Piątek 22-02-2019, imieniny Marty, Małgorzaty
 
Rek

UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

Nauczycielka mówiła, że do śpiewania się nie nadaję…

 
Elbląg, Nauczycielka mówiła, że do śpiewania się nie nadaję…
- Zawsze mówiłem niewyraźnie i się jąkałem, dopiero jak zacząłem śpiewać, ludzie zaczęli mnie rozumieć. Dlatego zacząłem śpiewać - śmieje się Piotr Lassota (fot. Michał Skroboszewski)
Rek

Śpiewanie towarzyszyło mu przez całe życie, aż przerodziło się w pasję. Znany jest z wielkiego dystansu do siebie. Na co dzień lekarz, mąż i ojciec. Choć dzieci nie chcą słuchać jego głosu, on nie przestaje śpiewać. Szczególnie wieczorami na próbach chóru Cantata, gdzie dał się poznać jako żartowniś i wesołek. O swojej wielkiej pasji – śpiewaniu - opowiada chórzysta Cantaty Piotr Lassota. Co niedzielę na portEl.pl będziemy przedstawiać kolejnych członków miejskiego chóru.

Dominika Kiejdo: - Śpiewanie towarzyszyło Ci od dawna. Początki były w oazowym chórze. Jak wspominasz tamte czasy?
     Piotr Lassota: - Zawsze mówiłem niewyraźnie i się jąkałem, dopiero jak zacząłem śpiewać, ludzie zaczęli mnie rozumieć. Dlatego zacząłem śpiewać (śmiech). A moje początki śpiewania były takie, że w szóstej klasie prawie nie zdałem z muzyki, bo strasznie się wtedy wstydziłem i jak śpiewałem, to miałem głos jak owca z pastwiska. Nauczycielka stwierdziła, że do śpiewania się nie nadaję. A mój prawdziwy początek ze śpiewaniem sięga rzeczywiście tamtych oazowych czasów, gdy powstał nasz słynny zespół oazowy. Śpiewałem wtedy w basach, później śpiewałem pierwszym tenorem, teraz śpiewam drugim tenorem. Jest szansa, że za dwadzieścia lat będę śpiewał w dziecięcym chórze (śmiech).
     
     - Potem były studia…
     - I też było śpiewanie w kościelnej scholi studenckiej.
     
     - Czyli cały czas nie mogłeś się uwolnić od śpiewania...
     - Nie bardzo chciało mi się od tego uwalniać. Śpiewałem też podczas wizyty Jana Pawła II w Elblągu w 1999 roku. Aż w końcu wstąpiłem do chóru Akademii Medycznej. Był to mój pierwszy poważny chór. Po skończonych studiach medycznych przyjechałem do Elbląga. Tuż przed studiami miałem mały epizod w Cantacie, gdzie śpiewałem przez pół roku, potem wyjechałem na studia. Gdy wróciłem po studiach do Elbląga, znów na bardzo krótką chwilę wstąpiłem do Cantaty. Pojawiło się wtedy na świecie moje drugie dziecko i nagle okazało się, że mając dwójkę małych dzieci nie jest tak łatwo wyrwać się z domu. Trzeba było przebierać pieluchy, a nie wyć do księżyca (śmiech). A jak już podrosło to i owo, to stwierdziłem, że wstąpię do chóru znowu. Było to około sześć lat temu. Było ryzyko, jak na świecie pojawiła się Maryśka, że znów będę musiał opuścić szeregi, ale moja żona jest bardzo cierpliwa względem mojej pasji i pozwala mi na chodzenie na próby.
     
     - Pozazdrościć tak cierpliwej żony. Praca zawodowa, trójka małych dzieci, a Ty masz nadal czas na śpiewanie.
     - Moja żona wręcz zachęca mnie do kontynuowania tej mojej pasji. Może troszkę pomarudzi, jak mamy jakieś wyjazdy chóralne czy weekendowe obozy szkoleniowe, ale tak naprawdę chce, żebym śpiewał, bo lubi, jak śpiewam.
     
     - Jak często nie ma Cię w domu z powodu pasji?
     - Dwa razy w tygodniu są próby. Czasami dochodzą próby dodatkowe przed koncertami. 20 grudnia mieliśmy koncert kolęd, w przeddzień mieliśmy próbę chyba do godz. 23.
     
