach i problemach, wsłuchuję się w swoje uczucia i emocje… To także świetna forma relaksu i rozrywki, to sprawianie sobie przyjemności.
     
     - "Cantata" była pierwsza, czy może już wcześniej zaczęła się Pani przygoda ze śpiewem?
     - Poważne śpiewanie rozpoczęłam w szkolnym chórze, kiedy miałam dziesięć lat. W tamtym czasie mieszkałam w Siemiatyczach, malowniczym miasteczku na Podlasiu. Szkolny chór był tam jedyną zorganizowaną formą muzykowania dla dzieci i młodzieży, ale działającą bardzo prężnie. Po kilku latach powstała też szkoła muzyczna I stopnia i wraz z rozpoczęciem nauki w szkole średniej rozpoczęłam edukację w szkole muzycznej. Uczyłam się w klasie saksofonu, ale w szkole był również chór, do którego natychmiast wstąpiłam. Prowadziła go cudowna pani Helena Szczygoł, piękna kobieta, zawsze na niebotycznych obcasach. Minęło sporo lat, ale wiem, że ona wciąż prowadzi chór, to wspaniałe. Pani Helena zabierała nas na przeróżne konkursy i festiwale w kraju i za granicą, zawsze dbała, abyśmy byli jak najbliżej wysokiej kultury i sztuki. Dzięki niej jako nastolatka pierwszy raz znalazłam się w Operze Narodowej na „Aidzie” Verdiego. Dla dziewczynki z małego miasteczka to było wielkie przeżycie. Do dzisiaj wspominam programy radiowe i telewizyjne niezrównanego Bogusława Kaczyńskiego, który pokazał mi świat wielkich artystów. Miłość do opery przetrwała do dzisiaj, jak również do chóru, niezmiennie. Wspaniałym doświadczeniem w moim życiu był chór Politechniki Białostockiej, do którego należałam jako studentka oraz praca z Panią profesor Wiolettą Bielecką – dzisiaj dyrygentem i kierownikiem Chóru Opery i Filharmonii Podlaskiej – to ona ośmieliła mnie, abym odważyła się uwierzyć w siebie. Później swoje losy związałam z Elblągiem i trafiłam do „Cantaty”. Ale moja przygoda ze śpiewaniem to nie tylko chóry. Jeszcze na Podlasiu należałam do przykościelnej scholi i byłam "wokalistką" zespołu rockowego, z którym nagrałam pierwsze swoje profesjonalne nagranie w studio.
     
     - Który więc oprócz rocka gatunek muzyki jest Pani szczególnie bliski?
     - Słucham bardzo dużo, bardzo różnorodnej muzyki, czasami bliższy jest mi taki czy inny gatunek. Czasami coś odkrywam i słucham tego tygodniami, ale wciąż najbliższa jest mi opera i art rock w stylistyce Pink Floyd, Anathemy, multiinstrumentalisty Stevena Wilsona i rewelacyjnego Dhafera Youssefa - muzyka łączącego sufi, fusion i jazz. Ten gatunek muzyki to wyśmienita mieszanka klasyki, rocka, muzyki elektronicznej, etnicznej i popu, gdzie słychać niezwykłe eksperymenty z dźwiękiem i głosem, jakby opowieść, bez wyraźnego podziału na zwrotki i refren. Wśród kompozytorów muzyki operowej szczególnie cenię Pucciniego. Kiedy się z nim obcuje, można lepiej poznać samego siebie. Jego dzieła są tak skonstruowane, że nawet gdy nie rozumiemy libretta, a tylko słuchamy muzyki i śpiewu, bezbłędnie poczujemy treść utworu, czy ktoś cierpi, czy tęskni, czy jest szczęśliwy… To ich fenomen. Najbliższa jest mi muzyka, która potrafi dotknąć do szpiku kości, która wyzwala emocje i ma smak. Emocje to markery pamięci, dzięki nim muzyka potrafi cofnąć w czasie, to wspaniałe uczucie.
     
