Dźwiękowy mjazzgot

Sobotni wieczór w Mjazzdze mógł być uciążliwy dla osób z wrażliwym słuchem, nieobytych z intensywną dawką metalowego łojenia. Niemniej jednak znalazła się spora grupa takich, którzy lubią głośno, szybko i intensywnie. Mowa oczywiście o muzyce. Zobacz fotoreportaż.
W roli otwieracza tym razem zagrał zespół Savant (na poprzednim koncercie kolejność był odwrotna). Zaczęli bardzo mocno i bezlitośnie. Nie kojarzę, aby mury Mjazzgi zetknęły się wcześniej z tak brutalnym łojeniem (co prawda MOAFT też swego czasu miażdżył, ale inaczej). Długie kompozycje oparte na kontrastach między mocną death metalową nawalanką – nawiązującą trochę do grania z lat ’90 – a spokojnymi patentami, gdzie muzycy pokazywali swoje bardziej wrażliwe oblicze. Wrażliwość ta jednak nie miała nic wspólnego ze smutnym, nostalgicznym graniem, przy którym co bardziej delikatne jednostki mogłyby uronić łzę. To raczej lekko psychodeliczne, trochę może progresywne patenty wzbogacone czystym wokalem. Pojawiający się właśnie co jakiś czas czysty wokal też był elementem tego starcia przeciwieństw. Swoją drogą, wokalista naprawdę dawał radę zarówno w tych czystych fragmentach, jak i w tych wymagających konkretnego ryknięcia. Pewnie znaleźliby się tacy, których męczyła długość utworów oscylująca średnio wokół 6-7 minut, a niekiedy przekraczająca chyba nawet 10, mnie to w niczym nie przeszkadzało, bom jest fanem długich kompozycji. Zwłaszcza, że muzycy Savant starali się upchnąć w te kawałki sporą ilość ciekawych i różnorodnych riffów. Puenta z tego występu jest taka, że kiedy słyszałem ich poprzednim razem, niespecjalnie mnie urzekli, przegrywając starcie z kolegami z H.E.X.E. Tym razem było odwrotnie.
Właśnie H.E.X.E. wzmocniony nowym basistą wypadł tego wieczoru blado. No, może nie blado, ale gorzej niż poprzednio i mniej interesująco niż poprzedzający go Savant. Problem z występem H.E.X.E. był taki, że chyba nie bardzo wiedzieli, czy chcą grać muzykę, czy jednak wolą występy kabaretowe. Wina głównie leży po stronie gitarzysty, który za bardzo starał się być zabawny. Niestety, starania te w postaci rzucanych do mikrofonu pseudo-żartobliwych docinków były raczej żenujące i odwracały uwagę od całkiem interesującej muzyki. Gdy jednak pominiemy ten drobny, acz irytujący szkopuł, był to występ niezgorszy, choć nie przebił tego z poprzedniej wizyty w naszym mieście. Melodyjne granie z pogranicza heavy metalu i hard rocka z przyzwoitym czystym wokalem mogło się podobać. Muzycy mają całkiem niezły dryg do przyjemnych melodii. Moim zdecydowanym faworytem, który zapamiętałem jeszcze z poprzedniego występu, jest „Mad Wishes” ze znakomitą melodią gitary. Tym utworem bodajże zakończyli – trochę może szybko i niespodziewanie.
Metalowe dźwięki coraz rzadziej goszczą w naszym mieście, wydaje mi się, że kiedyś było tego troszkę więcej, aczkolwiek nigdy nie było za dużo. A widać, że młode pokolenie długopiórych wyrasta, a okazji do pomachania kudłami mało. Może jeszcze coś się ruszy.