Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Sobota 25-11-2017, imieniny Katarzyny, Erazma
 
Rek

UWAGA!

Rek
Telefon portElu Halo, tu portEl
512 918 555

Wiadomości

Na osiedlu

Gospodarka

Społeczeństwo

Kultura

Sport

Na uczelniach

Zbrodnia i kara

Prasówka

Jej portEl

Kina i teatr

Konkursy

Dawny Elbląg

Poradnik

Hit czy kit?

Po godzinach

Fotoreportel

Jesienne spacery. Jesienne spacery.

Komu Aleksander?

Elbląg, Komu Aleksander? Mirosław Siedler (fot. rp)

27 marca przypada Międzynarodowy Dzień Teatru, doroczne święto, z okazji którego w Teatrze im. Sewruka przyznawane są Aleksandry - nagrody m.in. za Kobiecą i Męską Rolę roku, a widzowie nagradzają najpopularniejszego aktora. W tym roku wybierać mogą także czytelnicy portElu. Do 27 marca zaprezentujemy rozmowy z wszystkimi aktorami elbląskiego teatru. Wcześniej jednak o mijającym roku w Teatrze im. Sewruka i rolach szczególnie wartych zapamiętania rozmawiam z dyrektorem Teatru Mirosławem Siedlerem.

Piotr Derlukiewicz: Które role w okresie będącym przedmiotem oceny, a więc od Dnia Teatru ‘2008 do Dnia Teatru ‘2009, uważa Pan za szczególnie godne przypomnienia widzom. Rozpatrujemy sześć spektakli, które miały premiery w tym czasie: „Policja” Sławomira Mrożka, „Czekając na Godota”, „Bajki samograjki”, „Czego nie widać”, „Aż do bólu” i „Mein Kampf”.
     Mirosław Siedler: Repertuar jest dosyć różnorodny, są trzy tytuły, które mnie szczególnie interesują jako dyrektora artystycznego: „Czekając na Godota”, „Aż do bólu” i „Mein Kampf” - to teatr, jak by niektórzy powiedzieli, z gatunku cięższego, trudniejszego. Są dwa spektakle reprezentujące tzw. teatr popularny: „Policja” i „Czego nie widać”, jest też bajka. Gdybym miał oceniać role, to powiem, że w przypadku ról żeńskich miałbym duży problem. Szczególnie gdy chodzi o „Czekając na Godota”, jako że tam nie ma żadnej żeńskiej roli. Zastanawiałbym się nad „Czego nie widać”. Maria Makowska i Teresa Suchodolska to dwie koleżanki występujące w tym spektaklu, które chciałbym wyróżnić. I debiutantka w „Aż do bólu” - mówię tu o Ani Iwasiucie, która stworzyła interesującą, krwistą postać. Jest jeszcze ostatnia premiera - „Mein Kampf”, gdzie wystąpiła również Maria Makowska. Jej dwie różne role: rola w farsie i rola - również w farsie - ale „śmiertelna”, śmiertelnie poważna Pani Tod.
     Może to takie dosyć oschłe podsumowanie, bo role wymagałyby szerszego omówienia. Ale mówimy o pewnym rankingu, podajemy tylko miejsce pierwsze, drugie, trzecie albo podajemy swoje typy, stąd takie podejście.
     
     Panowie mieli łatwiej... Musieli się może mocniej napracować, ale łatwiej było im zapaść w pamięć widzów.
     Teatr tak jest skonstruowany przez autorów dramatów, że jest więcej ról dla mężczyzn, bez względu na wiek, i są one bardziej interesujące. Niezależnie od tego, czy autorem jest kobieta, czy mężczyzna, to mężczyźni mają obszerniejszy materiał, materiał dający więcej szans aktorskich.
     
