Nikola Nowak: Każdy znajdzie coś dla siebie

- Zimą w okolicach Elbląga spłonął dom. Ktoś wpadł na pomysł, żeby zorganizować kiermasz ciast dla poszkodowanych w Jegłowniku. Ciasta to nie jest moja specjalność, wzięłam syntetyczne włosy, mamę do towarzystwa i pojechałam wyplatać dzieciakom warkoczyki. Na miejscu się okazało, że jest miejsce i dla mnie - mówi Nikola Nowak, która reprezentuje Elbląg na ogólnopolskim etapie konkursu "Ośmiu Wspaniałych". Rozmawiamy o wolontariacie i o tym, jak znaleźć się w polskiej szkole po nauce w Wielkiej Brytanii.
- Podobno do Szkolnego Koła Wolontariatu idzie się po punkty z zachowania?
- O punkty z zachowania można zadbać w inny sposób. Ja w każdym razie poszłam z innych pobudek. Ale nie będę ukrywała, punkty z zachowania dla niektórych to jest bodziec, żeby spróbować wolontariatu. Tylko na samej chęci punktowania daleko się nie zajedzie. Trzeba czegoś więcej...
- Czego?
- Zmienia się mentalność moich rówieśników, ciężko do nich dotrzeć. Nie ma idealnego sposobu, żeby kogoś do wolontariatu przekonać. Trzeba iść i przekonać się na własnej skórze, czy ma się satysfakcję z robienia czasami drobnych rzeczy, które komuś pomogły. Ale nie będę ukrywała, że coraz trudniej jest znaleźć ludzi, którzy bezinteresownie poświęcą swój wolny czas dla innych. Warto mieć pozytywne nastawienie do życia, to pomaga. Z drugiej strony trudno też wyobrazić sobie kogoś negatywnie nastawionego w trakcie pomagania. I on będzie się źle czuł pomagając na się i innym humor popsuje. W moim przypadku uśmiech ludzi sprawia, że chcę to robić dalej. W Szkolnym Kole Wolontariatu mamy na tyle różne pomysły, że nudzić się nie sposób. Mam wrażenie, że to jest duży plus naszej szkoły. Nasza pani Kamila, gdy tylko zobaczy, że gdzieś jest potrzebna pomoc, natychmiast daje nam znać. I to też czasem trudno odróżnić, która akcja jest szkolna, a która pozaszkolna.
- Jak to było w Pani przypadku?
- W wakacje przed rozpoczęciem nauki w technikum w Zespole Szkół Inżynierii Środowiska i Usług, rodzice wrócili na stałe z Wielkiej Brytanii. Wybrali Elbląg, bo tu się wychowali. Ja urodziłam się w Wielkiej Brytanii i... dla mnie to był skok w nieznane. Nie miałam tu znajomych poza rodziną. Nie wiedziałam czego mam się spodziewać, nie rozumiałam systemu oceniania. Nikogo w szkole nie znałam. Czymś nowym były dyktanda, kartkówki.
W Anglii to zupełnie inaczej wygląda, raz na pół roku rodzice rozmawiają z nauczycielami i dostają opisową ocenę swojego dziecka. Angielska ocena kładzie nacisk na indywidualne postępy dziecka, nie ma porównywania, ty dostałeś czwórkę, a ty trójkę. Książki zostawiałeś w szkole, nie trzeba było dźwigać codziennie. Do szkoły chodziło się w mundurkach. Wtedy mnie to drażniło: tego mi nie wolno, tamtego też mi nie wolno. Z perspektywy czasu doceniam to rozwiązanie. Nie miałam problemu w co się ubrać, po ubraniu też trudno było dostrzec kto jest z uboższej, a kto z bardziej bogatszej rodziny. Były zasady dotyczące np. koloru skarpetek, dopuszczalnych plecaków i kurtek.
