Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Proszę zapoznać się z informacją na temat cookies stosowanych na naszej stronie.
Niedziela 21-01-2018, imieniny Agnieszki, Jarosława. Dzień Babci
 
Rek

UWAGA!

Rek
Telefon portElu Halo, tu portEl
512 918 555

Wiadomości

Na osiedlu

Gospodarka

Społeczeństwo

Kultura

Sport

Na uczelniach

Zbrodnia i kara

Prasówka

Jej portEl

Kina i teatr

Konkursy

Dawny Elbląg

Poradnik

Hit czy kit?

Po godzinach

Fotoreportel

Światełko do nieba Światełko do nieba

Pociąga mnie walka samej z sobą

 
Elbląg, Pociąga mnie walka samej z sobą - Wydaje mi się, że mam niezłą wytrzymałość. Lubię długie dystanse, w tygodniu na treningach pokonuje od 70 do 90 kilometrów - mówi Joanna Deputat (fot. Michał Skroboszewski)
Rek

- W długich biegach chodzi o przełamanie we własnej głowie, że da się radę przebiec taki dystans, że człowiek jest do tego fizycznie zdolny – mówi elblążanka Joanna Deputat, która ukończyła jeden z najsłynniejszych ultramaratonów na świecie – w Republice Południowej Afryki.

- Skąd pomysł, by wystartować w Comrades Marathon?
     
- Pomysł nie był mój. Wyjazd zaproponowała mi kuzynka, która wybierała się do RPA na wakacje ze swoim partnerem. Ja i ona mamy urodziny mniej więcej w tym samym czasie, więc to była nasza wspólna wyprawa, okazja do świętowania i przy okazji spełniania biegowego marzenia.
     
     - Byłaś jedyną Polką, która wzięła udział w zawodach...
     
- Oficjalnie tak, ale na trasie była jeszcze jedna Polka, z którą korespondowałam przed zawodami. To był jej czwarty start, mieszka w RPA od kilkunastu lat, pewnie dlatego startowała w barwach tamtego kraju. Przybiegła prawie dwie godziny po mnie. Szukałam jej potem na mecie, ale wśród tysięcy zawodników się nie udało...
     
     - Jakie są twoje wrażenia z trasy? Ciężko było?
     
- Byłam zaskoczona, że na całej trasie było mnóstwo kibiców. Rozbijali namioty, rozkładali koce, dopingowali, to był jeden wielki rodzinny piknik. Wszyscy byli bardzo życzliwi, podawali wodę, jedzenie, gdy ktoś się zatrzymał, by chwilę odpocząć, od razu podbiegali, oferując masaż, pomoc.
     Trasa była ciężka, prowadziła po twardej nawierzchni, ale temperatura aż tak nie dokuczała. O tej porze roku w RPA jest jesień, więc było mniej niż 30 stopni Celsjusza.
     Startowaliśmy o 5.30 rano, o tej godzinie jeszcze jest tam ciemno, zmrok też zapada szybko. Nie wiedziałam, co może się stać po drodze, więc na wszelki wypadek miałam przy sobie wszystkie dokumenty.  

  Joanna Deputat na mecie biegu (fot. archiwum prywatne) Joanna Deputat na mecie biegu (fot. archiwum prywatne)


     Na trasie było dużo przewyższeń. Wcześniej biegłam 100 kilometrów w Krynicy Górskiej, ale warunki w RPA były nieporównywalne. Starałam się oszczędzać siły, wzniesienia pokonując marszem, ale i tak wysiłek był ogromny. Tuż przed metą był kilkukilometrowy zbieg, po tak morderczym dystansie wiele osób już szło, niektórzy tyłem, bo przodem nie dawali rady. Meta znajdowała się na stadionie, pełny ludzi. Bałam się, że w tym tłumie nie odnajdę mojej kuzynki, ale była pierwszą osoba, którą zobaczyłam, wbiegając na metę (śmiech)
     
     - Jak przygotowywałaś się do tych zawodów? Słyszałem od innych biegaczy, że często przesiadywałaś w saunie...
     
- Tak, w ten sposób chciałam poprawić wydolność i przyzwyczaić organizm do wysokich temperatur. Na miejscu nie miałam czasu na aklimatyzację. Przylecieliśmy do RPA 26 maja po południu, start był już 29 maja. Żadnych przebieżek i treningów na miejscu już nie robiłam, zapoznawałam się z okolicą.
     
     - Masz za sobą dystans 89 kilometrów, wcześniej – 100 km. Czy to znaczy, że teraz skupisz się na ultramaratonach?
     
- Bardzo podobają mi się takie dystanse. Pociąga mnie ta walka samej z sobą, bardzo fajne doświadczenie. W długich biegach chodzi o przełamanie we własnej głowie, że da się radę przebiec taki dystans, że człowiek jest do tego fizycznie zdolny.
     
     - Jak zaczęła się twoja przygoda z bieganiem?
     
- Chodziłam do Szkoły Podstawowej nr 3, więc ze sportem miałam wiele wspólnego. Moimi trenerami lekkoatletyki byli Marianna Biskup, Stanisław Pernal, Janusz Nowak. Potem miałam długą przerwę od sportu, ale po urodzeniu dzieci stwierdziłam, że muszę coś z tym zrobić. Zaczęłam truchtać, biegać, z czasem coraz więcej. Potem ktoś mnie namówił do startu w Biegu Piekarczyka, to było nie tak dawno temu, bo w 2012 roku! (śmiech). Potem były kolejne „dziesiątki”, półmaraton, maraton w Toruniu. Byłam z siebie bardzo zadowolona, bo w debiucie pobiegłam poniżej czterech godzin. Tych maratonów zresztą nie ukończyłam zbyt dużo, zaledwie kilka...
     
     - Ale biegasz w nich naprawdę szybko, w czasie około 3 godzin i 20 minut...
     
- 3 godziny i 22 minuty to mój najlepszy wynik osiągnięty w Toruniu. Ja po prostu biegam. Wydaje mi się, że mam niezłą wytrzymałość. Lubię długie dystanse, w tygodniu na treningach pokonuje od 70 do 90 kilometrów. Długie wybiegania to podstawa. Staram się biegać od razu po pracy, by potem mieć czas dla rodziny.
     
     - Jakie są twoje najbliższe plany?
     
- Na pewno wezmę udział w sztafecie świętojańskiej, która odbędzie się w Bażantarni 18 czerwca. Co dalej? Nie wiem. O innych startach na razie nie myślę. Nie było mnie kilka tygodni, trzeba nadrobić ten czas, poświęcić go dzieciom, mężowi, który podczas mojej nieobecności miał wszystko na głowie (uśmiech).

Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
..., a moim zdaniem
Pokazuj od
najnowszych
Reklama