Mamy to w nosie

Dzięki występowi w Must Be The Music zyskaliśmy publiczność w całej Polsce, nie gramy już dla dwóch, trzech osób. Nie trzeba robić też przerwy, gdy komuś z publiki zachce się siku, a nasze wynagrodzenie to hot-dog i kawa – opowiadali Kuba Krupski oraz Adam Hajzer, członkowie zespołu Tune. Zobacz więcej zdjęć.
Czy muzyk sprzedaje się, kiedy bierze udział w talent- show, dlaczego w dzieciństwie śpiewali do suszarki i co oznacza „strzelanie z biodra” – o tym wszystkim opowiedzą wokalista Kuba Krupski oraz gitarzysta Adam Hajzer, dwie piąte zespołu Tune, który w sobotni (13 kwietnia) wieczór gościł w elbląskiej Mjazzdze.
- Wiem, że jesteście w trakcie robienia drugiej płyty. Jak idzie praca nad nią, gdy gracie dwa, trzy koncerty w tygodniu?
- Kuba Krupski i Adam Hajzer: Wybitnie dobrze. Mamy mnóstwo pomysłów i dopięty koncept. Czas zająć się muzyką. Elbląg to jeden z ostatnich koncertów w trasie. Potem będziemy się spotykać żeby pić alkohol, zażywać narkotyki, palić papierosy i robić muzykę (śmiech).
- Do tej pory wszystkie utwory nagraliście po angielsku. Skąd taki wybór i czy można się spodziewać czegoś po polsku w najbliższym czasie?
- My robimy na export (śmiech). Ale możemy zrobić mały zakład ze słuchaczami. Jeśli uda nam się wyjechać za granicę, zrobić światową karierę i przyjechać do Polski na trasę koncertową jako światowe gwiazdy rocka to obiecujemy, że zrobimy piosenkę po polsku.
- Waszą płytę doceniono za granicą. Czy są jakieś szanse na koncerty w tych krajach?
- Płyta dobrze przyjęła się m.in. w Wielkiej Brytanii, we Włoszech, w Szwecji i Niemczech, ale nie mieliśmy tam żadnych koncertów, może będą w przyszłości. Natomiast przy sprzedaży płyty pojawiła się ciekawa sytuacja. Przed programem dużo więcej płyt sprzedało się za granicą niż w Polsce, po programie to się zmieniło.
- Jesteście więc zadowoleni z tego sukcesu medialnego?
- Tak, jak najbardziej. Dzięki występowi w Must Be The Music zyskaliśmy publiczność w całej Polsce, nie gramy już dla 2-3 osób. Nie trzeba robić też przerwy, gdy komuś z publiki zachce się siku, a nasze wynagrodzenie to hot-dog i kawa. Program strasznie nam pomógł i jesteśmy z tego bardzo zadowoleni.
- Mieliście już jakieś propozycje, ktoś zaprosił was do wspólnego grania?
- Nie, jeszcze nie. Choć w pewnym momencie padł pomysł, żeby zrobić coś razem z Adamem Sztabą ponieważ nasza muzyka nadaję się do aranżacji orkiestrowo-symfonicznej. Ale na razie nic nie planujemy, może kiedyś…Ciężko jest znaleźć dla nas partnera, bo z kim z Polski moglibyśmy coś nagrać… może Tede? (śmiech)
- Jak wpadliście na pomysł dołączenia akordeonu do zespołu skądinąd rockowego?
- Chwyt marketingowy (śmiech). Tak naprawdę akordeon dobrze zastępuje m.in. klawisze. Szukaliśmy czegoś, co może zastąpić inne instrumenty, a im dalej i odważniej się pójdzie tym lepiej. Akordeon to niesamowity instrument, który niestety kojarzy się większości z weselami i biesiadą, a tak naprawdę wydaje z siebie świetne brzmienia. Często zastępuje nam całą orkiestrę.
- Mówiłeś, że w programie Must Be The Music występujesz po to, żeby sprawdzić czy jest w Polsce miejsce dla muzyków waszego pokroju. Jest?
- Kuba Krupski: Znalazło się. Jest dość ciasno, ponieważ co druga spotkana przez nas osoba posiada własny zespół. Przyszły takie czasy (a może zawsze były), że każdy nagle chciał zostać gwiazdą rocka. Jest mnóstwo zespołów i duża część z nich niepotrzebnie się rozpada. Wiele z tych osób ma prawdziwy talent, ale media boją się czegoś nowego i czy spodoba się to odbiorcy. A zauważyliśmy, że rozpiętość wiekowa, na przykład naszych słuchaczy, jest bardzo duża więc mogłoby to się sprawdzić.
- A kiedy decyzja o zostaniu gwiazdą rocka zapadła u was?
- Wczesne dzieciństwo. Śpiewanie do rolki po papierze, do suszarki itp. Muzyka towarzyszyła
nam od kołyski.
- Czy po zyskaniu większego grona fanów i sukcesie płyty były jakieś oznaki zazdrości ze strony otoczenia, zwłaszcza muzycznego?
