Czwartek 15-11-2018, imieniny Alberta, Leopolda
 
Rek

UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później
Zamknij Zamknij
Reklama w Elblągu
Rek
Rek
Telefon portElu Halo, tu portEl
512 918 555

Wiadomości

Wybory 2018

Sport

Gospodarka

Na osiedlu

Społeczeństwo

Na uczelniach

Kultura

Zbrodnia i kara

Dawny Elbląg

Jej portEl

Kina i teatr

Konkursy

Prasówka

Poradnik

Hit czy kit?

Po godzinach

Fotoreportel

Dzień Niepodległości 2018 Dzień Niepodległości 2018

Dlaczego ta kula nie trafiła we mnie?

 
Elbląg, Dlaczego ta kula nie trafiła we mnie? Ludwika Mendelska jest w książce "Powstańcy". Tu jej zdjęcie na lewej stronie (fot. mg)
Rek

Przeżyła śmierć własnej matki, widziała konającego, zbroczonego krwią ojca, przenosiła na ramionach trupy, przeżyła śmierć innych członków rodziny. Doświadczyła nieludzkiego traktowania przez zakonnice, przymierała głodem, nie miała ciepłej odzieży zimą ani butów i zamiast uczyć się karmiła świnie. I tak cierpiała, że błagała o śmierć. Oto historia Ludwiki Mendelskiej, uczestniczki Powstania Warszawskiego.

Gdy opowiada o swoim dzieciństwie w Warszawie, ma łzy w oczach. W dniu wybuchu powstania, miała zaledwie dwanaście lat. Pani Ludwika wydarzenia tamtego lata pamięta w najdrobniejszym szczególe. Nie da się przecież zapomnieć konającego w ramionach ojca, ruin domu, w piwnicy którego zginęła cała rodzina, nie da się zapomnieć rannych, których nosiła na swoich ramionach, ani zabitej kobiety i jej nowo narodzonego dziecka.
     
     Powstanie zabrało jej najbliższych
     - Cała moja rodzina zginęła w Powstaniu Warszawskim – opowiada pani Ludwika, która dzisiaj mieszka w Elblągu. - W ostatnim dniu powstania został zabity mój tatuś. Przebiegałam wtedy z nim przez takie dwa podwórza, a potem przez bramę. Oglądam się nagle, a tatusia nie ma. Patrzę, leży. Pamiętam, jak otworzył jeszcze wtedy oczy i zamknął. To był koniec. W samą krtań dostał. Na dachu za kominem siedział szwab i strzelał do ludzi jak do kaczek.
     Jacyś ludzie dali jej prześcieradło, zawinęli ciało ojca, a Ludwika sama próbowała wykopać dół, w którym miała pochować tatę.
– Ludzi chowano wtedy na podwórzach i jak przyszłam kopać grób, nie wiedziałam, jak się za to zabrać – wspomina z płaczem. - Pomogli mi młodzi powstańcy i wykopali dół, ale tylko do kolan, resztę musiałam wykopać sama. Pamiętam, że do połowy tatusia zasypałam, potem obudziłam się już w piwnicy. Musiałam zemdleć, bo nie pamiętam, co się dalej działo. Powiedzieli mi potem, że znaleziono mnie leżącą na tatusiu.
     Mała Ludwika cudem uniknęła śmierci. Była ranna, ale miała szczęście i powstanie przetrwała. – Bo ja wiem, może gdyby ta kulka mnie trafiła, byłoby lepiej. Może bym tyle nie przecierpiała, co przecierpiałam – mówi z płaczem.
     Któregoś dnia przybiegła do rodziny ojca, która ukrywała się w piwnicy i zapytała, czy czegoś jej potrzeba. A bliscy na to, że wody. Pobiegła nieopodal po wodę, a gdy po chwili wróciła, domu już nie było.
– Pocisk trafił w ten odcinek domu, w którego piwnicy siedzieli mama, bracia, siostry i bratowe taty. Cała rodzina zginęła. Zostałam tylko ja z tatusiem – opowiada dalej.
     Ludwika była jedynaczką. Tuż przed wojną, gdy dziewczynka miała pięć lat, umarła jej mama.
– Rodzicom powodziło się dobrze – opowiada. - Tatuś pracował w Żegludze Warszawskiej. Obwoził turystów statkami po Wiśle.
     
