UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

Elbląg Rocks Europa 2011

 
Elbląg, Elbląg Rocks Europa 2011
To było granie! (fot. Anna Dembińska)

Za nami czwarta już edycja - organizowanego przez Stowarzyszenie Elbląg Europa we współpracy ze Stowarzyszeniem Strefa Działań Kreatywnych, nieformalną grupą Depression Town Crew oraz Centrum Sztuki Galeria El - festiwalu muzyki alternatywnej Elbląg Rocks Europa. W miniony piątek (19 sierpnia) na dziedzińcu Galerii El mogliśmy usłyszeć aż dziewięć zespołów! Zobacz fotoreportaż.

O godzinie 16 - od występu pochodzącej z Morąga grupy MOAFT - rozpoczęła się konkursowa część festiwalu. Ciężki, mocny momentami wściekły kawał instrumentalnego grania był zgoła nieoczekiwanym przeze mnie tego dnia muzycznym daniem. Muzyka MOAFT oparta na niezwykle mocnej sekcji rytmicznej, ciężkiej jak walec gitarze wzbogacona bardzo ciekawymi tłami z samplera hipnotyzowała i intrygowała. Bardzo interesujący początek pozwalał liczyć na kolejne ciekawe odkrycia tego dnia.
     Po tak intensywnej dawce muzyki przyszła kolej na zdecydowanie lżejsze klimaty. Pochodzący z sąsiedniego Nowego Dworu Gdańskiego The Bitter End z dwoma dziewczętami w składzie zaprezentował łagodniejszą wersję rockowego rzemiosła. Proste, melodyjne utwory, kobiecy wokal i skojarzenia z zespołami pokroju Łez są tu nieodzowne. To nie moja muzyczna bajka ale chęci grania, zabawy i zaangażowania młodym muzykom za nic nie odmówię.
     Spotless Mind to ekipa w naszym mieście już znana. O ile dobrze liczę to ich trzeci występ po roszadach na pozycji wokalisty/ki. Po nieco nieśmiałym początku i problemach z nagłośnieniem wokalu rozbujali się i zagrali dobry set, choć nie mogę powiedzieć aby wyróżniał się on czymś szczególnym. Widać, że Maja coraz lepiej czuje się w swojej roli, i że droga, którą zespół obrał wydaje się właściwą. Nie stało by się jednak nic złego (a wręcz przeciwnie) gdyby pojawiło się w brzmieniu gitary trochę więcej mocy a co za tym idzie i energii.
     Zespół Czarna Pantera, który przybył do nas z Gąbina również mnie zaskoczył totalną muzyczną zmianą klimatu jaka nastąpiła wraz z pojawieniem się muzyków na scenie. To jednak było jedyne zaskoczenie w czasie ich występu. Muzyka spod znaku ska (z wykorzystaniem trąbki i akordeonu) gdzieś tam inspirowana grupami pokroju Happysad, Akurat czy poniekąd kojarząca się z popularnym obecnie Enej, była świetnym pretekstem do zabawy, ale nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że takich dźwięków ostatnimi czasu jest bardzo dużo, i że nie odróżniłbym muzyki Czarnej Pantery od innych tego typu grup. Jednak oddać im trzeba, że grać potrafią, publikę rozruszać też potrafią. I na ich występ wyszło słońce.
     Za to wraz z pojawieniem się na scenie Insigne niebo spowiły czarne chmury, wiatr się rozhulał i pogoda znowu pokazała, że czuje muzykę. Bo koncert Insigne z ich mroczną, pokręconą muzyką wsparty taką aurą nabrał zupełnie innego wymiaru. Klimat tego występu, nie tylko ze względu na pogodę ale przede wszystkim ze względu na dobre i interesujące kompozycje, i świetne wykonanie był naprawdę mocny. Wspominałem to już przy okazji czerwcowego koncertu, że Insigne rokuje znakomicie i oby byli wytrwali w tym co robią.
     Jako ostatni w części konkursowej zaprezentował się pochodzący z Katowic zespół Tora Tora Tora. Nazwa zespołu bardzo dobrze współgra z proponowaną przez chłopaków muzyką. Bezkompromisowy niczym japońscy kamikadze punk, melodyjny a zarazem cały czas galopujący do przodu mógł się podobać i się podobał. Dowodem na to była spora grupa wytrwalców, którzy pomimo padającego deszczu i błota uprawiali pod sceną intensywne pogo.
