UWAGA!

Dzieciaki nie były świadome tragedii. I bardzo dobrze...

 
Elbląg, Jarosław Śmietana i "jego" dzieciaki w Nepalu
Jarosław Śmietana i "jego" dzieciaki w Nepalu (fot. arch. prywatne)

Nepal jest teraz w centrum uwagi całego świata, a akurat tak się złożyło, że wylądowałem tam dwa dni przed trzęsieniem ziemi i kolejne 8 dni spędziłem na wolontariacie w Pokharze, w tamtejszym Domu Dziecka - rozpoczyna swoją opowieść 25-letni Jarosław Śmietana z Elbląga. - Był to ostatni przystanek w mojej niemal miesięcznej podróży. Wcześniej młody elblążanin odwiedził Kuala Lumpur, Singapur oraz Birmę. Nie spodziewał się, że finisz tej wyprawy będzie wstrząsający. I to dosłownie.

Jarek Śmietana wybrał Rainbow Children Home nieprzypadkowo. - Cztery lata temu byłem tutaj z kolegą na trekkingu (zrobiliśmy Annapurna Cicuit, z wejściem na Thorung Pass 5416m n.p.m.), a wcześniej zaopatrzyliśmy się w sklepie trekkingowym, gdzie kupiliśmy cały sprzęt - wspomina. - Sprzedawca poinformował nas, że 10 proc. dochodu przekazuje na wsparcie właśnie tego Domu Dziecka i zaprosił nas do odwiedzin. Spędziliśmy tam naprawdę miłe godziny i już wtedy obiecałem sobie, że na pewno kiedyś tam wrócę. Kluczem do decyzji był fakt, że dzieciaki mówią tam po angielsku - a zawsze to lepiej móc się komunikować, niż tylko próbować się porozumiewać na migi.
       No i poleciał. Ale już drugi dzień pobytu w nepalskim Domu Dziecka przyniósł niebezpieczne emocje.
       - W ten dzień mieliśmy wizytę jakichś darczyńców, wszystkie dzieci były więc dobrze ubrane - opisuje Jarosław Śmietana. - Darczyńcy byli nepalskimi biznesmenami i przynieśli dzieciakom buty i skarpetki. Po ceremonii był czas na zdjęcia i gdy wszyscy się trochę porozchodzili - zaczęło się. Najpierw niewinnie, a po chwili usłyszeliśmy ogromny, narastający i zbliżający się szum. Wszyscy byli trochę zdezorientowani, a szum zaczął narastać, gdy w końcu nas dopadł. W pierwszej chwili, myśleliśmy, że nadlatuje helikopter, ale nagle wszystko zaczęło się trząść i to trząść z sekundy na sekundę coraz mocniej. Ziemia tak bardzo się trzęsła, że z trudem można było ustać na nogach. Zarządzono ewakuacje, a dzieciaki się ciągłe przewracały. Trzeba było wszystkich przetransportować na otwartą przestrzeń. Całe szczęście, że dzieci nie zdążyły wejść do budynków po ceremonii. Staliśmy wtedy na niewielkim dziedzińcu w środku całego ‘kompleksu’! Ledwie trzymając się na nogach i podnosząc co chwila jakiegoś dzieciaka udało się całą 50. wyprowadzić na zewnątrz. W pomieszczeniach wszystko co stało luzem i tylko mogło to pospadało. Przestały działać komórki, internet, bankomaty, wysiadł prąd. Staliśmy w małym skwerku, stłoczeni razem z resztą mieszkańców miasta.
       Pierwsze uderzenie zostało mimo wszystko przez mieszkańców trochę zlekceważone i już po 10 minutach wszyscy zaczęli wracać do swoich domów - my również - aby zdiagnozować straty i zacząć wszystko sprzątać. Po kolejnych kilku minutach nastąpił kolejny wstrząs. Znowu ‘lądował’ helikopter, ale my byliśmy już na to przygotowani i dzieciaki same zaczęły wybiegać na skwer.
       Na ulicach powszechna panika. Wszystko przestało działać, cały Nepal został sparaliżowany. Nikt nie wiedział co się dzieje, ludzie byli kompletnie zdezorientowani, stali na ulicach w obawie kolejnych wstrząsów.
       Tutaj trzęsienia ziemi zdarzają się dość regularnie, ale zwykle nie przekraczają 2-3 w skali Richtera. Wśród wszystkich obecnych osób nikt nie przypominał sobie trzęsienia o tak wielkiej sile.
       W Pokharze na szczęście budynki się nie zawaliły - były solidnie zbudowane, bo to względnie nowe miasto. Natomiast wiedzieliśmy, że w rejonie Kathmandu, czy też przede wszystkim pomiędzy Pokharą i Kathmandu, budynki są zrobione z gliny i drewna - i że takiego ataku mogły nie przetrwać. Ludzie byli przerażeni, bo mieli tam swoje rodziny. I nie mogli się z nimi w żaden sposób skontaktować. (...)
       Jarek zdecydował się zostawić dzieci na otwartej, bezpiecznej, przestrzeni i jechać z męską ekipą ratunkową do górskich wiosek. "Ładujemy na jeepa zapas wody i lekarstw. W promieniu kilkunastu kilometrów nie było tak źle. Ludzie wtedy nawet żartowali, że dobrze, że nic się nie stało. W wioskach mieli jakieś tam pojedyncze ściany uszkodzone, ale momentalnie ludzie zaczęli wyciągać szpadle, robić cement i naprawiać.

  Elbląg, Dzieciaki nie były świadome tragedii. I bardzo dobrze...
(fot. arch. prywatne)

Gorzej zaczęło się robić jakieś 40 km od Pokhary na wschód. Padła oczywiście komórka to zdjęć żadnych nie udało się zrobić, ale w tych wioskach było nawet z 40-50% budynków zniszczonych. Ludzie pomagali sobie nawzajem. Ci, których można było wyciągnąć, byli już dawno wyciągnięci. Natomiast tych głęboko pod gruzami nie dało się wyciągnąć bez specjalistycznego sprzętu. Powszechny płacz i lament, ludzie wiedzieli, że nie ma już kogo wyciągać... Zostawiliśmy tutaj wodę i ziemniaki, które wzięliśmy ze sobą i załadowaliśmy około 12 rannych na jeepa i ruszyliśmy w kierunku szpitala w Pokharze. (...) Później wrócili do dzieci.
       "Dzieci stały cały czas w tym samym miejscu, gdzie je zostawiliśmy - nie wchodziły do środka. Na szczęście nie były smutne, zorganizowały sobie różne gry na świeżym powietrzu. Nie były świadome tragedii, która działa się w niektórych rejonach kraju. I bardzo dobrze…".
       Więcej o wyprawie Jarosława Śmietany można przeczytać tutaj.
      

oprac. A
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
A moim zdaniem...

Przeczytaj też co działo się w Elblągu wcześniej

Zamieszczenie następnej opinii do tego artykułu wymaga zalogowania

W formularzu stwierdzono błędy!

Ok
Dodawanie opinii
Aby zamieścić swoje zdjęcie lub avatar przy opiniach proszę dokonać wpisu do galerii Czytelników.
NOWOŚĆ! Dział "A moim zdaniem" obsługuje hashtagi.
Dołącz zdjęcie:

Podpis:

Jeśli chcesz mieć unikalny i zastrzeżony podpis
zarejestruj się.
E-mail:(opcjonalnie)
A moim zdaniem...
Reklama