Five of Green z nową płytą

Wczoraj (1 grudnia) w pubie West Side zespół Five of Green promował swój pierwszy album zarejestrowany w profesjonalnym studiu. Muzycy zagrali wszystkie utwory z nowej płyty, a na bardzo długi bis zafundowali słuchaczom koncert życzeń. A nam opowiedzieli o swoich wrażeniach z koncertu, a także o planach na przyszłość.
Panowie, znamy się nie od dziś i z przyjemnością muszę stwierdzić, że różnica między waszymi pierwszymi nagraniami pod nową nazwą a tym, co dziś usłyszeliśmy jest kolosalna
Martin Schwill: – Dzięki. Właściwie najwięcej dało nam wejście do profesjonalnego studia nagrań. Tam dużo nam podpowiedziano, nauczyliśmy się wielu ciekawych rzeczy. Dzięki temu zrobiliśmy taki duży krok do przodu.
Skoro już mowa o krokach do przodu – co dalej? Jakie plany na przyszłość?
Martin: – Oczywiście promocja płyty. Gramy teraz mnóstwo koncertów, właściwie w każdy weekend. Pomorze jest nasze! (śmiech) Do tego mamy w planach rejestrację wszystkich utworów w ZAIKSie, a to wymaga pracy, bo żeby to zrobić musimy rozpisać na nuty całą muzykę. No i musimy to zrobić sami, bo nie stać nas na zatrudnienie nikogo, kto bym nam to szybko i profesjonalnie zrobił.
Przydałby się życzliwy sponsor?
Martin: – Oj, tak! (śmiech) Póki co, będziemy liczyć na szczęście i to, że po rejestracji w ZAIKSie ktoś nas odkryje i zechce wypromować.
A jak tam nastroje po dzisiejszym koncercie? Jak się grało?
Łukasz „Lukas” Krajewski: – Na początku ciężko, jakoś tak sztywno, ale z czasem się rozkręciliśmy i poszło.
To było widać, uśmialiście się kilka razy z Martinem, a my mogliśmy się tylko domyślać, co was tak bawi.
Lukas: (śmiech) Dobrze, dobrze! Domyślajcie się!
Swoją drogą, Lukas, jak to się stało, że w końcu zacząłeś śpiewać?
Lukas: – Nagle? (śmiech) A poważnie, to po prostu śpiewam swoje kawałki. Komponuję, piszę do nich teksty i je śpiewam.
Już dawno rozmawialiśmy na ten temat, bo głos masz jak dzwon i razem z Martinem świetnie się zgrywacie
Lukas: – Dziś to akurat było różnie, ale przynajmniej śmiesznie. W ogóle, nie spodziewałem się, że przyjdzie tyle osób. A okazało się, że West zrobił się z miejsca pełen. To było pozytywne zaskoczenie.
Niektórzy nawet tańczyli
Martin: – Ciekawe, kto to był? (śmiech) Fakt, na początku ja też czułem się drętwo, nie mogłem się rozkręcić. Ale później już widziałem, że wszyscy się bawią, a wtedy od razu przychodzi chęć na granie. Swoją drogą to jest ciekawe, że są ludzie, którzy podchodzą do nas po koncertach i mówią „Martin! Świetnie zagrane! Chodzimy na wszystkie wasze koncerty!”, a ja ich pierwszy raz na oczy widzę!
Macie swoich fanów nie tylko wśród znajomych. Dziś też było to widać
Martin: – Takie akcje sprawiają, że chce się dalej grać, rozwijać.
A co myślisz o tym, że na bis ludzie prosili o kawałki, które graliście jeszcze jako Montana?
Martin: – To akurat jest trochę smutne. No, bo wychodzi, że ludzie lepiej znają i chyba bardziej lubią, tamte utwory niż te nowe, które gramy, jako Five of Green.
A nie wydaje Ci się, że raczej chodzi o to, że na wszystkich imprezach - większych i mniejszych - grywaliście znajomym jeszcze jako Montana?
Martin: – No tak. Jest w tym dużo racji. Kiedyś grywaliśmy przy ogniskach, na tzw. domówkach, imprezach sylwestrowych Montanowe kawałki, bo zawsze jakoś tak wychodziło, że wszędzie była gitara...I wszyscy znali je na pamięć. Swoją drogą, nie planujemy z nich całkiem zrezygnować. Po prostu musimy je przerobić, bo Montana była kwartetem, a teraz gramy w FoG, jako trio i to wszystko musi zgrywać bez jednej gitary.
Czyli będą nowe aranżacje „Niewinnego”, „Hangman’a”, „3000 B.T.”? To graliście na bis
Martin: – A wy śpiewaliście i nawet chyba jakieś pogo widziałem (śmiech). Nie, nie chodzi o nowe aranżacje i nie wiem czy będziemy pracowali akurat przy tych kawałkach. Po prostu musimy je na nowo rozpisać.