     Czyli...
     Chociażby „Czekając na Godota”, gdzie Tomek Czajka stworzył świetną rolę. Tomek stanął przed trudnym zadaniem. Grając określone typy bohaterów, poczynając od Artura w „Tangu”, w takich typach ciągle był obsadzany, nagle dostał zadanie aktora-weterana, wyjadacza scenicznego. Aktora, który gra bardzo czujnie, wrażliwie. Myślę, że bardzo dużo się nauczył przy tej roli i to, czego się nauczył, w „Godocie” pokazał. Tomek miał o tyle trudne zadanie, że grał duże role - bo tych ról równolegle z próbami „Godota” trochę musiał zagrać - przygotowywał też zaraz następną dużą rolę w „Czego nie widać”. I znowu, gdybyśmy porównywali „Godota” z „Czego nie widać”, są to dwa różne materiały. Tomek w „Godocie” pokazał się taki, w „Czego nie widać” pokazał się z innej strony. Więc umie i tak, i tak. Umie wykorzystać swoje doświadczenie i warsztat aktorski. Co to jest warsztat aktorski? To najtrudniej określić, bo to jest ten najbardziej wrażliwy instrument świata, czyli nasze własne emocje, nasz własny organizm, na którym się gra. Tomek gra śmiało, odważnie, szeroko i jednocześnie subtelnie, mówię tu o „Godocie”. „Godot” z punktu widzenia aktorskiego w wykonaniu Tomka Czajki jest znacznie bardziej wartościowy niż rola w „Czego nie widać”. Boję się zawsze używania określenia „kreacja”, bo musimy gdzieś znaleźć proporcje. O kreacjach możemy mówić np. w przypadku Tadeusza Łomnickiego. Tutaj mówimy o bardzo dobrych, krwistych rolach, takich jak Tomka Czajki w „Godocie”. Czy Leszka Czerwińskiego w „Aż do bólu”. Leszek Czerwiński, debiutujący aktor, ale grający niuansowo, delikatnie, subtelnie, z niezwykle trudnym materiałem poradził sobie w sposób brawurowy. Materiałem o tyle trudnym, że przez pierwsze dziesięć minut spektaklu Leszek gra w normalnej pozycji, a potem przez półtorej godziny jest zwinięty, spętany, z zasłoniętymi oczami. I w tej sytuacji zagrać rolę - to jest dopiero wyzwanie dla aktora i poważne zadanie do realizacji. Ale najświeżej w pamięci zostają te ostatnie premiery. Ostatnią naszą premierą jest „Mein Kampf” Taboriego. A w niej dwóch kolegów, którzy - powiedziałem to po premierze - zaczynają dojrzewać aktorsko, zaczynają się w swym aktorstwie osadzać. Przestaje to być aktorstwo szkolne, które jest takim aktorstwem dotykającym, nieśmiałym, muskającym. Jest to aktorstwo głębokie i pełne. Mówię tu o Tomku Muszyńskim i o Marcinie Tomasiku. To taki pierwszy rzut oka na to, co zdarzyło się od Dnia Teatru do Dnia Teatru.
     
     Trudno jest oceniać kolegów?
     Oczywiście, może to być niesprawiedliwe, ale wiadomo, że teatr jest rzeczą subiektywną, subiektywnie odbieraną. Nawet jeśli działamy w tej dziedzinie, nawet jeśli jesteśmy mniejszymi lub większymi fachowcami, to i tak będziemy odbierali teatr przez pryzmat tego, co się nam podoba. Z gustami się nie dyskutuje, więc nie będziemy dyskutować z pojedynczymi gustami. Czyli na przykład z moim.
     
     Statuetki Aleksandra przyznawane są często nie za jedną, a za więcej ról, jeśli aktor miał szczęście zagrać ich więcej. Co dla Pana liczyłoby się w takiej ocenie przede wszystkim?
     Różnorodność. Oczywiście, może być tak, że komuś będą się bardziej podobać role Mariusza Michalskiego w „Policji” czy też w „Czego nie widać”. Ale są to spektakle dosyć podobne, dosyć podobne prezentacje. Ja raczej stawiałbym na różnorodność. Kiedy mówię o Marcinie Tomasiku w „Main Kampf”, mam też na względzie jego rolę w „Godocie”. Przecież to dwie zupełnie różne role, wymagające poważnego warsztatu aktorskiego. Prezentacje aktora, który musi wymykać się ze swojego emploi, musi uciekać od tego, co mu narzucają warunki fizyczne. I nie ma szans, żeby na swoich warunkach fizycznych bazować, ale musi coś wykreować. Przecież chłopięcy wygląd, chłopięca ciągle postura pretendują Marcina do tego, by grał dzielnych Janków i innych bajkowych bohaterów. Zresztą, grał ich przez pewien czas i to się odcisnęło piętnem na jego kolejnych rolach. Postanowiłem go z tego „kanału” aktorskiego wyciągnąć, stąd propozycja W „Mein Kampf”. Ta sama sytuacja dotyczy Tomka Muszyńskiego. Tomek Muszyński od dłuższego czasu nie przygotowywał ról premierowych, miał trochę odpoczynku, ale chyba ten odpoczynek dobrze mu zrobił. Dobrze zrobiła mu również praca z Arturem Hofmannem [reżyser „Mein Kampf” - red.] i tak wyrazista rola. Rola, która jest jednak niebezpieczna, bo może prowadzić do dosyć łatwego potraktowania, spłycenia tematu. W mojej ocenie Tomek tego nie zrobił, wręcz przeciwnie - patrząc z przymrużeniem oka na postać Hitlera, stworzył krwistą, prawdziwą postać. No, oczywiście taką przez pryzmat spojrzenia Taboriego.
     
