Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Piątek 09-12-2016, imieniny Wiesława, Leokadii
 
Rek

UWAGA!

Zamknij Zamknij
Rek

O świętym prawie autora do…

Poniżej publikujemy nadesłany na adres redakcji portElu tekst autorstwa Daniela Błaszkiewicza. Jest to riposta na recenzję Ryszarda Tomczyka zamieszczoną w ostatnim wydaniu kwartalnika Tygiel. Sprawa dotyczy konkursu literackiego Fundacji Elblągu. Zachowaliśmy oryginalną pisownię.

Ferment intelektualny jednego z kłosów, czyli uczestnika konkursu literackiego Fundacji Elbląg
     
     

"W twarz?!
     Jeżeli nie jestem mądry, dlaczego mam udawać,
     że jestem? Jeżeli jestem bezradny,
     dlaczego mam udawać, że mam na podorędziu
     rady dla swych współczesnych?
     Jestem tu i każdy ma jakieś tu,
     a jedyne co możemy zrobić, to starać się
     to nawzajem zakomunikować" (Cz. Miłosz, Widzenia nad zatoką...)

     
     Jakże łatwo dobierając przypadkowe, nie do końca przemyślane wyrażenia, zwroty, słowa klucze przypiąć komuś łatę, etykietę, słowem – przyprawić komuś gębę. Tym samym nadawca komunikatu przywołuje odbiorcy tegoż całą gamę przypisanych do tego słowa klucza przez środki masowego przekazu, kulturę, a najczęściej samo życie znaczeń, konotacji, domysłów. Żyd, komunista, mason to najbardziej rozpowszechnione w naszym języku słowa wytrychy wręcz, które odnosić się mogą do niemal każdej sfery życia społecznego, ale istnieją również wyrażenia bardziej osobiste, tyczące konkretnego realnego człowieka. Wypowiedzenie ich i skierowanie do kogoś, o kim usłyszało się czy przeczytało kilka oględnych słów a nawet zdań może świadczyć o wyjątkowym braku samokontroli ich autora.
     Wraz z nieustającym postępem bezlitosnego koła czasu niosącego upadek kolejnych ustrojów, systemów społeczno-ekonomicznych wypływają na powierzchnię języka nowe słowa klucze, którymi wysługujemy się jak posługaczami, lokajami, pomywaczami. Przyjrzyjmy się na przykład takiemu określeniu jak pomywacz. Kim jest najczęściej człowiek wykonujący to niezbyt chlubne wydawałoby się - bowiem w dzisiejszej dobie wyśnionego wilczego kapitalizmu żadna praca nie hańbi - zajęcie? Na ogół osobnik nasz wywodzi się z niższej warstwy społecznej, ma niezbyt wygórowane aspiracje życiowe, społeczne czy też wyższego rzędu- duchowe, kulturalne. Pomywając niekończące się stosy naczyń pracownik taki marzy najczęściej, by jak najszybciej opuścić miejsce swojej kaźni i udać się do baru by kilkoma piwami zagłuszyć budzące się ambicje ,a jednocześnie pozbyć się napięcia będącego efektem kilkunastogodzinnego stania w określonej pozycji. Od tej najprostszej funkcji rozpocznie swą karierę świeżo upieczony magister ekonomii, który po przebrnięciu sita rekrutacyjnego w jednej z sieci hoteli o zasięgu globalnym został wytypowany do objęcia w przyszłości stanowiska dyrektora generalnego na region dajmy na to Europy Środkowo-Wschodniej. Ponadto może się zdarzyć, że w tej grupie zawodowej umieścił się powieściopisarz zbierający materiały do sagi o rodzinie prowadzącej rodzinną restaurację, dziennikarz opracowujący temat łamania praw pracowniczych w polskich firmach albo inspektor sanepidu badający czystość, sposób przyrządzania potraw a nawet ich skład w barach szybkiej obsługi z tajską czy chińską kuchnią. Czym innym będzie posada pomywacza dla uchodźcy z Bangladeszu, Srilanki czy Somalii, bo i takich miałem okazję spotkać na swej urozmaiconej drodze życia, a czym innym dla absolwenta filologii angielskiej albo inżyniera automatyka z Polski. Swoją drogą nie widzę nic zdrożnego ani hańbiącego w byciu pomywaczem u Ritza czy w Savoyu.
     
