Teraz ja - Co z tym (Multi)kinem?
Spośród wielu problemów, jakie nas na co dzień dotykają, wydaje się, że najmniej uwagi poświęcamy kontaktowi z kulturą. Elbląg to 126-tysięczne miasto, jeśli wierzyć statystykom i ukrywać, że połowa naszych znajomych wyjechała na Wyspy Brytyjskie. Nie mamy spektakularnych galerii, muzeów, teatru. Nawet jak na złość ktoś kiedyś postanowił zniszczyć zamek krzyżacki, żebyśmy go też nie mieli...
Mamy lokalne muzeum miejskie, które rocznie ma mniej odwiedzających niż kiosk z pamiątkami na Wawelu. Mamy całkiem przyzwoitą Galerię EL, której jednak do miana Dworu Artusa wciąż wiele brakuje. Nasz teatr też nie jest najgorszy, ale kiedy byliśmy na dwóch przedstawieniach i pójdziemy na kolejne, możemy odnieść wrażenie, że oglądamy to samo. Z drugiej strony, może tak powinno być? Może za dużo oczekuję od naszych stałych łączników z kulturą, bo przecież takimi sezonowymi imprezami, jak „Ogrody Polityki”, festiwal „Czy to jest kochanie?” lub „Deprecjacje depresji”, mimo drakońskich cen, możemy się chwalić w całej Polsce. Coś jednak nie daje mi spokoju, mianowicie kino.
Jeżeli chcemy zobaczyć malarstwo Picassa, jedziemy na wystawę do Warszawy. Jeżeli chcemy zobaczyć Leonarda da Vinci, jedziemy do Krakowa, Petera Bruegla – do Gdańska. Chcemy wybrać się na musical „Fame”, jedziemy do Bydgoszczy, na „Koty” do Romy. Nie oczekujemy, że wystawią to w Galerii EL, naszym muzeum, a w przypadku spektakli w Teatrze im. Aleksandra Sewruka.
Co innego, jeśli chcemy obejrzeć nowy film. Mamy w Elblągu dwa kina. „Światowid” to kino niszowe, odkąd pojawiła się „sieciówka”, stara się przyciągnąć bardziej wymagających kinomanów. Muszę przyznać, że byłem na kilku filmach w DKF i na seansach w ramach „Kroniki elbląskiej” i bardzo miło to wspominam. Zupełnie inaczej podsumowałbym nasze Multikino.
Ostatnio, będąc w innym mieście, obejrzałem „Jak zostać królem”. Film obsypywany nagrodami. Pewniak do Oscara dla setek krytyków. Nie dziwię się, ponieważ kreacje Colina Firtha i Geoffreya Rusha są znakomite, a sama historia króla Jerzego VI (cierpiącego na jąkanie) zmiękcza nawet serca anarchistów. Oczywiście po powrocie do Elbląga postanowiłem zabrać na ten film swoich przyjaciół.
Tutaj pojawia się pierwsze rozczarowanie. Filmu nie grają w Elblągu. Myślę sobie – niemożliwe. Przecież grają „Jak się pozbyć celulitu?”, „Harrego Pottera” i inne filmy, po których człowiek odczuwa ulgę na widok napisów końcowych. A gdzie jest film uznany za najlepszą produkcję 2010 roku?
Małe miasta, małe kina
Postanowiłem wejść na forum Multikina i poszukać ludzi z tym samym problemem. Okazuje się, że nie muszę długo szukać. Człowiek o nicku „Kapsel2222” z Włocławka pyta:
„Chciałbym zapytać specjalistów z centrali Multikina, dlaczego kino we Włocławku jest tak bardzo osierocone i pomijane z wieloma filmami. Było tak między innymi z filmem „Aż po grób", który z przyczyn ściślej nieokreślonych we Włocławku nie był dystrybuowany. Kolejnym filmem, którego zapewne nie będzie we włocławskim Multikinie, jest zapewne „Jak zostać królem", ponieważ wzorem „Aż po grób" nie jest uwzględnione w pozycji „zapowiedzi" na stronie jedynego włocławskiego kina.
Dlatego chciałbym wiedzieć:
1. Dlaczego takie fajne filmy we Włocławku są pomijane?
2. Czyja to wina? – Kierownictwa we Włocławku, czy góry w Warszawie?
3. Czy „Aż po grób" i „Jak zostać królem" będą kiedyś we Włocławku dystrybuowane?”
Odpowiedź była druzgocąca (administrator – „ziutekma”): „Nie raz już pisałem, że to, czy film będzie grany we wszystkich kinach, zależy od tego, ile kopii otrzymamy od dystrybutora. Jeśli kopii jest mniej niż kin, któreś kino nie zagra filmu. Najczęściej są to „małe" kina w „małych" miastach, bo tam jest najmniejsza widownia. Nic tego nie zmieni.”