Śmiejemy się, że na rekrutacji do polskiego technikum miałam zero punktów, bo nie było jak wpisać angielskie świadectwo w polskie realia. Punktów za wolontariat też nie miałam. Nauczyciele pomogli mi odnaleźć się w nowym środowisku. To była zarówno pomoc przy konkretnych lekcjach, ale także w małych, drobnych sprawach codziennych, żebym nie czuła się zagubiona. Trafiłam do klasy, gdzie wychowawczynią była Kamila Biedrzycka, która też opiekuje się wolontariatem w naszej szkole. I to ona mnie wciągnęła do działania. Jak coś trzeba było zrobić, to ja zawsze byłam gotowa. Trochę też chciałam się „zrewanżować” za pomoc, którą dostałam.
- A w Wielkiej Brytanii?
- W szkole były pewne elementy wolontariatu. Ale tam wygląda to inaczej niż w Polsce. Z jednej strony pewnie wynika to z faktu, że tam byłam dzieckiem w wieku szkoły podstawowej, więc nie wszystkie rodzaje aktywności były dla mnie dostępne, druga sprawa to różnica pomiędzy systemem brytyjskim i polskim. Z ciekawostek mogę zdradzić, że jest w Wielkiej Brytanii jest kilka takich mocno nagłośnionych ogólnokrajowych akcji, coś na kształt Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, gdzie bardzo dużo osób i firm stara się w nie zaangażować. Na poważnie to w wolontariat wsiąkłam w polskiej szkole.
- Pamięta Pani pierwszą akcję wolontariacką?
- Tak na szybko, to nie. To mógł być „Pierwszy dzwonek”. We wrześniu zbieramy przybory szkolne, artykuły potrzebne uczniom w trakcie roku szkolnego. Ewentualnie robienie paczek prezentowych na Boże Narodzenie. Przez te cztery lata było ich kilkadziesiąt i nie pamiętam już, która była pierwsza. Pierwsze akcje były w grupie, później dojrzałam już do indywidualnych działań.
- To zapytam o tę, z którą wiążą się najpiękniejsze wspomnienia.
- „Kobiety w okupacji” w elbląskim Domu Seniora. Pensjonariuszki zorganizowały ubrania z czasów II wojny światowej. Niektóre po rodzicach, niektóre miały nawet po swoich babciach. My poszłyśmy zrobić im makijaż, fryzury. Ostatecznie wyszła z tego całkiem ciekawa sesja zdjęciowa. Ale dla mnie co innego było ciekawe. Dom Seniora stereotypowo kojarzy się z miejscem, w którym nie ma życia. Tymczasem elbląskim pensjonariuszkom energii życiowej nie brakuje. Niektórzy moi rówieśnicy mają jej mniej. Starsze panie wykorzystują każdą okazję do rozerwania się. Miks kolorów, brokat, pełna radość życia. Zapamiętam rozmowy: o przeszłości, życiu, o wszystkim... To mnie przyciągnęło i trochę zatrzymało w Domu Seniora. Lubię ich odwiedzać.
- Jak taki wolontariat wygląda w praktyce?
- To może na przykładach. Zimą w okolicach Elbląga spłonął dom. Ktoś wpadł na pomysł, żeby zorganizować kiermasz ciast dla poszkodowanych w Jegłowniku. Ciasta, to nie jest moja specjalność, wzięłam syntetyczne włosy, mamę do towarzystwa i pojechałam wyplatać dzieciakom warkoczyki. Na miejscu się okazało, że jest miejsce i dla mnie. Fajnie było, już nie pamiętam ile zebraliśmy, ale dużo. Mimo śnieżycy ludzie przyjeżdżali, nie tylko z ciastami. m.in. strażacy ochotnicy z Jegłownika sprzedawali pluszaki. Toś przyjechał z ciastem, przy okazji kupił pluszaka. Z jednej strony ważna była pomoc finansowa, z drugiej pokazaliśmy poszkodowanym, ale i tez sobie, że nie zostawiamy nikogo w potrzebie. Że w razie czego, zawsze można liczyć na mieszkańców wsi, którzy w ramach swoich możliwości pomogą.