     Z nieco innej beczki
     Jak już wspomniałem z niejednego pieca miałem okazję jadać, dlatego śmiem twierdzić, iż najlepsze rozeznanie, zrozumienie względności słów kluczy można zauważyć w środowisku szeroko rozumianych robotników budowlanych. Na jednym z placów budowy w Warszawie - Ziemi Obiecanej dla wszelkiej maści przybywających za chlebem, poszukiwaczy przygód ale także życiowych rozbitków dane mi było pracować z lekarzem chirurgiem pochodzącego z Syberii, który w trakcie godzinnej przerwy wertował słownik rosyjsko-polski i tłumaczył artykuły z ogólnopolskiego dziennika. Oczywiście miał na celu przyswojenie sobie naszego języka nie zaś pracę translatorską, do jakiej był bardziej predysponowany z racji wykształcenia. W międzyczasie podjadał rosyjski kawior dla ubogich, czyli soloną słoninę z cebulką. Wołałem: „Wasyl! Chodź no tutaj!” do emerytowanego majora Krasnej Armii, który stawał na baczność niczym w oczekiwaniu na rozkaz. „ Podaj zaprawę!” dodawałem po chwili, a on wykonywał bez żachnięcia moje polecenia. Raczyliśmy się później ich eksportowym trunkiem – Stolicznają i zagryzali osławionym kawiorem. Mieszkał jeszcze z nami na kwaterze i biesiadował eks-więzień, który pół roku wcześniej skończył odbywać najwyższy wymiar kary w Polsce – 25 lat, notabene za zabójstwo. Krzyczał później w pijackim zwidzie, że wszystkich nas pozabija jak psów, co do jednego. Pobiesił jeszcze trochę, pomajaczył, po czym zapłakał czystymi łzami rzęsiście, po męsku – z radości, że już odsiedział swoje. A naszym pryncypałem, chlebodawcą, Panem i Władcą był emerytowany klawisz więzienny. Nie muszę chyba wspominać, że traktował nas jak tych, z którymi miał do czynienia podczas dwudziestoletniej twardej, więziennej służby. Na marginesie powiem tylko, że ten powołany niegdyś do ochrony społeczeństwa przed kryminalistami stróż prawa i tak nas wszystkich wystawił do wiatru maksymalnie obcinając pensje lub nie wypłacając ich wcale, a inny robotnik budowlany, technik budownictwa, wyegzekwował na drodze sądowej wypracowane przez siebie marne 2 tys. zł po półtorarocznej bagatela zwłoce.
     W Zakopanem miałem okazję gościć u inżyniera automatyka o specjalności kotły parowe wyjeżdżającego do Niemiec, gdzie pracował jako malarz – pokojowy. Dzięki tej właśnie pracy mógł sobie wreszcie – po dziesięcioletnich perypetiach związanych z zamieszkiwaniem kątem u teściów, pozwolić na kupno i wyremontowanie spalonej willi. W jej odnowienie i stworzenie nareszcie własnego domu ów inżynier kotłów parowych wkładał zarówno maksimum wysiłku jak i całą duszę, serce i zaangażowanie, na jakie było go stać.
     
     Ech, życie... życie!
     To są właśnie te scenariusze pisane przez najlepszego, bo najbardziej szczerego i autentycznego twórcę, jakim od wieków jawi się nasze życie i trudno nie przyznać racji współczesnemu bardowi rodem z Krakowa Maciejowi Maleńczukowi, który śpiewa: Życie najlepsze układa piosenki/ najlepsze sceny ustawia los…(Pan Maleńczuk, 1998). Życie ze swoim nie dającym się przewidzieć egzystencjalnym kalejdoskopem zdarzeń jest najmocniej bijącym źródłem sztuki, rzecz w tym jak wydobyć to, co najcenniejsze, najbardziej wartościowe i słone. Może zgodnie ze wskazówką jednego z największych polskich pisarzy XX w. Witolda Gombrowicza należałoby „zstąpić do źródła, zstąpić do podziemi” (Dziennik), stać się „czymś w rodzaju boga o dwóch obliczach" (J.W.), który zarówno stwarza siebie mocą wolnego wyboru, jak i eksploruje