- Nie, nie zdarzyło się nic takiego. Każdy może iść do tego programu. Ktoś nie chce to po prostu nie idzie i nie może mieć nam za złe, że to zrobiliśmy. Był moment, w którym przeszło nam przez myśl jak nasz występ w telewizji będzie odebrany, ale to jest medium, dzięki któremu można dotrzeć do ogromnej liczby słuchaczy. Jeśli można w taki sposób zaprezentować swoją twórczość to czemu tego nie zrobić? Może gdybyśmy poszli na łatwiznę i robili covery to byłoby inaczej, ale zrobiliśmy swój materiał, a dzięki telewizji mogliśmy go zaprezentować szerokiemu gronu widzów i, co nas cieszy, zostało to bardzo dobrze odebrane.
- W wielu środowiskach muzycznych, gdy ktoś pojawi się w telewizji znajdą się tacy, którzy powiedzą, że muzyk się sprzedał. Zauważacie coś takiego w kręgach rockmanów?
- Czasami jest tak, że dopóki rockman nie zarabia to jest zaje*****e. A jak ma z tego pieniądze to znaczy, że się sprzedał i jest wstrętną szmatą. My mamy to w nosie. Tak naprawdę marzeniem każdego muzyka jest utrzymywanie się z tego co kocha, czyli z muzyki. A jeśli chodzi o udział na przykład w reklamach to mógłbym wystąpić, np. w reklamie banku (śmiech).
- Jak zareklamujecie swój koncert osobie, która nigdy o was nie słyszała? Na koncercie może spodziewać się ogromu energii czy raczej klimatycznych brzmień?
- Sami nigdy nie wiemy czego się spodziewać, bo każdy koncert jest inny. Ostatnio gramy dużo i chociaż wiemy, że ludzie przyjmą nas ciepło to nigdy nie jesteśmy pewni, co wydarzy się na scenie.
- Macie w zanadrzu jakieś ciekawe opowieści z koncertów?
- Jest ich mnóstwo, ale tak na szybko przypominam sobie dwa koncerty. Pierwszy w Zielonej
Górze, na który przyszły dwie piękne dziewczyny. Łącznie było siedem osób z czego pięć to byliśmy my, a reszta to właśnie te dziewczyny. Druga ciekawa sytuacja miała miejsce podczas koncertu w Bochni. Bardzo miło go wspominamy ponieważ odbywał się w klubie zupełnie nie rockowym. Wtedy właśnie przekonaliśmy się, że do naszej muzyki można „strzelić z biodra”. Były tańce, rzucanie stanikami i ogólnie fajna atmosfera.
- I ostatnie pytanie, bo zaraz idziecie grać. Kiedy idziecie przez miasto ktoś was rozpoznaje?
- Zdarza się, że pani na poczcie prosi o autograf albo podbiega pan w dużym sklepie z płytami i mówi: „Nie ma, nie ma. Zeszły, ale zaraz będą”.
- Wiem, że jesteście w trakcie robienia drugiej płyty. Jak idzie praca nad nią, gdy gracie dwa, trzy koncerty w tygodniu?
- Kuba Krupski i Adam Hajzer: Wybitnie dobrze. Mamy mnóstwo pomysłów i dopięty koncept. Czas zająć się muzyką. Elbląg to jeden z ostatnich koncertów w trasie. Potem będziemy się spotykać żeby pić alkohol, zażywać narkotyki, palić papierosy i robić muzykę (śmiech).
- Do tej pory wszystkie utwory nagraliście po angielsku. Skąd taki wybór i czy można się spodziewać czegoś po polsku w najbliższym czasie?
- My robimy na export (śmiech). Ale możemy zrobić mały zakład ze słuchaczami. Jeśli uda nam się wyjechać za granicę, zrobić światową karierę i przyjechać do Polski na trasę koncertową jako światowe gwiazdy rocka to obiecujemy, że zrobimy piosenkę po polsku.
- Waszą płytę doceniono za granicą. Czy są jakieś szanse na koncerty w tych krajach?
- Płyta dobrze przyjęła się m.in. w Wielkiej Brytanii, we Włoszech, w Szwecji i Niemczech, ale nie mieliśmy tam żadnych koncertów, może będą w przyszłości. Natomiast przy sprzedaży płyty pojawiła się ciekawa sytuacja. Przed programem dużo więcej płyt sprzedało się za granicą niż w Polsce, po programie to się zmieniło.
- Jesteście więc zadowoleni z tego sukcesu medialnego?
- Tak, jak najbardziej. Dzięki występowi w Must Be The Music zyskaliśmy publiczność w całej Polsce, nie gramy już dla 2-3 osób. Nie trzeba robić też przerwy, gdy komuś z publiki zachce się siku, a nasze wynagrodzenie to hot-dog i kawa. Program strasznie nam pomógł i jesteśmy z tego bardzo zadowoleni.
- Mieliście już jakieś propozycje, ktoś zaprosił was do wspólnego grania?
