Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Poniedziałek 21-05-2018, imieniny Wiktora, Jana
 
Reklama w Elblągu
Rek

UWAGA!

Klagenfurt 2012 - zapiski Ironmana (triathlon)

Elbląg, Klagenfurt 2012 - zapiski Ironmana (triathlon) fot. nadesłane

1 lipca w austriackim Klagenfurcie odbyły się doroczne zawody Ironman, jedne z najsłynniejszych zawodów triathlonowych na świecie. W zawodach brał udział Patryk Sawicki, triathlonista z Elbląga, który wygrał konkurs na Ironmana, prowadzony na Facebooku. Przedstawiamy Czytelnikom jego relację z udziału w imprezie.

Po blisko 20-godzinnej podróży, w towarzystwie najbliższej rodziny, dotarłem do Klagenfurtu. Udaliśmy się do wynajętego apartamentu na zasłużony odpoczynek.
     W sobotę rano odebrałem pakiet startowy, przygotowałem rower oraz cały sprzęt potrzebny do startu. Posortowałem wszystko w specjalne torby, dostarczone przez organizatora (biała-pływanie, niebieska – kolarstwo, czerwona – bieg) i zostawiłem je w strefach zmian. Było bardzo gorąco, więc spuściłem powietrze z kół i okryłem rower specjalną folią. Popołudnie spędziłem z rodziną, zwiedzając Klagenfurt oraz pływając w jeziorze.
     W nocy przed startem spałem bardzo dobrze, choć krótko. Pobudka o 4.30. Makaron z jogurtem na śniadanie, do tego baton energetyczny. Wydawało nam się, że 40 minut to wystarczająco dużo czasu, by dotrzeć na miejsce startu. Okazało się, że byliśmy w błędzie. 2800 zawodników, ich znajomi, rodzina, kibice, wszyscy chcieli dostać się do miasta, więc powstał niewiarygodnie długi korek. Na szczęście zdążyliśmy w ostatniej chwili.
     Gdy speaker prosił o wyjście ze strefy zmian, ja dopiero wbiegałem, aby napompować koła. Pożyczyłem pompkę od innego zawodnika, uzupełniłem trzy bidony izotonikiem i pobiegłem na start. Kiedy zakładałem strój do triatlonu, opaski kompresyjne i piankę o startu pozostało zaledwie sześć minut. Nagle zorientowałem się, że żaden z zawodnik nie ma na sobie neoprenowej pianki do pływania. Temperatura wody osiągnęła 25 stopni Celsjusza i zabroniono w nich startu. Pianka do torby, jeszcze czepek, okularki i już byłem gotowy.
     Na starcie pojawiłem się jako jeden z ostatnich, więc musiałem przecisnąć się do przodu. W końcu dotarłem do pierwszej linii i uważnie przysłuchiwałem się temu, co mówił austriacki speaker, jednak niewiele zrozumiałem. Nagle wszyscy ruszyli. Jakby za wolno, nie spiesząc się, bez gwizdków, bez wystrzału z armaty – pomyślałem, że pewnie start jest z wody i trzeba dopłynąć do niebieskich chorągiewek przede mną. Płynąłem bardzo powoli, rozglądając się dookoła. Minąłem chorągiewki i wtedy uświadomiłem sobie, że to już był start. Cudowne uczucie, podnieść głowę i zobaczyć ponad dwa tysiące osób, płynących w jednym kierunku.
     Po trzech kilometrach w jeziorze trasa prowadziła rzeką do centrum miasta. Było dość wąsko, wiec oberwało mi się trochę: kilka kopniaków w głowę, szarpnięć, no i glonów pod nogami. Koniec pływania. Czas godzina i 10 minut. Nie najlepiej, chciałem zmieścić się w godzinę. Może dlatego, że chciałem zachować dużo sił na później.
     Dobiegłem do strefy zmian, założyłem skarpety, buty, numer startowy, okulary i kask. Do kieszonki z tyłu włożyłem dodatkowe żele, przygotowane wcześniej. Na rowerze miałem przymocowane: zapasową dętkę, pompkę, klucze i batony energetyczne. Wsiadłem na rower i ruszyłem do przodu. Zaczęło się. Czekało mnie 180 kilometrów samotnej jazdy, ponieważ zawody na dystansie Ironman rozgrywane są bez draftingu, co znaczy, że nie można korzystać z pomocy innych zawodników (należy utrzymać dystans pomiędzy zawodnikami: siedem metrów przód/tył oraz trzy metry w bok).
     Pierwsze kilometry poszły mi bardzo dobrze, a licznik pokazywał taką prędkość, że przez chwilę zastanawiałem się, czy nie jest zepsuty. Sprawdziłem na Garminie – wszystko OK. Pomyślałem, że może zacząłem za szybko, jednak tętno wahało się w okolicy 125-130 ud/min, takie jakie powinno być. Robiło się coraz cieplej. Oblewanie się wodą oraz próby jazdy w cieniu niewiele pomagały. Po pierwszej przejechanej pętli, czyli 90 km, stwierdziłem, że jeśli uda mi się utrzymać takie tempo, powalczę o niezły wynik. Kryzys przyszedł na 160 kilometrze. Odczuwałem narastający ból w nogach. Upał był coraz większy. Żar lał się z nieba. Opróżniłem dziesiątki bidonów z wodą i izotonikami, a drugie tyle wylałem na siebie. Po drodze mijałem zawodników, którzy siedzieli na trasie obok roweru z głową pomiędzy kolanami i nie mieli już siły ruszyć dalej. Podjazdy na drugiej pętli wydawały się dużo bardziej strome i długie. Jednak perspektywa, że już tylko 20 kilometrów i to lekko w dół, dodawały otuchy. Schodząc z roweru, próbowałem sprawdzić swój stan. Nogi prawie wcale mnie już nie bolały. Nie czułem się jakoś bardzo mocno wyczerpany, a tętno osiągało wartość około 145 ud/min.
     Szybka zmiana i ruszyłem na trasę biegową, gdzie mocno dopingowała mnie rodzina. Pierwszy kilometr w czasie 4:40, drugi 4:45. Pomyślałem – jest nieźle. Przy takim tempie może udać się pokonać cały dystans w czasie poniżej 10 godzin. Na trzecim kilometrze złapała mnie kolka. I nie odpuszczała aż do siódmego kilometra, na którym się zatrzymałem. Rozciąganie, żel i woda. Całość zajęła mi może minutę. Zacząłem truchtem. Powoli się rozpędziłem. Zmęczenie zaczęło dawać się we znaki. Do tego wydawało mi się, że jest jeszcze bardziej gorąco niż na rowerze. Wylewanie na siebie litrów wody czy wkładanie lodu pod strój dawało ulgę tylko na chwilę. Było coraz ciężej, a kilometry jakby coraz dłuższe. Starałem się nie myśleć, ile pozostało do końca. Pokonywałem każdy kolejny kilometry, walcząc z własnymi słabościami.
     W końcówce przyspieszam, mając nadzieję na wynik choć trochę lepszy niż jedenaście godzin. Wbiegam w ostatni zakręt i z daleka krzyczę do 7-letniej siostry, aby już biegła z flagą Polski do mety. Doganiam ją. Wbiegamy wspólnie na ostatnią prostą, a tam wielkie zaskoczenie – zegar pokazuje dziesięć godzin i siedemnaście minut. Jestem bardzo szczęśliwy. Po wyczerpującym biegu, w trudnych warunkach, nie śmiałem marzyć o tak dobrym wyniku. Przekraczamy metę, gdy speaker wypowiada słowa: ,,You are an Ironman”.
     Na mecie złapał mnie skurcz. Położyłem się, aby rozciągnąć nogę. Ból był niesamowity, ale po chwili ustąpił. Nie chciało mi się wierzyć, że już po wszystkim.
     Po kilku minutach zadzwonił mój brat z gratulacjami. To on, obserwując wyniki w Internecie, powiadomił mnie, że zdobyłem drugie miejsce w swojej kategorii wiekowej. Mieliśmy nadzieję, że tak dobra lokata wiąże się ze slotem na Mistrzostwa Świata w zawodach Ironman na Hawajach. Niestety, następnego dnia okazało się, że w kategorii 18-24 lat, slota otrzymał tylko zdobywca pierwszego miejsca, do którego straciłem zaledwie osiem minut.
     