w sposób najbardziej obiektywny całe swoje wnętrze. Zaś efektem owej eksploracji niechaj będzie Sztuka „jako łącznik widomego z niewidomym, Sztuka – samoobjawienie człowieka w całej jego niepojętej sferze bytowania – życia człowieka w całej jego ogromnej pełni” (Z manifestu Zdroju, wg opowieści biograficznej Helsztyńskiego Pt. Przybyszewski). Owa pełnia to również rzeczona pokraczność ludzkiego losu skłaniająca do poszukiwania prawdy o życiu, o ludziach, o świecie ale po to by dojść do Głównej Prawdy – o sobie samym. I być może, iż ta pokraczność jest wynikiem „nieustannego psucia sobie szyków, rujnowania własnej sytuacji, dopóki energię najbardziej osobiste nie wydostaną się na swobodę”. Za dowód na potwierdzenie powyższej tezy niechaj posłuży biografia jej autora wspomnianego już Gombrowicza (Dziennik t. II), który z pełną świadomością i determinacją skazał się na banicję u krańca świata tylko po to by tworzyć literaturę, która „wyłączyłaby poza swój zasięg religię, filozofię, naukę i nawet wpływ, jaki mogłyby wywierać na poetę inne dziedziny sztuki”, literaturę „płynącą z największej głębi i największej bezpośredniości” (O. Miłosz wg "6 wykładów o poezji" Cz. Miłosza).
     Czasami bywa tak, że samo życie i to, co ono niesie ze sobą przyczyniają się do bezwzględnego obrania kursu, którego zwieńczeniem ląd o nazwie Prawda, a porty jego Wolność i Szczęście. Wolność od więzów wewnętrznych, ale swego czasu narzuconych nam przez środowisko, otoczenie, kulturę czy wychowanie i utrwalonych jako samoograniczenia. Dlatego niezwykle istotne jest, jak głęboko należy patrzeć w siebie, jak bacznie należy się sobie przyglądać, jak uważnym i obiektywnym trzeba być, by nie pobłądzić na oceanie żywota i nie osiąść po drodze na jego mieliznach. Owo patrzenie w siebie rodzi często potrzebę uzewnętrznienia i konfrontacji z otoczeniem jako wyraz całkowitej akceptacji własnej osoby, własnego sposobu myślenia, światopoglądu jednak bez potrzeby narzucenia ich innym. Mistrz ujął to w następujący sposób: „Czy świat jest tylko szkółką? Czy ludzie są tylko uczniami? Od czasu do czasu odzywa się w nas potrzeba wypowiedzenia bezwzględnej naszej prawdy o świecie, przemówienia językiem nam właściwym nie licząc się z rezultatem” (W.G, Wędrówki po Argentynie) Tak, tkwi w nas ten dławiony krzyk: Oto Ja! Taki jestem! Tak i tak odbieram świat i z drogi malutcy! Teraz mój czas! Aby owa konfrontacja i zderzenie z brutalną rzeczywistością nie przerosły dokonującego ich niezbędne wydaje się wewnętrzne przekonanie o słuszności tego, w co wierzę i co wyznaję, muszę czerpać skądś siłę by nie zniechęcić się po pierwszej nieudanej próbie, gdyż „tkwiąc w was muszę wywalczyć sobie, określić, ustalić miejsce w społeczeństwie”(j.w.). Takie podejście wymaga powzięcia odpowiedzialności za słowo, które puszczone w obieg może stać się przyczyną czyjejś klęski, gdy wprowadza zamęt i chaos albo wręcz przeciwnie – przyczynić się do sukcesu, kiedy pozwala innym rozjaśnić, zrozumieć i uporządkować świat, ponieważ „od słowa wymaga się by było ono narzędziem naszego stawania się we wszechświecie, czymś ściśle związanym z życiem i innymi ludźmi”(j.w.).
     Najbliższa mi osoba na tym padole płaczu, małżonka powiada, że pisanie jest publicznym obnażaniem się, eksponowaniem. Ja bym nawet rzekł za Miłoszem noblistą, iż akt twórczy stanowi swego rodzaju ekshibicjonizm. Ten jednak jest klinicznym zboczeniem płciowym i jakże często potępianym zjawiskiem…
     
