Niedziela 16-12-2018, imieniny Albiny, Zdzisława
 
Reklama w Elblągu
Rek

UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później
Zamknij Zamknij
Reklama w Elblągu
Rek

Nikt nikomu kabelków nie odcina (Elblążanie z pasją, odc. 17)

 
Elbląg, Nikt nikomu kabelków nie odcina (Elblążanie z pasją, odc. 17) Latanie na motoparalotni to ogromna przyjemność (fot. arch. prywatne)
Rek

Lata na zawodach, ale i rekreacyjnie, nad Wysoczyzną Elbląską albo w Chorwacji, gdzie przyszło mu startować ze...stadionu piłkarskiego. W motoparalotniach najbardziej podoba mu się to, że można poczuć się po prostu wolnym. Jacek Ciszkowski to jedyny elblążanin, który znalazł się w reprezentacji Polski w tym sporcie.

Jacek Ciszkowski jest rodowitym elblążaninem. Jego pasją jest latanie na motoparalotni, poświęca jej każdą wolną chwilę. Według niego świat z góry jest po prostu piękny, zwłaszcza Wysoczyzna, nad którą często lata. Reprezentant Motoparalotniowej Kadry Narodowej Aeroklubu Polskiego, latem zadebiutował w roli organizatora elbląskiej edycji zawodów Polskiej Ligi Motoparalotniowej. Na co dzień jest żołnierzem 2. elbląskiego dywizjonu przeciwlotniczego.
     
     - Zaczął pan latać kilka lat temu, w 2007 roku. Jak do tego doszło?
     - Jacek Ciszkowski: Namówił mnie do tego kolega, z którym mieszkałem pod Łodzią. Kiedy przyjeżdżał po weekendzie pokazywał mi zdjęcia oraz filmy i tak to poszło.
     
     - Więc jak się Pan tak naoglądał...
     - ...No tak, naoglądałem się. A że od dziecka byłem zafascynowany lotnictwem to mnie ciągnęło w tę stronę. Wcześniej wykonywałem w pracy skoki, bo jestem żołnierzem, ale nie dawały one tego, co daje motoparalotniarstwo.
     
     - Czyli czego? Adrenaliny?
     - Nie, tu było za mało wolności, niezależności.
     
     - Później poszedł Pan na kurs. Ile czasu zajmuje nauka i czy trudno nauczyć się latać na motoparalotni?
     - Kurs podstawowy trwa pięć dni. Największą trudność stwarza postawienie skrzydła, czyli oderwanie go od ziemi tak, żeby było nad głową i utrzymanie go tam. Jeśli to wytrenuje się do perfekcji to później start wychodzi bardzo dobrze.
     
     - To drogi sport?
     - Tak naprawdę to pojęcie względne. W porównaniu do innych sportów lotniczych nie jest, wśród nich jest najtańszy i chyba najmniej zależny. Trzeba mieć uprawnienia i ubezpieczenie, do takiego rekreacyjnego latania niepotrzebne są badania lotniczo- lekarskie. One są wymagane dopiero w momencie, gdy ktoś lata sportowo.
     
     - Jest pan zawodnikiem, motoparalotniarskim reprezentantem Polski. To oznacza, że lata Pan zawodowo?

     - Nie, jestem żołnierzem. Latanie to moje hobby, nie zarabiam na tym, prawdę mówiąc więcej do tego dokładam. Korzyścią dla mnie jest to, że w tym uczestniczę i rezultaty, jakie osiągam.
     
     - Więc jak to się stało, że zaczął Pan reprezentować Polskę na zawodach?

     - Dwa lata temu pojechałem na pierwsze poważne zawody, to były mistrzostwa Polski w Chełmie. Tam startowali zawodnicy z kadry, a także ludzie z całego kraju. Osiągnąłem dobre wyniki, zwłaszcza w nawigacji. Zauważył mnie trener i pod koniec roku wysłał mi zaproszenie do kadry. Poczułem się doceniony (uśmiech), zostałem powołany w klasie PF1, czyli start z nóg z napędem na plecach.
     
     - Podobno Polacy są najlepsi w Europie?

     - Tak, w Europie i na świecie. Na ostatnich mistrzostwach świata w tamtym roku Polacy zdobyli wszystkie złote medale, które były możliwe do zdobycia, indywidualnie i drużynowo. W przyszłym roku mistrzostwa będą rozgrywały się w Polsce, bo zawody odbywają się co dwa lata, wtedy będziemy bronić tytułu.
     