Sprawdziłem. Włocławek ma ok. 120 tys. mieszkańców, czyli prawie tyle samo, co mój Elbląg. Określenie – małe miasto – to nic obraźliwego, małe kino – również. Sprawa staje się obraźliwa, jeżeli zamkniemy te określenia w cudzysłowach. Autentycznie poczułem się urażony, że jako mieszkaniec 126-tysięcznego, „małego miasta”, mam z tego właśnie powodu ograniczony dostęp do kultury. Jestem w stanie zrozumieć, że niektóre bardziej ambitne filmy niż polskie komedie romantyczne, mogą się w mniejszym mieście nie okazać hitem kasowym, ale czy to powód, żeby zbywać ludzi mającym nieco bardziej wysublimowany gust słowami, mającymi za zadanie im umniejszyć? Sądzę, że „ziutekma” nie jest wolontariuszem, tylko pracownikiem Multikina. Czy wobec tego takie jest oficjalne stanowisko firmy?
Pod odpowiedzią administratora napisano: Jest to opinia administratora forum, opinię centrali poznasz po napisaniu na adres uwagi[at]multikino.pl. – Czyli w razie problemów stworzono furtkę, która całą winę przypisuje pracownikowi, a nie firmie. Ja rozumiem to jako zatrudnianie „eliminatora”. Płacimy mu i pozwalamy robić, co chce, a w razie czego mamy czyste ręce
Sobota, 12 lutego
Kilka dni później informacja, że „Jak zostać królem” będzie grane w Elblągu. Cieszę się, bo już myślałem, że będę musiał jechać do Gdańska.
Po raz kolejny wchodzę na multikino.pl, tym razem, aby zarezerwować bilet. Niestety, okazuje się, że przez Internet można już tylko kupować bilety. Postanawiam, że nie będę w to mieszał mojego banku i pójdę do kina godzinę wcześniej.
Jest sobota, 12 lutego, godzina 17.30. Pani w kasie biletowej informuje mnie, że seansu nie będzie, bo popsuł się projektor. Myślę: no cóż, zdarza się. Pani mówi mi jeszcze, że może jutro uda się wygospodarować inną salę i seans się odbędzie. Dalej dowiaduję się, że nie mogę kupić biletu na jutro inaczej niż przelewem. Nie mam siły nic dodać.
Niedziela, 13 lutego
Niedziela, godzina 14.30. Przychodzę do kina i kupuję bilet na godzinę przed seansem. Miejsca w górnym rządzie, w połowie pusta sala. Mam sporo czasu, więc idę zrobić przegląd w modzie do pobliskich sklepów. O 15.20 wchodzę na salę i ze zdumieniem dowiaduję się, że ktoś zajął moje miejsce i czuje się do tego uprawniony, ponieważ miał wykupione takie bilety na wczorajszy seans, który się nie odbył. Film właśnie startował, więc nie chcąc przeszkadzać innym widzom, usiadłem na wolne miejsce obok, co przeszkadzało mojej towarzyszce, ponieważ ma wadę wzroku.
Nie dajmy się zmarginalizować
Oto mój rachunek z wypadu do Multikina w tym tygodniu:
Bilety (trzy ulgowe) - 48 złotych
Napoje + przekąski (nie wolno wnosić swoich) – 25 złotych
W sumie: 73 złote
Czas poświęcony zdobywaniu biletów: 2 godziny
Czas trwania seansu: 2 godziny
W sumie: 4 godziny
Jaki z tego wniosek? Film pojawia się z takim opóźnieniem, że zdążę kilka razy usłyszeć jego fabułę od znajomych w innych miastach. Taniej jest go kupić na DVD niż jednorazowo obejrzeć w kinie, a organizacja i poziom obsługi stał się antykonsumencki.
Co gorsze nie jestem zgorzkniałym starcem szukającym dziury w całym, tylko młodym licealistą, chcącym nie być do tyłu z kulturą i za moimi znajomymi z innych miast. Skoro już ceny wszystkich biletów wzrosły o kilka złotych – do poziomu „dużych miast”, to może przynajmniej będziemy obsługiwani na równi z innymi?
W przeciwnym razie zapomnimy o kinie na Teatralnej i zaczniemy kupować tańsze DVD, bądź masowo jeździć do Gdańska. Głodni kina natomiast wybiorą produkcje alternatywne oferowane, również przez tańsze kino „Światowid”.