     Dwa proste pytania: Po co? Dlaczego?
     Człowiek musi tak zachłysnąć się życiem, zanurzyć się w jego odmętach, wtedy dopiero poczuje i zda sobie sprawę, jak wiele posiada, zacznie cenić i cieszyć się tym, co ma. Nawet największe zło nie jest go w stanie złamać, jeśli wie, po co żyje, ma jasno określony cel, któremu poświęci tyle, na ile go stać – czasu, energii, zaangażowania. Owo branie życia takim, jakie ono się jawi zamiast abstrakcyjnego teoretyzowania na temat jego możliwych wariantów stanowi najskuteczniejszą obronę przed największą chorobą ludzkiej duszy – melancholią, będącą wyrazem pogoni za czymś niedoścignionym, symptomem bezpowrotnie straconych dni, miesięcy, lat. To właśnie życie pełnią zmysłów w miejsce „wieczystego wąchania kwiatów duszą a nie nosem, intelektem a nie nosem, wiedzą a nie nosem” stanowi podstawowy postulat egzystencjalisty, bo egzystencjalista – jak twierdzi Gombro – to zaprzeczenie, „potępienie zimnego mózgowca, a pochwała namiętności”, to ten który „wprowadził życie w myśl, związał myśl z życiem tak, izby nie mogła ona działać w oderwaniu od człowieka”.
     Egzystencjaliści stwierdzają, że „życie jest konkretne,[…]. Życie wymyka się pojęciom, jak woda przelewa się przez palce” (j.w.). Jest w pełni człowiekiem, kto „żyje na własną rękę – tzn. jako człowiek, nie jako Polak, katolik, komunista… ktoś taki wie , że żadna idea ani teoria nie wyczerpują sensu życia”, gdyż nie stoi ono w miejscu a jego najistotniejszą, najbardziej znamienną cechą jest nieustanne stawanie się, ciągły rozwój, którego kierunku nie można jednak przewidzieć. Dzięki takiemu właśnie egzystencjalnemu podejściu polegającemu na nie ciekaniu w świat iluzji, fantazmatów, abstrakcji – i dzięki temu pozwalającemu na określenie warunków zewnętrznych możemy dojść do własnej, subiektywnej prawdy o świecie, o ludziach i życiu. By zgodnie z brutalną lecz jakże prawdziwą maksymą: byt określa świadomość dostąpić zaszczytu samowiedzy, choćby muśnięcia istoty wszechrzeczy, trzeba poznać warunki zewnętrzne, w jakich przyszło nam egzystować – owego tu z myśli nieżyjącego już poety Cz. Miłosza przytoczonej przeze mnie jako motto. Mając taką wiedzę jesteśmy w stanie uzmysłowić sobie wyznawaną hierarchię wartości , bo nikt nie powie że człowiek nie z własnej woli wywodzący się z marginesu społecznego ma porównywalne wartości i odbiór świata, ludzi z przedstawicielem listy stu czy nawet tysiąca najbogatszych ludzi choćby w Polsce. Z resztą do podobnej konkluzji doszedł już wielokrotnie tu przytaczany autor Wspomnień Polskich, który pisze: „Bóg czy ideały nie są potrzebne, by odkryć najwyższą wartość. Wystarczy nie jeść trzy dni, a kawałek chleba będzie najwyższą wartością. Potrzeby nasze stanowią fundament wartości naszych i sensu, ładu życia”.
     Jakież trzeba mieć w sobie pokłady siły, samozaparcia i woli walki, by mimo zniewalających, pesymistycznie nastrajających warunków otoczenia, środowiska poszukiwać głębszych wartości aniżeli przysłowiowa kromka chleba… A może tym czynnikiem determinującym nasze wybory jest swoista wrażliwość, zmysł jako cecha nam dana, przypisana? I, kiedy czyta się napisane przez noblistę, reprezentującego bez żadnych wątpliwości wyższy poziom intelektualny niż autor tych megalomańskich wywodów, takie słowa: „Ażeby mimo to, iż epoka i otoczenie nie dają wystarczającej odpowiedzi na pytanie: Po co? mieć chęć dokonania dzieła wielkiego, przerastającego miarę bezpośrednich nakazów, na to trzeba być wybitną i niezależną indywidualnością etyczną […] albo być obdarzonym potężną żywotnością” (Tomasz Mann, Czarodziejska Góra) - zapomina się o jałowości bytu i naszych beznadziejnych z nim zmaganiach. Polski mistrz we Wspomnieniach Polskich ujął to w następujące słowa: „wiedziałem, że jestem rodzajem kaleki umysłowego, dla którego normalna egzystencja nie jest dostępna, który musi szukać własnej drogi (…). Ale, Bogiem a prawdą, nie było dla mnie prostej drogi i wiedziałem, że jeśli nie usprawiedliwię się we własnym lub innych pojęciu jakimś dokonaniem wyższego rzędu nie pozostanie mi nic innego jak stoczyć się na poziom zwykłego degenerata”. Jakąż potrafi napełnić otuchą stwierdzenie, że ktoś już przed tobą zmagał się z podobnymi, może nawet większymi, problemami, jaką potrafi dać siłę i wolę walki świadomość ,iż jest się duchowym spadkobiercą największych, najpłodniejszych umysłów w dziejach ludzkości. Nieistotne stają się wówczas wszelkie czynniki określające nasze wybory, bo nie ważne, skąd się człowiek wywodzi, jaką posiada genealogię, koneksje ani też funkcja, jaką się pełni wobec społeczeństwa. Nie zawsze warunki zewnętrzne, w jakich przyszło nam egzystować określają nasz byt, trzeba za każdym razem podejmować trud i ryzyko nawet mimo świadomości własnej niemocy, nieprzystosowania, nie można bezwolnie godzić się na zastaną rzeczywistość. To stanowi o naszym człowieczeństwie, pozwala bowiem zachować godność i nosić ją w sercu, daje poczucie własnej wartości i nadzieję, że poczynione kroki przyniosą w końcu nadspodziewany efekt.
     