     Odarta z dzieciństwa
     Powstanie uczyniło z niej sierotę. I pozostawiło w niej ciągle żywe obrazy pełne ludzkiej tragedii, bólu i cierpienia. Mała dziewczynka została odarta z dzieciństwa i szybko musiała dorosnąć. - Podczas powstania nosiłam rannych – opowiada po latach. - Ile razy przewróciłam się z rannym. Kiedyś wpadłam pod jednego, a tatuś myślał, że butami mnie zabił ten ranny. Nie chodziło się wtedy ulicami, tylko w piwnicach były w ścianach takie dziury powybijane. I tymi dziurami można było przejść całą ulicę. Z domu do domu się przechodziło, żeby nie oberwać kulką. Kiedyś pod barykadą przebiegał ojciec z synem. Syn leciał do żony, która w nocy urodziła dzieciątko, a on chciał je zobaczyć. I wtedy szwab karabinem maszynowym przejechał go, jakby na maszynie szył. Ojca trafił tylko w jedną i drugą rękę. A ja potem temu synowi takim specjalnym płynem, który wylewało się na watę i przyciskało do rany, by przestała krwawić, pozatykałam te dziury na ciele, by krwotoku wewnętrznego nie było. On leżał na takiej kapie i powiedział do mnie: „Pocałuj, a nie będzie tak bolało”. Tatuś na to do mnie: „Pocałuj” i ja się nachyliłam i pocałowałam go w czoło, głowa mu opadła i skonał.
     Tak brutalne wspomnienia to za duży ciężar dla tak małego dziecka. A jednak Ludwika Mendelska musiała dźwigać go przez całe życie. Pewnego razu zdarzył się z kolei cud.
– Jeden z chłopców przed pójściem do walki podczas pożegnania z mamą otrzymał w kieszonkę medalik Matki Bożej. I kiedy leciał na punkt, trafiła go kula. Zatrzymała się na tym medaliku. Zostało tylko wgłębienie. Kuli nie było. Gdzie się podziała, nie wiadomo – opowiada uczestniczka powstania.
     Dwunastoletnia Ludwika wykazała się podczas powstania ogromną odwagą. Nie ukrywała się w piwnicach, chciała się na coś przydać: gotowała dla powstańców, parzyła kawę, chodziła dla nich po wodę.
– Na początku zajmowałam się tym w stałym punkcie, w gazowni przy Ludnej 10 na Powiślu, a potem przedostaliśmy się ze Starego Miasta do Śródmieścia, bo robiło się niebezpiecznie. Wszystko było otoczone przez Niemców tak, że mucha nie przeleciała – wspomina.
     I wtedy wpadła z ojcem do piwnicy na ulicy Złotej i znów była świadkiem ogromnej tragedii. Usłyszeli ukraińską mowę.
– Patrzymy, a na materacu leży kobieta, druga gdzieś ucieka z tobołkiem przez dziurę w ścianie – dodaje z drżeniem w głosie. - Leci za nią żołnierz. Do kobiety na materacu podchodzi drugi żołnierz, zrywa kołdrę, wyjmuje bagnet, łapie ją za piersi i odcina je, krew pryska. Kobieta umiera. W tym samym momencie podchodzi ten pierwszy i niesie coś za nóżki, krew jeszcze kapie. To dzieciątko, które przed momentem urodziła ta kobieta. I nad tą kobietą rozrywa dziecko na pół. Że ja jestem dziś przy zdrowych zmysłach, to tylko Bogu i Matce Przenajświętszej dziękuję – płacze wracając do strasznych wspomnień pani Ludwika. – Tam niejedna osoba zwariowała.
     
     Sierota Powstania Warszawskiego
     Gdy powstanie się skończyło, pani Ludwika została sama jak palec. Nie miała nikogo. Najpierw przebywała w obozie po powstańczym pod Warszawą, stamtąd została po wojnie wywieziona wraz z innymi powstańcami pociągiem towarowym do Miechowa za Krakowem.
– Warunki w tym pociągu były okropne – opowiada dalej swą historię. - Nie mieliśmy, co jeść. Wieźli nas chyba ze dwa tygodnie. Tam żeśmy stanęli, tu żeśmy stanęli. Gdy w końcu pociąg dotarł pod Kraków, nie wiedziałam, co ze sobą począć.

  Ludwika Mendelska (fot. mg) Ludwika Mendelska (fot. mg)