- Nie, jeszcze nie. Choć w pewnym momencie padł pomysł, żeby zrobić coś razem z Adamem Sztabą ponieważ nasza muzyka nadaję się do aranżacji orkiestrowo-symfonicznej. Ale na razie nic nie planujemy, może kiedyś…Ciężko jest znaleźć dla nas partnera, bo z kim z Polski moglibyśmy coś nagrać… może Tede? (śmiech)
- Jak wpadliście na pomysł dołączenia akordeonu do zespołu skądinąd rockowego?
- Chwyt marketingowy (śmiech). Tak naprawdę akordeon dobrze zastępuje m.in. klawisze. Szukaliśmy czegoś, co może zastąpić inne instrumenty, a im dalej i odważniej się pójdzie tym lepiej. Akordeon to niesamowity instrument, który niestety kojarzy się większości z weselami i biesiadą, a tak naprawdę wydaje z siebie świetne brzmienia. Często zastępuje nam całą orkiestrę.
- Mówiłeś, że w programie Must Be The Music występujesz po to, żeby sprawdzić czy jest w Polsce miejsce dla muzyków waszego pokroju. Jest?
- Kuba Krupski: Znalazło się. Jest dość ciasno, ponieważ co druga spotkana przez nas osoba posiada własny zespół. Przyszły takie czasy (a może zawsze były), że każdy nagle chciał zostać gwiazdą rocka. Jest mnóstwo zespołów i duża część z nich niepotrzebnie się rozpada. Wiele z tych osób ma prawdziwy talent, ale media boją się czegoś nowego i czy spodoba się to odbiorcy. A zauważyliśmy, że rozpiętość wiekowa, na przykład naszych słuchaczy, jest bardzo duża więc mogłoby to się sprawdzić.
- A kiedy decyzja o zostaniu gwiazdą rocka zapadła u was?
- Wczesne dzieciństwo. Śpiewanie do rolki po papierze, do suszarki itp. Muzyka towarzyszyła
nam od kołyski.
- Czy po zyskaniu większego grona fanów i sukcesie płyty były jakieś oznaki zazdrości ze strony otoczenia, zwłaszcza muzycznego?
- Nie, nie zdarzyło się nic takiego. Każdy może iść do tego programu. Ktoś nie chce to po prostu nie idzie i nie może mieć nam za złe, że to zrobiliśmy. Był moment, w którym przeszło nam przez myśl jak nasz występ w telewizji będzie odebrany, ale to jest medium, dzięki któremu można dotrzeć do ogromnej liczby słuchaczy. Jeśli można w taki sposób zaprezentować swoją twórczość to czemu tego nie zrobić? Może gdybyśmy poszli na łatwiznę i robili covery to byłoby inaczej, ale zrobiliśmy swój materiał, a dzięki telewizji mogliśmy go zaprezentować szerokiemu gronu widzów i, co nas cieszy, zostało to bardzo dobrze odebrane.
- W wielu środowiskach muzycznych, gdy ktoś pojawi się w telewizji znajdą się tacy, którzy powiedzą, że muzyk się sprzedał. Zauważacie coś takiego w kręgach rockmanów?
- Czasami jest tak, że dopóki rockman nie zarabia to jest zaje*****e. A jak ma z tego pieniądze to znaczy, że się sprzedał i jest wstrętną szmatą. My mamy to w nosie. Tak naprawdę marzeniem każdego muzyka jest utrzymywanie się z tego co kocha, czyli z muzyki. A jeśli chodzi o udział na przykład w reklamach to mógłbym wystąpić, np. w reklamie banku (śmiech).
- Jak zareklamujecie swój koncert osobie, która nigdy o was nie słyszała? Na koncercie może spodziewać się ogromu energii czy raczej klimatycznych brzmień?
- Sami nigdy nie wiemy czego się spodziewać, bo każdy koncert jest inny. Ostatnio gramy dużo i chociaż wiemy, że ludzie przyjmą nas ciepło to nigdy nie jesteśmy pewni, co wydarzy się na scenie.
- Macie w zanadrzu jakieś ciekawe opowieści z koncertów?
- Jest ich mnóstwo, ale tak na szybko przypominam sobie dwa koncerty. Pierwszy w Zielonej
Górze, na który przyszły dwie piękne dziewczyny. Łącznie było siedem osób z czego pięć to byliśmy my, a reszta to właśnie te dziewczyny. Druga ciekawa sytuacja miała miejsce podczas koncertu w Bochni. Bardzo miło go wspominamy ponieważ odbywał się w klubie zupełnie nie rockowym. Wtedy właśnie przekonaliśmy się, że do naszej muzyki można „strzelić z biodra”. Były tańce, rzucanie stanikami i ogólnie fajna atmosfera.
- I ostatnie pytanie, bo zaraz idziecie grać. Kiedy idziecie przez miasto ktoś was rozpoznaje?
- Zdarza się, że pani na poczcie prosi o autograf albo podbiega pan w dużym sklepie z płytami i mówi: „Nie ma, nie ma. Zeszły, ale zaraz będą”.
rozmawiał Miłosz Mikołajski