     Dla Marcina Tomasika może to być przełomowy rok. Nie dość, że przylgnął do niego wizerunek dzielnego Janka, to jeszcze fryzjera-geja z „Szalonych nożyczek”. Bałem się, że spod tych nożyczek już się nie wyrwie.
     „Szalone nożyczki” to był kierunek, który miał go „wyciągnąć” z chłopczyka. I wprowadził go w taki niebezpieczny sposób grania, który mu się przenosił na kolejne postacie. W „Mein Kampf” musiał zedrzeć z siebie wszystko. Całe doświadczenie poprzednich ról musiał wyrzucić do kosza i zacząć pracę od początku. I zrobił to z powodzeniem, odnalazł się w tym. On przecież z Tomkiem Muszyńskim przez dwie godziny grają we dwóch i to w takim spektaklu, gdzie nie ma oddechu. Nie jest tak, że wchodzi się na jedną scenę i wychodzi. Dwie godziny non stop, dwie godziny niełatwego materiału dla aktora. Bo tak na dobrą sprawę, nie wiadomo, jak to ugryźć: czy bawić się w farsę i puszczać oko do widza, czy zagrać to niesamowicie poważnie. Oni znaleźli ten złoty środek. Myślę, że to duża zasługa Artura Hofmana, który wspierał ich wiedzą, informacjami i jednocześnie prowadził w bardzo delikatny sposób.
     
     Panie miały w tym roku mniej dobrych ról, miały trudniej, jednak któraś z nich także otrzyma statuetkę Aleksandra. Pańskim zdaniem, co powinno być docenione?
     Maria Makowska, która jest seniorką w zespole, odnajduje się w każdym repertuarze, w którym się znajdzie. W każdym potrafi wykorzystać swoje wieloletnie doświadczenie z pracy również na tej scenie. „Mein Kampf” to była 106. premiera Marii Makowskiej. Te dwie jej prezentacje - w „Czego nie widać” i w „Mein Kampf”, są prezentacjami, które wymagają zupełnie innego sposobu grania, zupełnie różnych efektów. Majka tu się odnajduje. Poza tym Majka drąży, nie pozostawia materiału ot, tak sobie, nie traktuje go powierzchownie, naskórkowo. Nie ma takiego spektaklu, który by potraktowała lekko. I są tego efekty.
     Teresa Suchodolska w „Czego nie widać”. Znowu stajemy przed bardzo trudną rolą: w tym tłoku, w tym zamieszaniu, w tym wirze, ona nie ma dużo tekstu. Gra postać, która nie błyszczy temperamentem, dynamiką, wręcz przeciwnie, i jeszcze chodzi bez ubrania. Prawie. Ale potrafi dać swojej postaci jakieś cechy charakterystyczne: lekko zagubionej, półsennej, zupełnie innej od postaci, które do tej pory prezentowała na scenie.
     Ania Iwasiuta rwie się do pracy, weszła w parę zastępstw i ciągle chciałaby robić coś nowego. Ania jest wyjątkową osobą: jest dosyć zasadnicza, niezwykle dynamiczna, okiełznanie tego dynamitu jest trudne. Ale dzięki temu mamy tę ekspresję i wyrazistość w „Aż do bólu”. To właściwie na niej trzyma się dynamika tego spektaklu.. Ona to wszystko prowadzi, prowadzi cały spektakl. I robi to bardzo dobrze, tym bardziej, że jest debiutantką, a pierwszy rok na scenie jest chyba zawsze najtrudniejszy.

PD
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
..., a moim zdaniem
  • W tej wypowiedzi brak mi wymienienia debiutującej na naszej scenie młodej i bardzo uzdolnionej Anny Gryszkiewicz. Pani Anna bardzo udanie zadebiutowała w trudnej roli Gertchen w MEIN KAMPF. Pozdrawiam
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0 0
    Stały widz(2009-03-13)
Reklama