 Wtedy to Ludwika postanowiła udać się do przyszywanej ciotki pod Łowiczem.
– Ciotka nagotowała trzy gary wody, przyniosła balię i ja się w niej wykąpałam. A gdy zdjęłam ubranie, które miałam na sobie, to aż się ruszało od wszy. Musieli spalić je za stodołą.
     Najpierw przebywała u przyszywanej ciotki, potem najęła się do pracy u gospodyni. Za to, że pasła jej krowę, dostawała strawę i schronienie nad głową. Z czasem Ludwikę pod Łowiczem odnalazła siostra jej babki, jedyna krewna dziewczynki oszczędzona przez wojnę. Ciotka zabrała ją do Warszawy. W stolicy udała się do Pogotowia Opiekuńczego dla Sierot Powstania Warszawskiego. Przebywała tam dwa miesiące. Stamtąd przeniesiono ją do nowo założonego Specjalnego Zakładu dla Sierot Powstania Warszawskiego w Miechowicach na Śląsku, gdzie wcześniej mieścił się zakon sióstr ewangeliczek, które miały prowadzić nowy zakład. I tam mała Ludwika wiele wycierpiała.
– Te zakonnice to były Niemki – opowiada pani Ludwika. - Jedna z nich, nazywano ją kuśternogą, bo kulawa była, potrafiła trochę mówić po polsku. Gdy zobaczyła, że ja wyciągam różaniec, a był to różaniec należący do mojego taty, i chcę się pomodlić, chciała mi go zabrać. A ja go tedy przycisnęłam do piersi i powiedziałam, że wolę śmierć niż jej to oddać. I tak jej podpadłam. Nie mogłam chodzić do szkoły, ubrania dla mnie nie było. Już przymrozki się robiły, a ja chodziłam boso i w dziurawej sukience z krótkim rękawkiem. Zamiast do szkoły chodzić, świnie musiałam obrządzać, sprzątać, w kuchni kartofle obierać.
     Pewnego dnia Ludwika postanowiła uciec. Chciała się dalej kształcić. Udała się więc do kuratorium, by tam szukać dla siebie ratunku. Tam wysłuchano ją, nakarmiono, dano nowe ubranie i odesłano z powrotem do zakładu, obiecując, że zostanie on natychmiast poddany kontroli. Nikt jednak nie przyszedł, a Ludwika została wychłostana przez kierownika zakładu. Uciekła po raz drugi.
– Usiadłam tam w kuratorium na podłodze i zaczęłam płakać: „Wszystko mi zabrali, śpię na słomie, nie chodzę do szkoły, świnie pasę. Nie wrócę tam więcej. Dlaczego ta kula podczas powstania trafiła w tatusia a nie we mnie? Dlaczego szwaby mnie nie zabiły? Zabrakło dla mnie kuli” – wspomina. - Powiedziałam, że już im nie wierzę, bo mieli przyjechać z kontrolą i nie przyjechali. Znów wróciłam do zakładu. Na drugi dzień szłam nakarmić świnie z tą myślą, że potem odbiorę sobie życie. Dla mnie ten zakład był jak obóz koncentracyjny, ale oni tego dnia właśnie przyjechali z kontrolą.
     Jak wielkie było ich zdziwienie, gdy zobaczyli, jak opiekunowie zakładu traktują swoich podopiecznych.
– Źle traktowane były tam tylko katolickie sieroty powstania, bo my byliśmy podzieleni – mówi pani Ludwika. - Ewangelicy mieszkali w osobnym baraku w dobrych warunkach, każdy miał swój własny pokoik. Katolickie dzieci mieszkały w zimnie i głodzie. Najmłodsze dzieci chorowały na zapalenie płuc. Gdy zobaczyli to pracownicy kuratorium, złapali się za głowę. „To my tyle jedzenia wam przesyłamy, a wy głodujecie!”
     I w ten sposób kilkunastoletnia Ludwika uratowała katolickie sieroty przed dalszą gehenną. Następnego dnia wszystkie wywieziono w bardziej przyjazne im miejsca.
     
     Los w końcu się odwrócił
     Ludwika trafiła do prywatnego internatu prowadzonego przez siostry zakonne w Gliwicach.
– Siostry od razu wzięły z nas miarę i uszyły nam ubrania – snuje swą opowieść pani Ludwika. - Na obiad byłyśmy już wykąpane, uczesane, miałyśmy nowe bluzki i spódnice. Każda dostała swoje miejsce przy stole. Postawili przed nami talerze z rosołem. Potem dostałyśmy drugie danie: ziemniaki i mięso z sosem. Jedna na drugą patrzy i płakać się nam chce. Siostra się pyta, dlaczego nie jemy. A my po prostu nie mogłyśmy, tak miałyśmy pokurczone żołądki. W powstaniu jadłyśmy tyle, co nic, a w zakładzie tylko trochę kaszy. Świnie tam lepsze jedzenie miały.
     Ludwika skończyła w Gliwicach szkołę podstawową, potem kurs krawiecki i szkołę gastronomiczną, gdzie zrobiła małą i dużą maturę. Zaraz po niej zatrudniono ją w szkole w magazynie gospodarczym. Jednak z czasem siostrom internat zabrano i Ludka nie miała gdzie się podziać, a że w Elblągu mieszkał syn jej macochy z rodziną, który tu prowadził wielką rzeźnię. Ludka napisała do niego, czy może z nimi zamieszkać. Początkowo prowadziła im dom i zajmowała się dziećmi. Nie podobała jej się ta praca. Z czasem dostała pracę intendentki w koszarach na Królewieckiej. Potem była konduktorką a następnie kontrolerką dyspozytora w tramwajach. W końcu znalazła pracę kontrolerki w WSS-ie. W wieku 40 lat wyszła za mąż, nie doczekała się potomstwa. Od dwudziestu lat jest wdową i znów prowadzi samotne życie, jednak nie poddaje się, ma w sobie wiele życia, zapału i wiary. Być może właśnie to pomogło jej przetrwać te wszystkie traumatyczne chwile.