     - Na czym takie zawody motoparalotniowe polegają?

  Jacek Ciszkowski lata od kilku lat (fot. Witold Sadowski) Jacek Ciszkowski lata od kilku lat (fot. Witold Sadowski)

- Zawody ligowe polegają na tym, że są trzy konkurencje. Pierwsza z nich to nawigacja, czyli latanie z mapą. Ma się specjalnie pod siebie zrobiony mapnik, trzeba mieć stoper do odmierzania czasu. Drugie dopuszczalne urządzenie to wariometr, pokazuje nam wysokość oraz prędkość opadania i wznoszenia. Przydaje się to w tych konkurencjach, gdzie w danym punkcie i czasie musimy być na określonej wysokości. To dość skomplikowane. Jeżeli jest na to czas to przed lotem liczymy prędkości i odległości na mapie, szacujemy ile zajmą punkty zwrotne. To jedna z trudniejszych kategorii, bo patrzenie na mapę to jedno, ale odczytanie jej w powietrzu i utrzymanie lotu w granicach trasy jest trudnym zadaniem.
     
     - Ale te zawody to nie tylko nawigacja, są jeszcze slalomy...
     - Tak, są jeszcze konkurencje sprawnościowe, czyli start, lądowanie, slalom między pylonami i kopanie tyczek.
     
     - Kopanie tyczek? Jak to wygląda?
     - U nas nie udało się zrobić slalomu, bo wiał dość mocno wiatr, a pylony są na to podatne. To byłoby niebezpieczne, więc trener zarządził kopanie tyczek. Wyglądało to tak, że do rzędu tyczek, rozstawionych pod wiatr co 50 metrów, trzeba było jak najwolniej podlecieć, kopiąc tyczkę po tyczce, zrobić nawrót i zrobić to samo z drugiej strony. To taka konkurencja techniczna. W przypadku slalomu między pylonami, trzeba przelecieć przez bramkę z laserowym czytnikiem, zrobić odpowiednią konfigurację i znów przelecieć przez bramkę, a tym samym zamknąć czas. Jest również lądowanie na celność, albo na punkt, czyli w jakimś konkretnym, wyznaczonym kręgu, albo na pachołki, gdzie jest pięć, 80- centymetrowych pachołków, które są w odległości dwóch metrów. Pilot leci minimum przez 30 sekund na włączonym silniku, musi je strącić i dopiero wtedy może dotknąć ziemi. Jest jeszcze kategoria ekonomiczna, która polega na tym, że pilot musi jak najdłużej latać na określonej ilości paliwa.
     
     - A to nie jest trochę taki sport dla matematyków i fizyków? Dużo trzeba tu liczyć.
     - W tej nawigacji trochę tych obliczeń jest, ale ja nie jestem matematykiem, a jakoś sobie radzę (uśmiech). To kwestia dobrego wytłumaczenia i praktyki. To nie jest tak, że się usiądzie i zrobi wyliczenia, trzeba polecieć z własnym sprzętem i sprawdzić wszystko samemu.
     
     - Pierwsze zawody motoparalotniowe za nami. Czy Elbląg ma szanse na to, żeby stać się ważnym punktem na mapie w tej kategorii?
     - Tak, Elbląg już został dostrzeżony, są propozycje i plany, żeby to właśnie tu zostało zrobione zgrupowanie kadry oraz zawody ligowe. Wszyscy byli zachwyceni, jest tutaj potencjał.
     
     - Spotykacie się na różnych zawodach, rywalizujecie, ale czy lubicie się?
     - Jak się jedzie do nas na zawody i pikniki ludzie odnoszą wrażenie, że jesteśmy jak rodzina. Ostatnio mieliśmy zakończenie ligi w Kutnie, gdzie najpierw była gala, a potem bankiet, który wyglądał jak...wesele. Znamy się dobrze, jak przychodzi ktoś nowy to nie jest odpychany. Na zawodach nie ma zawiści, jest rywalizacja, ale taka czysto sportowa. To sprawdzanie samego siebie, każdy się od siebie uczy. Nie ma czegoś takiego, że ktoś odetnie jakiś kabelek (śmiech).

rozmawiała Marta Wiloch
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
Reklama

To kupisz w pasażu portElu

Podpis elektroniczny zestaw na 1 rok
Hosting WWW START
Czytnik kart kryptograficznych
Hosting WWW BIZNES