Kontakt z kulturą może nie jest najważniejszą częścią codzienności, ale to on pozwala uwierzyć, że nie jesteśmy tylko członkami elbląskiej, ale też światowej społeczności. Nikt nie powinien czuć się pominiętym mieszkańcem naszej globalnej wioski tylko dlatego, że urodził się w Elblągu, a nie w Warszawie, Gdańsku, Katowicach, Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu itd.
Nie zapomnijmy o tym i nie dajmy się zmarginalizować, w przeciwnym wypadku za jakiś czas ktoś o „dużym mniemaniu” może ugościć nas obiadem, nie podając sztućców… Uzna, że ludzie z „małego miasta” pewnie nie potrafią się nimi posługiwać.
Jeżeli chcemy zobaczyć malarstwo Picassa, jedziemy na wystawę do Warszawy. Jeżeli chcemy zobaczyć Leonarda da Vinci, jedziemy do Krakowa, Petera Bruegla – do Gdańska. Chcemy wybrać się na musical „Fame”, jedziemy do Bydgoszczy, na „Koty” do Romy. Nie oczekujemy, że wystawią to w Galerii EL, naszym muzeum, a w przypadku spektakli w Teatrze im. Aleksandra Sewruka.
Co innego, jeśli chcemy obejrzeć nowy film. Mamy w Elblągu dwa kina. „Światowid” to kino niszowe, odkąd pojawiła się „sieciówka”, stara się przyciągnąć bardziej wymagających kinomanów. Muszę przyznać, że byłem na kilku filmach w DKF i na seansach w ramach „Kroniki elbląskiej” i bardzo miło to wspominam. Zupełnie inaczej podsumowałbym nasze Multikino.
Ostatnio, będąc w innym mieście, obejrzałem „Jak zostać królem”. Film obsypywany nagrodami. Pewniak do Oscara dla setek krytyków. Nie dziwię się, ponieważ kreacje Colina Firtha i Geoffreya Rusha są znakomite, a sama historia króla Jerzego VI (cierpiącego na jąkanie) zmiękcza nawet serca anarchistów. Oczywiście po powrocie do Elbląga postanowiłem zabrać na ten film swoich przyjaciół.
Tutaj pojawia się pierwsze rozczarowanie. Filmu nie grają w Elblągu. Myślę sobie – niemożliwe. Przecież grają „Jak się pozbyć celulitu?”, „Harrego Pottera” i inne filmy, po których człowiek odczuwa ulgę na widok napisów końcowych. A gdzie jest film uznany za najlepszą produkcję 2010 roku?
Małe miasta, małe kina
Postanowiłem wejść na forum Multikina i poszukać ludzi z tym samym problemem. Okazuje się, że nie muszę długo szukać. Człowiek o nicku „Kapsel2222” z Włocławka pyta:
„Chciałbym zapytać specjalistów z centrali Multikina, dlaczego kino we Włocławku jest tak bardzo osierocone i pomijane z wieloma filmami. Było tak między innymi z filmem „Aż po grób", który z przyczyn ściślej nieokreślonych we Włocławku nie był dystrybuowany. Kolejnym filmem, którego zapewne nie będzie we włocławskim Multikinie, jest zapewne „Jak zostać królem", ponieważ wzorem „Aż po grób" nie jest uwzględnione w pozycji „zapowiedzi" na stronie jedynego włocławskiego kina.
Dlatego chciałbym wiedzieć:
1. Dlaczego takie fajne filmy we Włocławku są pomijane?
2. Czyja to wina? – Kierownictwa we Włocławku, czy góry w Warszawie?
3. Czy „Aż po grób" i „Jak zostać królem" będą kiedyś we Włocławku dystrybuowane?”
Odpowiedź była druzgocąca (administrator – „ziutekma”): „Nie raz już pisałem, że to, czy film będzie grany we wszystkich kinach, zależy od tego, ile kopii otrzymamy od dystrybutora. Jeśli kopii jest mniej niż kin, któreś kino nie zagra filmu. Najczęściej są to „małe" kina w „małych" miastach, bo tam jest najmniejsza widownia. Nic tego nie zmieni.”
Sprawdziłem. Włocławek ma ok. 120 tys. mieszkańców, czyli prawie tyle samo, co mój Elbląg. Określenie – małe miasto – to nic obraźliwego, małe kino – również. Sprawa staje się obraźliwa, jeżeli zamkniemy te określenia w cudzysłowach. Autentycznie poczułem się urażony, że jako mieszkaniec 126-tysięcznego, „małego miasta”, mam z tego właśnie powodu ograniczony dostęp do kultury. Jestem w stanie zrozumieć, że niektóre bardziej ambitne filmy niż polskie komedie romantyczne, mogą się w mniejszym mieście nie okazać hitem kasowym, ale czy to powód, żeby zbywać ludzi mającym nieco bardziej wysublimowany gust słowami, mającymi za zadanie im umniejszyć? Sądzę, że „ziutekma” nie jest wolontariuszem, tylko pracownikiem Multikina. Czy wobec tego takie jest oficjalne stanowisko firmy?