     - Znamy się z czasów szkoły średniej. Zdążyłam Cię wtedy poznać jako człowieka bardzo wesołego, pogodnego… Nadal jesteś rozśmieszaczem grupy, takim „chóralnym trefnisiem”?
     - Ciekawe określenie: „chóralny trefniś”... Otóż są lepsi ode mnie (śmiech). Zdecydowanie. Ja tam jestem szara myszka. Uspokoiłem się trochę, szczególnie jeśli chodzi o przerywanie komuś, wtrącanie się w rozmowę. Na próbach musimy po prostu ciężko pracować, więc staram się nad tym panować. Choć dyrygentka, jak to przeczyta, nie zgodzi się z tym pewnie i powie: „Lassota tak gada, ale i tak przeszkadza”… (śmiech).
     
     - Trudno mi sobie Ciebie wyobrazić jako człowieka poważnego, jako pana doktora stawiającego poważną diagnozę… Czy zmieniłeś się przez ostatnie lata?
     - Na początku w chórze nikt nie chciał uwierzyć, że jestem lekarzem. Musiałem przynieść pieczątkę (śmiech). Lekarze muszą być poważni wtedy, kiedy muszą być poważni. Nie od razu też trzeba ze wszystkiego sobie „robić totalne jaja”, wystarczy być pogodnym. Ja jestem pogodnym lekarzem. A kiedy mogę, to sobie pozwalam na to, żeby być mało poważnym. Troszkę spoważniałem, choć wciąż się wygłupiam. Nikt w chórze nie zwraca się do mnie po imieniu, ale oczywiście „Laser”. Z kolei w chórze gdańskim miałem ksywę „Józek”. Wszędzie, gdzie tylko się pojawiałem, miałem ksywę. Wynikało to z tego, że jakoś trzeba nazwać tego, kto „robi sobie jaja” i przez to pewnie wyróżniałem się z tłumu. Trochę spoważniałem od czasów liceum, ale chyba jednak w niewielkim stopniu. Staram się teraz być po prostu bardziej odpowiedzialny. O tak właśnie bym to ujął.
     
     - Który gatunek muzyki jest Ci szczególnie bliski?
     - No właśnie to trochę dziwne, ale ja mało słucham muzyki. Wolę muzykę wykonywać. Jak mam wolny czas, wolę poczytać książkę, obejrzeć film albo posłuchać audycji radiowej. Wolę to zdecydowanie od słuchania muzyki. Lubię muzykę wykonywać, bo jest to proces tworzenia utworu. Przynosi mi to satysfakcję, jak coś dłubiemy, dłubiemy, a potem powstaje z tego coś ciekawego. Poza tym podoba mi się wielogłosowość. Jeden głos to za mało. Oczywiście są tacy, których słucha się godzinami w wersji solo. I nie mówię tutaj o sobie (śmiech).
     
     - Każdy może śpiewać w Cantacie solówki?
     - W miarę możliwości tak. Śpiewanie solo to kwestia nie tyle głosu, choć to też jest oczywiście ważne, co tego, by nie bać się wyjść na scenę i zaśpiewać. Wiele osób wychodzi na środek, czuje, że wszyscy się na nie patrzą, one mają gulę w gardle i się spalają, a ja jestem na tyle beztroski, mam tyle do siebie dystansu, że wychodzę i śpiewam, chociaż tremę też mam.
     
     - Pamiętam Twoje sławne „The Lion sleeps tonight”, w którym to wykonaniu naśladujesz odgłosy zwierząt, co rzeczywiście potwierdza, że masz do siebie dystans.
     - Trzeba mieć do sobie dystans, bo ja tam robię za małpę, psa, osła i różne takie (śmiech).
     
     - Twoi pacjenci kojarzą Cię ze śpiewaniem?
     - Moi pacjenci są zajęci raczej swoimi dolegliwościami. Nie jestem chyba na tyle sławną postacią. Chociaż zdarzyła mi się jedna taka historia. Pojechałem kiedyś na karaoke do Kątów Rybackich i miałem zamówić jakąś piosenkę. Podchodzę, a pani prowadząca karaoke mówi: „No, co dla doktorka „Ona tańczy dla mnie”? A ja ją pytam: „Skąd pani wie?”, a ona na to, że widziała na Facebooku. To był taki pierwszy przejaw mojej popularności (śmiech).
     