     Na koniec chciałbym podzielić się kilkoma refleksjami. Zgadzam się z powiedzeniem, że „apetyt rośnie w miarę jedzenia”. Kiedy wygrałem konkurs na Facebooku, byłem bardzo szczęśliwy. Pomyślałem, że oto w wieku 23 lat spełnia się moje marzenie. Stanąć na mecie tak prestiżowych zawodów i usłyszeć, że jest się „człowiekiem z żelaza”, to marzenie chyba każdego triathlonisty. Jednak dopiero sukces, który osiągnąłem, pozwala mi zaplanować dalszą sportową drogę. Już wiem, że na Klagenfurcie nie skończy się moja przygoda z zawodami Ironman. W przyszłym roku wystartuję we Frankfurcie w Niemczech, a 2 września spróbuję jeszcze swoich sił w Borównie. Wiem, że czeka mnie mnóstwo wyrzeczeń i żmudna praca, ale taki jest los sportowca.
     Chciałbym w tym miejscu podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do mojego sukcesu.
     Szczególne podziękowania składam wszystkim, którzy oddali na mnie swój głos na Facebooku. Ponad trzy tysiące osób: członków rodziny, przyjaciół, znajomych i nieznajomych, uwierzyło we mnie, dopingowało mnie i obserwowało moje poczynania. To dzięki nim spełniło się moje sportowe marzenie.

Patryk Sawicki
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
..., a moim zdaniem
Pokazuj od
najnowszych
  • Pierwszy w życiu głos, który uważam za doskonale oddany!; ) Brawo Sawik! Jesteś człowiekiem z żelaza!
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0 0
    pigi(2012-07-17)
  • Patryk sedrcznie Ci gratuluję. Do życzeń przyłącza się Justyna i Agata. Balińska
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0 0
    (2012-07-17)
  • Patryku, gratulacje nieziemskie !!!!!! nauczyciel-ka
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0 0
    Czytelnik_MOBI_88375(2012-07-17)
  • Graty chłopie! Dałeś radę:) Mam podwójną satysfakcję, bo choć nie znam Cię osobiście, to również przyczyniłem się do Twojego startu:)
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0 0
    (2012-07-18)
  • WIELKIE GRATULACJE PATRYKU!!! Wspaniały start, wyśmienita relacja i nadal ten sam SKROMNY, NIEZWYKLE ZAANGAŻOWANY CZŁOWIEK!!! Gratulacje dla wspierającej rodziny, którą również pozdrawiam! Na koniec refleksja: jak wiele wiary i mocy można przekazywać wkoło? TY to masz! Do zobaczenia!
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0 0
    adamsiata(2012-07-18)
Reklama

To kupisz w pasażu portElu

Ubezpieczenia OC i AC
Citroen HADM Gramatowski już otwarty!
Wyprzedaż rocznika 2017 w salonie Skody HADM
Serwis i oryginalne części Audi