A skąd pomysł, żeby w ramach konkursu, chętni śpiewali z tobą na scenie?
Martin: – A co? Źle wyszło? Wydaje mi się, że wszyscy się świetnie bawili (śmiech).
Martin Schwill: – Dzięki. Właściwie najwięcej dało nam wejście do profesjonalnego studia nagrań. Tam dużo nam podpowiedziano, nauczyliśmy się wielu ciekawych rzeczy. Dzięki temu zrobiliśmy taki duży krok do przodu.
Skoro już mowa o krokach do przodu – co dalej? Jakie plany na przyszłość?
Martin: – Oczywiście promocja płyty. Gramy teraz mnóstwo koncertów, właściwie w każdy weekend. Pomorze jest nasze! (śmiech) Do tego mamy w planach rejestrację wszystkich utworów w ZAIKSie, a to wymaga pracy, bo żeby to zrobić musimy rozpisać na nuty całą muzykę. No i musimy to zrobić sami, bo nie stać nas na zatrudnienie nikogo, kto bym nam to szybko i profesjonalnie zrobił.
Przydałby się życzliwy sponsor?
Martin: – Oj, tak! (śmiech) Póki co, będziemy liczyć na szczęście i to, że po rejestracji w ZAIKSie ktoś nas odkryje i zechce wypromować.
A jak tam nastroje po dzisiejszym koncercie? Jak się grało?
Łukasz „Lukas” Krajewski: – Na początku ciężko, jakoś tak sztywno, ale z czasem się rozkręciliśmy i poszło.
To było widać, uśmialiście się kilka razy z Martinem, a my mogliśmy się tylko domyślać, co was tak bawi.
Lukas: (śmiech) Dobrze, dobrze! Domyślajcie się!
Swoją drogą, Lukas, jak to się stało, że w końcu zacząłeś śpiewać?
Lukas: – Nagle? (śmiech) A poważnie, to po prostu śpiewam swoje kawałki. Komponuję, piszę do nich teksty i je śpiewam.
Już dawno rozmawialiśmy na ten temat, bo głos masz jak dzwon i razem z Martinem świetnie się zgrywacie
Lukas: – Dziś to akurat było różnie, ale przynajmniej śmiesznie. W ogóle, nie spodziewałem się, że przyjdzie tyle osób. A okazało się, że West zrobił się z miejsca pełen. To było pozytywne zaskoczenie.
Niektórzy nawet tańczyli
Martin: – Ciekawe, kto to był? (śmiech) Fakt, na początku ja też czułem się drętwo, nie mogłem się rozkręcić. Ale później już widziałem, że wszyscy się bawią, a wtedy od razu przychodzi chęć na granie. Swoją drogą to jest ciekawe, że są ludzie, którzy podchodzą do nas po koncertach i mówią „Martin! Świetnie zagrane! Chodzimy na wszystkie wasze koncerty!”, a ja ich pierwszy raz na oczy widzę!
Macie swoich fanów nie tylko wśród znajomych. Dziś też było to widać
Martin: – Takie akcje sprawiają, że chce się dalej grać, rozwijać.
A co myślisz o tym, że na bis ludzie prosili o kawałki, które graliście jeszcze jako Montana?
Martin: – To akurat jest trochę smutne. No, bo wychodzi, że ludzie lepiej znają i chyba bardziej lubią, tamte utwory niż te nowe, które gramy, jako Five of Green.
A nie wydaje Ci się, że raczej chodzi o to, że na wszystkich imprezach - większych i mniejszych - grywaliście znajomym jeszcze jako Montana?
Martin: – No tak. Jest w tym dużo racji. Kiedyś grywaliśmy przy ogniskach, na tzw. domówkach, imprezach sylwestrowych Montanowe kawałki, bo zawsze jakoś tak wychodziło, że wszędzie była gitara...I wszyscy znali je na pamięć. Swoją drogą, nie planujemy z nich całkiem zrezygnować. Po prostu musimy je przerobić, bo Montana była kwartetem, a teraz gramy w FoG, jako trio i to wszystko musi zgrywać bez jednej gitary.
Czyli będą nowe aranżacje „Niewinnego”, „Hangman’a”, „3000 B.T.”? To graliście na bis
Martin: – A wy śpiewaliście i nawet chyba jakieś pogo widziałem (śmiech). Nie, nie chodzi o nowe aranżacje i nie wiem czy będziemy pracowali akurat przy tych kawałkach. Po prostu musimy je na nowo rozpisać.
A skąd pomysł, żeby w ramach konkursu, chętni śpiewali z tobą na scenie?
Martin: – A co? Źle wyszło? Wydaje mi się, że wszyscy się świetnie bawili (śmiech).
rozmawiała Urszula Nowik