Podaj dalej

O tym, że podkowa powieszona nad drzwiami przynosi szczęście wiedzą wszyscy. A co jeśli zdejmie się ją z haka i rzuci dalej? Historia szkolnego projektu szwedzkich licealistek, które postanowiły pomóc dzieciom z dwóch domów dziecka na terenie powiatu elbląskiego, miała swój początek właśnie w takim rzucie.
A wszystko zaczęło się od rzutu podkową. Mniej więcej siedem lat temu do przedstawicieli elbląskiego klubu zrzeszającego rzucających podkową przyszła wiadomość ze Szwecji. Okazało się, że i tam są tacy, którzy uprawiają ten sport. Kontakty powoli zacieśniały się, również dzięki wzajemnym wizytom. Podczas jednej z nich przedstawiciele elbląskiego klubu poznali nie tylko rodziców Ramony, ale także ją i jej rodzeństwo. Z czasem wzajemne kontakty przerodziły się w przyjaźń, która, jak się później okazało, pomogła w realizacji niecodziennego szkolnego projektu.
Początkowo pojawił się sam pomysł, aby po prostu pomóc. Z czasem zaczęło to nabierać realnego kształtu, m.in. dzięki temu, że rodzice Ramony przyjaźnią się z elbląskimi klubowiczami. Łącznikiem pomiędzy młodymi Szwedkami a domami dziecka w Pasłęku oraz w Marwicy był Marek Murdzia, rzecznik starosty elbląskiego, który pomógł w organizacji projektu. Maszyna powoli ruszyła. Latem ubiegłego roku Ramona i Johanna zaczęły ogłaszać zbiórkę rzeczy, które mogą przydać się dzieciom.
– Początkowo pytałyśmy o pomoc naszych przyjaciół oraz rodzinę, a także znajomych. Później wysyłałyśmy e-maile z krótkim pytaniem o pomoc. Jeśli ktoś chciał pomóc musiał najpierw skontaktować się z nami – mówiła Johanna.
Zbiórka rozpoczęła się jesienią, a odzew był ogromny. Zgłosiły się nie tylko osoby prywatne, które przyniosły ubrania, zabawki i inne przedmioty. Swoją pomoc zaoferowały również różne firmy, w tym szwedzka fabryka cukierków, sklep spożywczy, firma zajmująca się obsługą imprez, a nawet lakiernia samochodowa. Pomogły linie promowe Scanalines, które sponsorowały transport przez morze, pomogli rodzice Ramony, a zwłaszcza tata, który został kierowcą miniciężarówki przewożącej rzeczy do dwóch domów dziecka. W całe przedsięwzięcie zaangażowało się około 50 osób, a prezentów było tyle, że w pewnym momencie trzeba było zakończyć zbiórkę.
Przyszedł więc czas, aby rzeczy zawieźć do Polski. W ubiegły piątek (25 stycznia) szczelnie wypakowany samochód udał się do wychowanków.
fot. nadesłane
Radości nie było końca, dzieci cieszyły się nie tylko z otrzymanych prezentów, ale również z samej obecności dwóch młodych Szwedek.
– Większość z nich była nieco nieśmiała na początku, ale był tam pewien chłopiec, Darek, który bardzo chciał z nami rozmawiać. Przyniósł ze sobą słownik i próbował nam o wszystkim opowiadać, grał na gitarze i śpiewał. Dzięki temu poczułyśmy się bardzo ciepło przyjęte. Poza tym wiele osób chciało podejść, przywitać się i zrobić sobie z nami zdjęcie, to było bardzo miłe – opowiadały Ramona i Johanna. – Wśród wychowanków jednego z domów dziecka była również Paulina, która pokazała nam swoje rysunki, a także dała nam kilka z nich na pamiątkę. To było naprawdę urocze, poczułyśmy się mile widziane.
Najbardziej emocjonująca część dobiega końca, a każdy projekt, zwłaszcza ten szkolny, musi mieć swoje formalne zakończenie. Przed licealistkami analiza ankiety, którą przeprowadziły wśród wychowanków i pracowników domów dziecka, a także opracowanie wyników. Niemniej obie Szwedki zgodnie stwierdziły, że warto było pomóc.
– Dla mnie było to bardzo dobre doświadczenie. Przedtem nie miałam pojęcia, na czym polega działalność charytatywna, nie wiedziałam też, jak robi się zbiórkę. Teraz już to wiem, to wiele mi dało – mówiła Johanna.
– Dostałyśmy bardzo dużo rzeczy, które trzeba było posortować i popakować – dodała Ramona. – Spędziłyśmy nad tym sporo czasu, ale warto było.
Marta Wiloch