     Co z tą Polską?
     Na koniec pozwolę sobie na zajęcie stanowiska w najbardziej nurtującej kwestii – społecznej, gdyż „tkwiąc w świecie, w życiu nie możemy o nich myśleć bezinteresownie. Jesteśmy w tym. Jesteśmy zaangażowani” (W.G.: j.w.). To właśnie sytuacja ekonomiczna pewnych środowisk wyrzuconych poza margines społeczeństwa zadecydowała o wyborze takiego, a nie innego tematu; takiej, a nie innej formy – formy opowiadań, prymitywnej, nieokrzesanej, nieoszlifowanej, stylizowanej na bezpośrednią relację tylko pozornie głównego bohatera zdarzeń. Sugerowały o tym pozorze chociażby tytuły poszczególnych szkiców, dla przykładu: Wiking, Róża. Ludzie z tych środowisk, których skupisk nie tak znów daleko szukać od Elbląga, a na naszych Ziemiach Odzyskanych jest ich bodajże największe zagęszczenie, są – jak by nie było – ofiarami systemu, który przed kilkudziesięciu laty stworzył popyt na odpowiednich pracowników. Odpowiednich, tzn. słabo, jeśli w ogóle wykształconych, ofiar innych „porywów” historycznych – zasymilowanych mniejszości narodowych, głównie ukraińskich i niemieckich. Ich przedstawiciele po brutalnych, traumatycznych przejściach, wielotygodniowej tułaczce znaleźli się w wyniku polityki państwa na obcych, zapuszczonych i zniszczonych ziemiach i tam myśleli przede wszystkim o tym, jak przetrwać i przeżyć. Zapewniony kąt, pełny żołądek, kilka bonusów do roku i jako lekarstwo na wszelkie bolączki – niczym narkotyk o nazwie soma w powieści A. Huxleya – łatwodostępny, tani alkohol, (nie na darmo w owym czasie światowe statystyki spożycia czystego spirytusu nie obejmowały ZSRR i Polski), skutecznie uwarunkowały materiał społeczny. Jego przedstawiciele daną z góry, jakże często za karę, jako wyrok rzeczywistość zaakceptowali, mało tego – uznali za Ziemię Obiecaną, a życie w niej jako raj – Raj Ziemski. Utopia stała się realna, niczym słowo przyoblekło się w ciało. To już przerosło najśmielsze oczekiwania jej twórców doskonale zdających sobie sprawę, że „wszelkie warunkowanie prowadzi do jednego: sprawienia, by ludzie polubili swe nieuniknione przeznaczenie społeczne” (A. Huxley, Nowy Wspaniały Świat). Dziecko dojrzało i zbędne okazały się seanse hipnopedii, podczas których wpajano dzieciom elementarne zasady świadomości klasowej, powtarzając do znudzenia formułkę: „Naprawdę cieszę się, że jestem Betą (Alfą, Gamą, Deltą), bo nie muszę tak ciężko pracować. A poza tym jesteśmy o wiele lepsze niż Gamy i Delty” (j.w.). Tyle, że realna klasa – ta o której mówimy – to nie rosłe Alfy, przyszli zarządcy świata, którzy nie muszą tak ciężko pracować lecz karłowate epsilony – przeznaczone do pracy ponad siły krawców, robotników fabryk, pomywaczy, którym podczas procesu butlacji zwolniono obieg surogatu krwi.
     Stworzeni do pełnienia określonej roli pojedynczych trybików wehikułu społecznego zwykli, mali ludzie nie mamy żadnego wpływu na upadek kolejnych ustrojów, systemów społeczno-ekonomicznych, a nawet cywilizacji, możemy być jedynie niemymi świadkami, jak na ruinach starych systemów wyrastają nowe uwarunkowania i zjawiska, które nijak się mają do założeń ich sprawców – oderwanych od realności, egzystujących w sferach abstrakcji i fantazmatów intelektualistów formułujących w swych zacisznych gabinetach modele społeczne, polityczne, gospodarcze. Te płody rozgorączkowanej wyobraźni nie stanowią nic innego jak tylko swoistą kompensację niedoborów i niedostatków zewnętrznych warunków bytowania – przeważnie nierozerwalnych, monolitycznych, wrogich wobec wrażliwej, obdarzonej delikatnym, nad wyraz uduchowionym i wysubtelnionym wnętrzem. Zanim nastąpi przejście od jednego systemu do kolejnego – jeszcze lepszego, bardziej sprawiedliwego i ludzkiego, zanim społeczeństwo dostosuje się do wymagań rzeczywistości, zanim złapie przysłowiowy oddech musi minąć odpowiedni okres dla którego wymyślono wszystko mówiącą nazwę Transformacja. Owo magiczne zjawisko na polu ekonomii, gospodarki, socjologii siejąc chaos i zniszczenie powoduje degradację pewnych środowisk, a nawet całych regionów najmniej mobilnych, elastycznych i niezdolnych do zaadaptowania do nowych, bardziej wymagających czasów. Dzięki transformacji klasa delt i epsilonów stała się, jeśli nie zbędna, to na zbyt liczna, zaludniona, rozbudowana. Środowiska robotnicze, robotniczo-chłopskie, czy w mniejszym stopniu wiejskie, należą do tych grup społecznych, które poniosły największe koszty przeobrażenia gospodarki naszego kraju z centralnie sterowanej w wolnorynkowo-nomenklaturową. Najdobitniej widać to na przykładzie terenów górniczych, gdzie podstawowym remedium na bezrobocie są odkrywkowe kopalnie węgla kamiennego, tzw. biedaszyby; ośrodkach przemysłu ciężkiego, jak w przypadku Elbląga oraz specyficznych tworów gospodarczych minionego już na szczęście socrealizmu, będących jego kwintesencją – uspołecznionych gospodarstw rolnych. Transformacja ze swą polityką grubej kreski z dnia na dzień pozbawiła ludzi – największy kapitał tych specyficznych efemeryd gospodarczych sensu istnienia – pracy. Z najwyższą bezwzględnością i bezdusznością urzędniczej machiny wyrwano im z serca nadzieję i ograbiono z możliwości zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych. Przez dziesięciolecia system pozwalał na stopniowe wyzbywanie, wyrzeczenie się wiary w możność samostanowienia, decydowania o sobie, wystarczyło bowiem wyświadczyć określoną ilość pracy, przeważnie ponad ludzkie siły, nie wychylać się , znać hierarchię społeczną i swoje w niej miejsce , a wszystko co niezbędne do życia otrzymywało się z góry. Jednak jak wszystkie utopie i ta nie mogła trwać wiecznie i gdy skończyła się, pozostali ludzie – nic nie rozumiejący i bezbronni, bo ograbieni z nadziei i godności . Przestrzegałbym jednak przed odmawianiem im nadziei, gdyż ta – na lepsze życie, jeśli nie na tym, to na innym świecie – stanowi jedyną wartość, która czyni nas – myślących, czujących, cierpiących – ludźmi. Swoistą próbę pozbawienia godności przedstawił współczesny olsztyński prozaik Tomasz Białkowski. W opowiadaniu pt. LEZE w usta kierownika robót interwencyjnych – temu, któremu się powiodło – włożył takie słowa: „Wszyscy was mają w dupie! Czy ty wiesz, dlaczego robicie? No wiesz, szpadelniku? […] Robaki, muchozolem was wytruć!”. Taaa, muchozolem, albo gazem… i byłoby po sprawie… Czy jednak udało się odrzeć ich z godności? Odpowiedzią niechaj będzie milczenie jednego z wyrobników – adwersarza tego… monologu, który wolał nie zniżać się do poziomu interlokutora i przemilczał, co miał do powiedzenia. Bo milczenie to często jedyny sposób, aby zachować godność, to też mowa – tyle, że bez słów…
     