mg
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
  • Tyle przerzyć, niech gimnzjum czyta jak im teraz dobrze.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    28 0
    (2015-07-31)
  • Ostatni świadkowie prawdziwej Polski. Kto wygrał wojnę ? Napewno nie Polacy. Niemiec-Pan, Polak - Biidok na śmieciówce. Szkop pracuje do emerytury, Polak - do śmierci itd. itp. .. .
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    23 2
    (2015-07-31)
  • Nasza młodzież krzywa, słaba psychicznie. Mózgi rozpuszczone syfem dopalaczy, mysli samobójcze, alkoholizm, wszystkie mozliwe patologie świata, z zabijaniem własnych rodziców włącznie. Czy wiecie jaka była statystyka samobójstw w czasie w II wojny światowej ? Jaka jest teraz ? Powody ? W czasie wojny mieli chyba więcej powodów żeby ze soba kończyć. Był terror okupanta i, ,sojuszników z tajnych układów". Treaz niby bezpiecznie a jednak, ,zachodni reżim ekonomiczny Sachsa i jemu podobnych (Balcerowicza) generuje więcej strat społecznych niż kiedyś.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    16 2
    (2015-07-31)
  • nie tylko młodzież jest skrzywiona, najgorsze jest to że bada idiotów u władzy dąży tylko do zadbania o swoją du. p e mając ludzi w poważaniu. I tu jest problem z ucieczką młodych z tego podłego kraju gdzie tacy sami młodzi ludzie 71 lat temu przelewali krew za ojczyzne.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    13 1
    hist-teryk(2015-07-31)
  • Wojna to czyste zło.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    17 0
    ThornPL(2015-07-31)
  • Podziwiam ta Pania, dzieki takim ludziom jak ona , czytajac ta tragiczna historie doceniam to co mam, to ze zyje w wolnym kraju, ze niczego sie nie boje. Takie historie ucza pokory zeby zastanowic sie co Ci wszyscy ludzie wycierpieli, zebysmy my teraz byli wolnym narodem. My nie mozemy w tym pedzie zycia o tym zapominac.........
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    26 0
    d.w.(2015-07-31)
  • Jak człowiek człowiekowi może zrobić takie coś, przeczytałem do rozerwania małego dziecka na pół i dalej nie mogłem. To sie w mojej głowie nie mieści jako ojca 2 dzieci. I to było tylko 70 lat temu, czy ludzka mentalność zmieniła się przez te 70 lat na tyle żeby takie coś nigdy się nie powtórzyło? Ludzie to najgorszy gatunek zamieszkujący ziemię. Żadne inne inne zwierze nie zabija dla zabawy
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    15 0
    sdfff(2015-07-31)
  • Wielkie współczucia dla pani Ludwiki.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    11 0
    dczarny2104(2015-07-31)
  • Pani Ludwika przez to co przeżyła jest silna psychicznie a gimbazy wieszają się z byle powodu. .. ot XXI wiek. ..
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    11 2
    (2015-07-31)
  • Życiorys (jakich pewnie jest tysiące z tamtych czasów) idealnie nadający się na wspaniały i pasjonując film, lecz w dzisiejszej Polsce robi się filmy typu "pokłosie". Smutne to że takich ludzi jak wyżej opisana Pani (tworzących historię i Historię) wspomina się bardzo sporadycznie.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    15 0
    chin(2015-07-31)
  • Chwała BOHATEROM i pogarda dla PO.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    13 4
    (2015-07-31)
  • pni Ludwiko ! Jest Pani wspaniałą osobą ! Oby Bóg wynagrodził Pani te wszystkie cierpienia, Ściskam gorąco !
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    15 0
    (2015-07-31)
Reklama

To kupisz w pasażu portElu

OKOWOKO s.c.
Okulary korekcyjne XAVIER GARCIA
Płyn Hayne
Okulary korekcyjne I-D TOKYO