     - Masz jakąś swoją ulubioną kolędę?
     - Tak, i jest, o dziwo, smętna i rzewna. „Nie było miejsca…” Bardzo lubię tę kolędę.
     
     - Śpiewasz dzieciom?
     - Śpiewam dzieciom, ale one nie chcą mnie słuchać. Mówią: „Tato, przełącz kanał… Włącz nam jakiś film czy bajkę” (śmiech).
     
     - Macie w  zwyczaju wspólne śpiewanie kolęd w domu?
     - Tak, ja gram na gitarze, żona na pianinie. Ona też cudownie śpiewa, tylko się poświęciła, bo ktoś musi się opiekować dziećmi. Uważam, że jest to absolutnie nieodkryty talent. Czekam, aż ona kiedyś będzie miała swój czas.
     
     - Co daje Ci śpiewanie w chórze?
     - Zabrzmi głupio, ale lubię słuchać swojego głosu. Jest to bardzo nieskromne, ale ja zawsze byłem mega skromny (śmiech). Przede wszystkim lubię słuchać harmonii chóralnej. Jak te głosy się razem zgrywają i powstaje harmonia różnych dźwięków, ten efekt finalny. No jestem jakoś tam wrażliwy na muzykę, mimo, że za często jej nie słucham. A dodatkowym plusem śpiewania w chórze jest to, że jest tam świetny klimat, świetni ludzie. Można odstresować się po pracy. Lekarz to ciężki zawód, odpowiedzialny i tak dalej, i tak dalej. Ja się tak co prawda nie stresuję, bo mam pogodne usposobienie, ale śpiewanie daje mi dodatkową energię.
     
     - A co jest w Twoim zawodzie najtrudniejsze?
     - Świadomość tego, czy wszystko zrobiłem tak dobrze, jak powinienem. Jak się zdarzy jakiś błąd, to człowiek to przeżywa. W moim zakładzie pracy moje usposobienie też daje o sobie znać. Mam bardzo fajną atmosferę w pracy. Jako że jestem kierownikiem, to mogę pewne rzeczy kształtować. Na przykład ostatnio były mikołajki i przebrałem się za Mikołaja i rozdawałem wszystkim pracownikom prezenty. Trochę niecodzienne. Składamy się po dyszce i pracownicy wiedzą, że nie mogą niczego normalnego oczekiwać czyli dycha przepadła… (śmiech). Jeden z lekarzy dostał wielki znicz (śmiech). Kupiłem też stopę z masy plastycznej, którą, jak wkłada się do wody, to robi się sześć razy większa. Jeszcze brelok do kluczy w kształcie ważki, który świecił, jak się wciskało, a jedną dychę zamieniłem na chorwackie kuny. Robimy też sobie imieniny. Solenizant przynosi ciasto, a w zamian za to dostaje od nas kwiaty i zawsze wołają kierownika, a ja wtedy wchodzę i śpiewam: „Sto lat”. To jest obowiązkowy punkt programu.
     
     - W jakich sytuacjach życiowych najczęściej śpiewasz?
     - Czasami łapię się na tym, że nucę jakiś fragment, którego uczę się na chórze, przy pacjencie podczas badania. Skupiam się na badaniu, ale śpiewanie wychodzi ze mnie po prostu automatycznie. Być może kilka razy mnie taksowali wzrokiem…
     
     - A Twoje dzieci też są muzykalne?
     - A są, wszystkie. Synowie są w szkole muzycznej. Starszy gra na trąbce a młodszy na skrzypcach. A Maryśka jak śpiewa „Mam tę moc”, bo to jej ulubiona piosenka. Mimo że słowa straszliwie kaleczy, muszę przyznać, że melodię całkiem trzyma. A młodszy syn raz zaśpiewał na festynie kościelnym i wygrał czytnik e-booków. Śmiałem się, że będziemy teraz chodzić na wszystkie festyny, może wygra coś więcej i zapracuje na swoje utrzymanie (śmiech).
     
     
Elbląska Gazeta Internetowa portEl.pl jest patronem medialnym Chóru Cantata
     
Rozmawiała Dominika Kiejdo
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
Reklama

To kupisz w pasażu portElu

Autoryzowany Serwis Citroen Hadm Gramatowski
Autoryzowany Serwis Skoda Hadm Gramatowski.
Serwis i Części VW - HADM Gramatowski
Wyprzedaż rocznika 2017 w salonie Skody HADM