     Moje trzy po trzy
     Wielce Szanowny Panie Recenzencie, nie uwłaczając w żaden sposób funkcji, jaką Pan pełni – mam nadzieję, że będzie mi dany kiedyś taki zaszczyt – ośmielę się nadmienić, iż nie można czyjegoś życia rozpatrywać tylko i wyłącznie z punktu widzenia stanowiska, jakie się piastuje ani ferować choćby najtrafniejszych wyroków, nawet jeżeli życie to – bo własne – mogło posłużyć autorowi jako tło do ukazania szerszych zjawisk społecznych, ekonomicznych czy moralno-etycznych. Sugerowały to choćby tytuły poszczególnych szkiców. Nie można pod żadnym pozorem uzurpować sobie prawa do określania kogokolwiek mianem pomywacza, jeśli nie chce się być posądzonym o wielosłowie, pejoratywność, niedopowiedzenia – jeśli chce się zostać poprawnie odebranym. Osobiście długo bym się zastanawiał, zanim z zagrody moich zębów wypuściłbym skierowane do konkretnej osoby takie określenie, ponieważ nigdy nie wiem do końca, z kim mam tak naprawdę do czynienia, a poza tym głęboki szacunek do człowieka by mi na to nie pozwolił. Życie bo nauczyło mnie, że nieważne skąd się pochodzi, jaką posiada się genealogię, układy, koneksje ani jakim dyplomem czy osiągnięciem można pochwalić się w towarzystwie wzajemnej adoracji, ale to, co się sobą reprezentuje, co nosi się w sercu – poszanowanie drugiego człowieka, tolerancja, tzw. empatia – zdolność postawienia się w czyjejś sytuacji i współodczuwania jego niedoli, radości i smutków. Poza tym jak można było, W.Sz.P.R. napisać o genealogii (genealogia: z gr. historia rodu...) obejmującej zaledwie 50 lat, czyli dwa pokolenia? Doskonale znam historię własnego rodu, pradziad mój bowiem poniósł męczeńską śmierć w hitlerowskim obozie zagłady, a fakt niezaprzeczalny jego obecności zanotowano pod zmienionym nazwiskiem. Zginął zaś za to, iż po odzyskaniu przez Polskę niepodległości tuż po I wojnie światowej odważył się osiąść na rdzennie polskich Kujawach i bronić polskości na tych ziemiach. To wtedy – u zarania II Rzeczpospolitej – na kujawskiej glebie poczęła się historia mego rodu uznawana i pielęgnowana przez potomnych, nie zaś po II w. św., pod sowiecką protekcją.
     Na kanwie losów narratora 1-osobowego zamysłem moim było wyczulenie na tak konkretne kwestie społeczne jak niewolnicze wykorzystywanie pracownika, podejście szefa do „podwładnego”, jak w przypadku opublikowanego tekstu, samoregulujący mechanizm popytu i podaży (tamże, Łowy, Smak wolności). Zupełnie inny wydźwięk, bo moralno-etyczny ma z kolei opowiadanie Róża, w którym motywem przewodnim jest nierozerwalna koegzystencja pierwiastków dobra i zła zarówno w wiejskiej dewocie, jak i snującym opowieść młodym człowieku. Można by ponadto wczytując się w treść wskazać na inne problemy, jak dwulicowość, quazipobożność członków wiejskiej społeczności, czy też sposoby spędzania wolnego czasu. W szkicu w formie wyimaginowanego dialogu narysowałem specyficzna mądrość życiową, sposób na życie zwykłego, szarego mieszkańca miasta – dawnego proletariusza. Nie przyszło, bo czy mogło?, do pańskiej recenzenckiej głowy na myśl, że przedstawione sytuacje mogą stanowić fikcję literacką, wynik głębokiej obserwacji ulicy, zapis zasłyszanych rozmów, dialogów lub też wszelakich wariacji na ich temat? Wystarczy przecież rozejrzeć się, nakłonić ucho do słuchania , a zmysłom naszym objawi się proza życia w najrozmaitszych wariantach, gatunkach, stylach. Poza tym nie jest żadną skrywaną tajemnicą poliszynela,że istnieje najświętsze prawo autora mieszać w swym tyglu twórczości prawdę historyczną z fikcją literacką, która jest wynikiem trawestacji, swoistej transpozycji rzeczywistości, w jakiej przyszło autorowi przede wszystkim żyć,a dopiero później tworzyć. Nie wspomnę już o fakcie, iż nie wszystkie teksty stanowią dokumentalną relację z – jak Pan to określił – „nie