Pod odpowiedzią administratora napisano: Jest to opinia administratora forum, opinię centrali poznasz po napisaniu na adres uwagi[at]multikino.pl. – Czyli w razie problemów stworzono furtkę, która całą winę przypisuje pracownikowi, a nie firmie. Ja rozumiem to jako zatrudnianie „eliminatora”. Płacimy mu i pozwalamy robić, co chce, a w razie czego mamy czyste ręce
Sobota, 12 lutego
Kilka dni później informacja, że „Jak zostać królem” będzie grane w Elblągu. Cieszę się, bo już myślałem, że będę musiał jechać do Gdańska.
Po raz kolejny wchodzę na multikino.pl, tym razem, aby zarezerwować bilet. Niestety, okazuje się, że przez Internet można już tylko kupować bilety. Postanawiam, że nie będę w to mieszał mojego banku i pójdę do kina godzinę wcześniej.
Jest sobota, 12 lutego, godzina 17.30. Pani w kasie biletowej informuje mnie, że seansu nie będzie, bo popsuł się projektor. Myślę: no cóż, zdarza się. Pani mówi mi jeszcze, że może jutro uda się wygospodarować inną salę i seans się odbędzie. Dalej dowiaduję się, że nie mogę kupić biletu na jutro inaczej niż przelewem. Nie mam siły nic dodać.
Niedziela, 13 lutego
Niedziela, godzina 14.30. Przychodzę do kina i kupuję bilet na godzinę przed seansem. Miejsca w górnym rządzie, w połowie pusta sala. Mam sporo czasu, więc idę zrobić przegląd w modzie do pobliskich sklepów. O 15.20 wchodzę na salę i ze zdumieniem dowiaduję się, że ktoś zajął moje miejsce i czuje się do tego uprawniony, ponieważ miał wykupione takie bilety na wczorajszy seans, który się nie odbył. Film właśnie startował, więc nie chcąc przeszkadzać innym widzom, usiadłem na wolne miejsce obok, co przeszkadzało mojej towarzyszce, ponieważ ma wadę wzroku.
Nie dajmy się zmarginalizować
Oto mój rachunek z wypadu do Multikina w tym tygodniu:
Bilety (trzy ulgowe) - 48 złotych
Napoje + przekąski (nie wolno wnosić swoich) – 25 złotych
W sumie: 73 złote
Czas poświęcony zdobywaniu biletów: 2 godziny
Czas trwania seansu: 2 godziny
W sumie: 4 godziny
Jaki z tego wniosek? Film pojawia się z takim opóźnieniem, że zdążę kilka razy usłyszeć jego fabułę od znajomych w innych miastach. Taniej jest go kupić na DVD niż jednorazowo obejrzeć w kinie, a organizacja i poziom obsługi stał się antykonsumencki.
Co gorsze nie jestem zgorzkniałym starcem szukającym dziury w całym, tylko młodym licealistą, chcącym nie być do tyłu z kulturą i za moimi znajomymi z innych miast. Skoro już ceny wszystkich biletów wzrosły o kilka złotych – do poziomu „dużych miast”, to może przynajmniej będziemy obsługiwani na równi z innymi?
W przeciwnym razie zapomnimy o kinie na Teatralnej i zaczniemy kupować tańsze DVD, bądź masowo jeździć do Gdańska. Głodni kina natomiast wybiorą produkcje alternatywne oferowane, również przez tańsze kino „Światowid”.
Kontakt z kulturą może nie jest najważniejszą częścią codzienności, ale to on pozwala uwierzyć, że nie jesteśmy tylko członkami elbląskiej, ale też światowej społeczności. Nikt nie powinien czuć się pominiętym mieszkańcem naszej globalnej wioski tylko dlatego, że urodził się w Elblągu, a nie w Warszawie, Gdańsku, Katowicach, Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu itd.
Nie zapomnijmy o tym i nie dajmy się zmarginalizować, w przeciwnym wypadku za jakiś czas ktoś o „dużym mniemaniu” może ugościć nas obiadem, nie podając sztućców… Uzna, że ludzie z „małego miasta” pewnie nie potrafią się nimi posługiwać.