     Część konkursowa zakończyła się wraz z występem katowiczan. Nastał czas na obrady jury oraz zebranie głosów publiczności. Jednak ażeby czas ten nie był czasem straconym wypełnił go występ elbląskiej grupy Earl Grey. Nawiązujący do klasycznego hard rocka z dawnych lat set zespołu tak bardzo przypadł do gustu publiczności, że ta nie za bardzo chciała się z nimi rozstać. Szczególną uwagę przykuwał charyzmatyczny gitarzysta Daniel Zgliński, swoim zachowaniem nawiązując do klasyków rockowego grania. Na deser zagrali „Ten wasz świat” Oddziału Zamkniętego.
     W końcu nadszedł długo wyczekiwany moment ogłoszenia wyników. Za taką, a nie inną kolejność oprócz trzyosobowego jury odpowiedzialna była również publiczność. Jeśli więc ktoś czuje się nieusatysfakcjonowany poniższym wynikiem wie gdzie zgłaszać swoje pretensje. I tak 3 miejsce zajęła rozbujana ekipa Czarnej Pantery. Drugie (i to moim zdaniem jest największa niespodzianka) zajęła ekipa MOAFT. Zaś zwycięzcami tegorocznej edycji okazali się punkowi wojownicy ze Śląska czyli Tora Tora Tora. Podsumowując krótko taki a nie inny wynik, ciężko nie zauważyć, że kluczem do sukcesu okazała się muzyka żywa, energiczna, melodyjna dobrze nadająca się do zabawy pod sceną. Trochę dziwi (mnie osobiście jednak cieszy) tak wysoka pozycja ekipy z Morąga, która chyba zaprezentowała muzykę najtrudniejszą w odbiorze, najmniej komercyjną a do tego instrumentalną. Warto jeszcze podkreślić, że najwięcej głosów publiczności zdobyła ekipa The Bitter End.
     To jednak nie był jeszcze koniec tego wieczoru. Po odczytaniu wyników i gratulacjach na scenie zainstalowali się goście z Norwegii – Cardiac Arrest. Niezwykle sympatyczna ekipa ludzi z krainy fiordów i lodowców zaskoczyła bardzo pozytywnym i pełnym nieposkromionej energii występem. Pograli trochę coverów m. in. Rise Against i Blink 182. Członkowie zespołu okazali się bardzo rozgadani prowadząc między utworami nieustający dialog zarówno między sobą jak i z publicznością. Niewątpliwie barwnym ornamentem dodającym ich występowi nieco kabaretowego posmaku było pojawienie się na scenie znanego z pewnego elbląskiego zespołu na "S" basisty, który w bardzo nieskoordynowanym układzie choreograficznym wtórował muzykom w trakcie granych przez nich utworów. Moim zdaniem ten właśnie drobny, skromny i pełen entuzjazmu występ tego młodego człowieka zasłużył na nagrodę publiczności.
     Po koncercie norwegów nastąpiła dłuższa przerwa na zainstalowanie się gwiazdy wieczoru. W tym czasie prowadzący koncert Krzysztof Jaworski przechodził samego siebie w próbach ułagodzenia domagającej się występu publiki. Z odsieczą przybyła bartoszycka grupa Salamandra ze swoim kilkudziesięciominutowym fireshow.

 


     No i nadeszła pora (niewczesna, bo po godzinie 22 już) na gwiazdę wieczoru. Fani alternatywnego i psychodelicznego grania z pewnością będą ten wieczór wspominać znakomicie. Występ legendy polskiej sceny – Apteki – był bardzo dobrym zwieńczeniem tegorocznego festiwalu.
     Cieszy, że idea ERE jest kontynuowana i to z całkiem niezłym skutkiem. Cieszy również, że organizatorzy poszerzyli formułę i dopuścili do udziału zespoły pochodzące z całej Polski. Taka formuła jest z pewnością ciekawsza dla elbląskich maniaków gitarowego grania, którzy z reguły dobrze znają lokalne kapele, a dzięki temu mogą poznać mniej znane acz nie mniej ciekawe zespoły z kraju. Zobaczymy co przygotują dla nas za rok.

Tomasz Sulich
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
..., a moim zdaniem
Pokazuj od
najnowszych
Reklama