przynoszących triumfów, beznadziejnych zmagań z życiem”, bo już samo znalezienie pracy i podzielenie się tym wraz ze wszystkimi niespodziankami jakie to przynosi, z drugim człowiekiem może okazać się triumfem. O nadziei, zdaje się, też już co nieco napomknąłem. Nie raczył Pan również wspomnieć, W.Sz.P.R., o patologicznych stosunkach w rodzinie, których świadkiem mógł być autor, był zaś w rzeczywistości literackiej, - bo tylko taka winna Pana interesować, - narrator. Popełniając swą recenzję nie ustrzegł się Pan kardynalnego błędu już na poziomie szkoły średniej, a mianowicie niewybaczalnej syntezy osoby autora i narratora w koherentną jednię. A może z powodu doprowadzonego do perfekcji wygodnictwa i chadzania na skróty zasugerował się Pan dołączonym przeze mnie wstępem? Jeśli tak, mogę być z siebie dumny, iż zamierzona prowokacja – a wiemy skądinąd, że jest ona najskuteczniejszym orężem nas, ludzi „pióra” w walce o własną wizję – odniosła niespodziewany skutek w postaci objawienia Pańskiego nawyku, by stąpać po jak najcieńszych liniach oporu. Wprawdzie skromna zawartość i warsztatowa niedoskonałość nadesłanych szkiców na granicy reportażu skłaniać mogły do niezbyt dogłębnego ich przeanalizowania, jednak rzetelność recenzenta i godność tej funkcji winny były przestrzec Pana przed zbyt pobieżnym potraktowaniem tematu. A może, nie tyle ich, co PożalsięBoże - autora, ranga nie zasługiwała na taki luksus? Skoro już jesteśmy przy sprawach warsztatowych, dorzucając dla osłody łyżkę miodu do tego cierpkiego słoika, powiem skąd ta – trafnie Pan to ujął – zwięzłość, zwartość i operowanie skrótem? A no stąd, że życie nasze to nie niekończące się pasmo sukcesów i porażek, lecz postępujące skokowo stawanie się, rozwój (nieistotne w pozytywnym czy negatywnym sensie). Są w fabule naszej egzystencji nagłe zwroty akcji, punkty zwrotne, miejsca zapalne, które powodują że potoczy się ona niezależnie od naszej woli w określonym kierunku. Stąd też opowiadania moje stanowią jak gdyby fotograficzne utrwalenie tych kluczowych momentów życiowych, a że ich wydźwięk okazał się niezbyt optymistyczny, to już zasługa Imć Wielmożnego Pana o imieniu Przypadek. Osobiście jednak nie stanowi on obiektu mojej wiary – trudno, widocznie tak musiało być i bardzo dobrze, jak się okazało. Aby uzmysłowić sobie i ujrzeć te zdarzenia w obiektywnym świetle, a więc takimi jakie są w istocie, niezbędne jest odpowiedni impuls wywołujący stan upojenia, bynajmniej nie alkoholowego lub innego typu substancjami. Osobiście mogę go osiągnąć dzięki nie pozornie lecz prawdziwie swobodnemu dryfowaniu wśród miejsc i ludzi. Muszę tak wczuć się i zatracić w rytmie miasta, tłumu, stopić się duchowo z otoczeniem, wtedy spływa na mnie olśnienie, stan łaski, który po wyczerpaniu przynosi nieopisaną ulgę i spokój wewnętrzny.
     Znam od podszewki środowisko, z którego się wywodzę i nie wstydzę się do tego przyznać, dlatego z pełną odpowiedzialnością mogę poświadczyć, iż postawa buntu oraz znamiennych przystosowań („do beznadziejnych…”) w postaci ironii, autoironii, czy wisielczego humoru nie są najczęściej spotykaną reakcją wśród ludzi z – cytuję Pańskie słowa – „pegeerowską genealogią”. Natomiast postawa i uczucie w bolesnym wręcz natężeniu, jakie uświadczysz obcując z nimi to bezradność i rezygnacja, rozpacz i… strach. Najprościej i najszybciej zagłuszysz je w morzu alkoholu, jedynie nielicznym udaje wyłamać się ze sprawdzonych, o jakże sprawdzonych!… schematów i uchronić przed goryczą przegranej – wykluczenia z życia – unicestwienia. Z resztą może ta rozpacz, która po części stała się także moim udziałem , nie jest karą, a dopustem bożym? „Bo tak naprawdę jedyna droga do tajemnicy prowadzi przez rozpacz. Można by wręcz powiedzieć: szczęśliwi, których stać na rozpacz” (W. Myśliwski, Widnokrąg).