Innym razem wzięłam koleżankę z klasy i pojechałyśmy do szkoły w Żurawcu zrobić pokaz mody i poopowiadać o naszej szkole. Dzieciaki inaczej reagują, jak ktoś z dorosłych opowiada o jakieś szkole w Elblągu, a inaczej jak przyjadą dwie dziewczyny, zrobią pokaz mody, pokażą makijaż i jak się fajnie uczesać. A przy okazji powiedzą, że to właśnie robimy na lekcjach. Wzięłam baner, zrobiłam prezentację o ZSIŚiU...
Najwięcej się angażuję właśnie na festynach: zaplatam dzieciakom warkoczyki, pokazuję podstawy makijażu. Do nas do szkoły przychodzą dzieci, żeby je uczesać. To, czego się nauczyłam, mogę wykorzystać w praktyce. Uczę się w klasie o profilu technik fryzjerstwa.
Czasem trzeba pomóc przy organizacji zbiórki. Zbieramy np. pieniądze, potem za zebrane fundusze trzeba kupić to, co ma się w paczkach znaleźć, zawieźć te paczki do beneficjentów. W przypadku zbiórek rzeczowych, trzeba znaleźć miejsce na tymczasowy magazyn np. żywności; przypilnować, żeby nic nie zginęło, zrobić paczki i przekazać potrzebującym. Zawsze jest coś do zrobienia, czasem nie w pierwszej linii, na widoku, tylko na zapleczu. Każdy znajdzie coś dla siebie.
Jeszcze jeden przykład: Fundacja Wolne Miejsce organizuje wigilie dla samotnych. Dzień przed wigilią trzeba było wszystko przygotować. Przy okazji trzeba było wybrać: pomóc w domu, czy w fundacji, a najlepiej jak to połączyć. 23 grudnia to też dzień wolny od szkoły, też można było powiedzieć, wolne mam, w nic się nie angażuję. Ale ja akurat lubię się zaangażować. W efekcie przygotowywałyśmy dania wigilijne w szkole w Zwierznie.
- Jak to wygląda czasowo?
- Jak się chce, to można pogodzić szkołę i działalność pozaszkolną. Ja może mam łatwiej, bo się dobrze uczę. Działania wolontarystyczne czasami są w godzinach, kiedy powinnam być w szkole, czasem wieczorem, czasem w weekend. Ale jak się to lubi, to się na to nie patrzy.
- Była już Pani w Warszawie na przesłuchaniach w związku z ogólnopolskim konkursem „Ośmiu Wspaniałych” [Nikola Nowak wygrała elbląski etap konkursu Ośmiu Wspaniałych i awansowała do etapu krajowego – przyp. SM]
- Przesłuchania odbywały się w Młodzieżowym Domu Kultury w Warszawie. Po cichu liczyłam, że zobaczę, ile osób jest na etapie krajowym. Ale byliśmy umówieni na konkretne godziny, więc nadal nie wiem, ilu nas jest. Przesłuchanie to była krótka, moim zdaniem za krótka, 15-minutowa rozmowa z dziewięcioosobową komisją. Patrząc na miny osób, które wychodziły przede mną, zaczęłam się obawiać jej trochę. Ostatecznie weszłam, byłam sobą, wszystko na luzie. Mi się rozmawiało bardzo sympatycznie i odniosłam wrażenie, że zainteresowałam komisję sobą i tym, co robię. Mam nadzieję, że jurorom czas rozmowy ze mną też upłynął w miłej atmosferze. Teraz nie pozostaje nic innego, jak tylko czekać na zaproszenie na galę finałową. Odbędzie się w czerwcu w Toruniu.
- To trzymamy kciuki. Dziękuję za rozmowę.
Young Voices Matter - project funded by Journalismfund Europe