     - A co daje Pani "Cantata"?
     - Śpiewanie w „Cantacie” sprawia mi przeogromną przyjemność. Nie tylko śpiewanie, ale także spędzanie czasu z pozostałymi chórzystami. To niezwykli ludzie, ciekawe wyzwania, wspólne tworzenie, atmosfera przyjaźni, radość. To także ciągłe spotkania z interesującymi ludźmi i współpraca z innymi artystami, to wspólne podróże, mobilizacja i udział w międzynarodowych konkursach i festiwalach, obcowanie z odmiennymi kulturami. Dodatkowo „Cantata” zmotywowała mnie do ukończenia studiów podyplomowych na kierunku Zarządzania dla Twórców, Artystów i Animatorów Kultury na Uniwersytecie Warszawskim. Chciałam posiąść fachową wiedzę na temat odpowiedzialności i pracy na polu kultury. Na studiach spotkałam ludzi z różnych kręgów artystycznych i uczyliśmy się również od siebie nawzajem. Zdobyta wiedza bardzo mi pomaga, a ja nadal się uczę, z każdym nowym przedsięwzięciem czegoś nowego.
     
     - Jest Pani prezesem zarządu Stowarzyszenia Miłośników Muzyki Cantata. Trudno jest szefować tak licznej grupie?

     - Pozornie to trudne, bo wszyscy się różnimy. Jednak tworzymy jeden zespół, podążamy wspólną drogą i do wspólnego celu, praktycznie zatem to „szefowanie” polega na nieustannej współpracy, która jest dla mnie przyjemnością. Do swojej funkcji podchodzę bardzo odpowiedzialnie, bo bardzo szanuję wszystkich chórzystów. Niezwykłe zaangażowanie i pasja pani dyrygent chóru są niczym katalizator, co powoduje, że jeszcze bardziej „chce mi się chcieć”. Praca dla członków „Cantaty” to ogromny zaszczyt. Jestem im wdzięczna za zaufanie, jakim mnie obdarzyli. Trzydziestoletni dorobek zespołu bardzo zobowiązuje i motywuje, aby pracować na jego dobre imię. Nazywam to pracą, bo oprócz śpiewania mam sporo bardziej przyziemnych obowiązków i działań związanych z funkcjonowaniem stowarzyszenia, organizacją koncertów i tak dalej.
     
     - Śpiewa Pani także solówki. Jakie to uczucie śpiewać solo przed publicznością?

     - To mnóstwo napięcia i odpowiedzialność! Głos niespodziewanie może spłatać figla, co trochę stresuje…, ale zawsze jest to głos prosto z serca. Zależy mi, aby słuchacz, który przyszedł na koncert, doznawał czegoś co najmniej miłego, a jeśli ktoś się wzrusza – jest wprost cudownie.
     
     - Ma Pani też czas na inne pasje? Co Pani robi w wolnej chwili?

     - Moją pasją są biografie ludzi związanych z kulturą i sztuką, dlatego w każdej wolnej chwili czytam o nich. W zwierciadle życia wielkich ludzi znaleźć można inspiracje do działania i samorozwoju. Ich życiorysy bywają najlepszym przewodnikiem w sferze muzyki i sztuki, historii, obyczajowości, przemian społecznych i gospodarczych. Najwięksi często pojawiali się za wcześnie dla swoich czasów, a ich pasja miewała znamiona obłędu. Ich losy potwierdzają, że wiara w siebie i swoje możliwości jest dla człowieka bardzo ważna. Nigdy nie powinniśmy jej porzucać.
     
     - Wiem, że jest Pani bardzo zajętą, zaganianą osobą... Co sprawia, że jest Pani w ciągłym biegu?
     - Pewnie to samo, co większości z nas: praca zawodowa, „Cantata”, obowiązki domowe, zakupy, wywiadówki... Oprócz tego staram się wygospodarować czas na wyjazdy z rodziną i przyjaciółmi (a czasami w pojedynkę) na koncert, spektakl, a ostatnio roczny udział w zajęciach Uniwersytetu Wiedzy Operowej w Operze Narodowej w Warszawie. Wciąż coś takiego sobie wynajduję.
     
     - Jaka publiczność jest najtrudniejsza? Była taka, która okazała się trudnym odbiorcą?

     - Myślę, że najtrudniejszą publicznością może okazać się taka, która nie znalazła się na koncercie z własnego wyboru. Najwspanialsza energia jest odczuwalna, kiedy chór śpiewa dla odbiorcy, jaki chce go słuchać, gdy wybrzmiewa pozytywny rezonans, czuć porozumienie z obu stron rampy estradowej!… Nigdy nie doświadczyłam trudnej publiczności.
     
Elbląska Gazeta Internetowa portEl.pl jest patronem medialnym Chóru Cantata
rozmawiała Dominika Kiejdo
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
Reklama

To kupisz w pasażu portElu

Konto poczty elektronicznej
Podpis elektroniczny zestaw na 1 rok Mini
Domena .pl
Podpis elektroniczny zestaw na 2 lata