Daniel Błaszkiewicz
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
..., a moim zdaniem
Pokazuj od
najnowszych
  • Panie Danielu! Za dużo nut - jak powiedział cesarz Józef II do Mozarta. Choć przyznam się, że mimo trudności z przedarciem się przez ten tekst, popieram w pełni Pański spór z dr Tomczykiem, który powinien czasm przeczytać to, co napisał i po prostu przeredagowąć (zdecydowanie gra na zbyt wysoką nutę, jesli trzymać się muzykologicznych formułek). Odnoszę przykre wrażanie, że tak doktor Ryszard Tomczyk, jak i pan, cierpicie na problem literata, który za dużo chce napisać i z tego powodu cierpią wasi czytelnicy, którzy giną w gąszczu słów i dygresji. A tego trudu poziom waszego pisarstwa niestety nie wynagradza.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0 0
    Fellini(2004-12-10)
  • Panowie, o co Wam chodzi ? To pisanie dla wąskiej grupy "znawców" literatury i wpatrzenie się we własne przemyślenia są dla osób z boku przyglądających się takim potyczkom zmaganiem dinozaurów. Efektowne to i malownicze, ale zbędne. Nic z tego nie wynika dla "dnia zwyczajnego". Składam tym wszystkim którzy zrozumieli wywody obu Autorów, serdeczne gratulacje i myślę, że w przyszłości będą swoje treningi intelektualne uprawiali w wąskim gronie godnych.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0 0
    xxxx(2004-12-10)
  • Grafomania - cudny przykład
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0 0
    Sim(2004-12-10)
  • Hmm, nie czytałam jeszcze recenzji w Tyglu, a z tej riposty niewiele się dowiedziałam. Dla mnie jej autor mógłby trzymać "zagrodę swoich zębów" zamkniętą. Szczerze mówiąc, miałam dosyć po przeczytaniu tytułu, ale... jestem cierpliwą kobitą. Prawie do końca miałam nadzieję, że pojawią się przynajmniej jakieś konkrety, bo co do stylu, autor od początku nie pozostawił złudzeń. Czytanie mistrzów jest pożyteczne i chwalebne, ale talent, niestety, nie udziela się automatycznie wyznawcom.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0 0
    szeba(2004-12-10)
  • Drogi simie, może i grafomania, ale jest ona próbą zachowania twarzy przez autora, a to powinniscie drodzy czytelnicy uszanować. Winszuję cierpliwości.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0 0
    adblas(2004-12-11)
  • Ufffff. Lektura "Ulissesa" , "Sto lat samotności" i "W poszukiwaniu straconego czasu" czytanych jednocześnie to "pikuś" dla umysłu w porównaniu z próbą poskładania tego co Pan Błaszkiewicz miał na myśli.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0 0
    Koziołek(2004-12-11)
  • Nie mam niestety tyle cierpliwosci ani czasu, by przedrzec sie przez gestwine slow, ktore w zbyt zlozonych zdaniach gubia gdzies formy odmiany poprawne dla jezyka polskiego. Mowa nasza do latwych nie nalezy, po co wiec komplikowac sobie zycie jeszcze bardziej, tworzac takie oto labirynty zdan? Nie przeczytalam calosci, ale zauwazylam, ze autor pisze cos o empatii, wyjasnia znaczenie slowa... Drogi Autorze, wiemy, czym jest empatia, w przeciwienstwie do Pana! Nie wykazal sie Pan ta jakze piekna cecha, kazac nam czytac ten... tekst. Prosze pamietac, ze piszac do kogos, trzeba myslec o odbiorcy. I sprobowac znalezc z nim... wspolny jezyk.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0 0
    kama(2004-12-11)
  • to jest dobrze napisane - tylko nie na te łamy. internet to miejsce na formy lakoniczne i nie literackie. a ci. co zarzucają, no cóż ... pewnie są specjalistami od języka, stylu i literatury. każdy ma swoje preferencje literackie, ale są pewne reguły. długość zdań nie zaprzecz obecności sensu. i tyle.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0 0
    ona(2004-12-11)
  • "Wraz z nieustającym postępem bezlitosnego koła czasu" umięjętność pisania, jako taka, już dawno przestała imponować. A rzecz dobrze napisaną, da się przeczytać nawet w internecie, mimo wszystko.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0 0
    szeba(2004-12-11)
  • P.S. Ona, nie trzeba być specjalistą od języka, stylu i literatury, żeby mieć zdanie na temat czytanego utworu. Artysta (czy grafoman) tworzy dla publiczności, a nie dla krytyków. No chyba, że jest inaczej, to przepraszam.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0 0
    szeba(2004-12-11)
  • Autor tydzień temu nadesłał ten tekst do Kwartalnika elbląskiego TYGIEL. Nie czekając na odpowiedź redakcji umieścił go w tym miejscu. Widocznie powątpiewając w roztropność redakcji, ale wierząc we własną genialność. Zastanawialiśmy się nad publikacją, w takiej sytuacji czujemy się jednak zwolnieni z wszelkich zobowiązań. W przeciwieństwie do autora powątpiewamy jednak w odkrywczość serwowanych przemyśleń - dla jako tako pilnego absolwenta przeciętnego liceum są one oczywistym zbiorem kanonów. I wcale nie chodzi o spór z Ryszardem Tomczykiem. Chociaż niewątpliwie autor poczuł się niedowartościowany w miarę przychylną recenzją jego prac nadesłanych na konkurs literacki Fundacji Elbląg, zresztą w tym konkursie wyróżnionych właśnie przez R.T. (polecaam ostatni numer pisma). Nie pierwszy to przypadek dyskusji - również na tym forum - autora, który nie zgadza się nawet z subtelną krytyką. Zapewne jeden tylko z wielu. A podobno milczenie jest złotem. Przykro, że coraz więcej autorów o tym zapomina. Tak jak by nie byli żadnymi autorami. Jan Miłoszewski, sekretarz redakcji Kwartalnika elbląskiego TYGIEL
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0 0
    (2004-12-11)
  • Zobaczyłem, przeczytałem, uuuffffff ! Cos w tym jest, (choć przyznam, że nie bardzo nadążam za wątkami) tylko dlaczego to takie ciężkie?
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0 0
    Zen(2004-12-11)
Reklama